fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rok niebezpiecznego życia

Piotr Semka
Fotorzepa
Jarosław Kaczyński musi dokonać niełatwej sztuki: utemperować nieco swoją partię, ale tak, by nie zatraciła tożsamości – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/semka/2010/07/07/rok-niebezpiecznego-zycia/]Skomentuj[/link][/b][/wyimek]
Czy lider PiS wychodzi z prezydenckiej batalii przegrany czy wygrany? Na to pytanie powtarzane od wieczoru wyborczego odpowiedzieć niełatwo. I wygrał, i przegrał jednocześnie.
Jarosław Kaczyński przegrał szansę na prezydenturę. To bolesne rozczarowanie dla jego obozu. Związani z nim politycy mieli nadzieję, że z Pałacu Prezydenckiego uczynią przyczółek przed przyszłorocznymi wyborami do wyborów parlamentarnych. Jednocześnie wygrał, bo dzięki kampanii odbudował partię i wyrwał ją z kryzysu. W ciągu trzech miesięcy poparcie dla niego wzrosło z ok. 20 proc., do 47 proc. Okazało się, że zmęczenie arogancją Platformy – choć powoli – następuje. Paweł Wroński w "Gazecie Wyborczej" wypomina, że w tym roku Jarosław Kaczyński dostał o 338 tysięcy głosów mniej niż jego brat Lech w wyborach z 2005 roku. Ale nie dodaje, że obecny wynik – niewiele gorszy przecież od tego sprzed pięciu lat – Jarosław Kaczyński uzyskał po pięciu latach kampanii dyskredytowania projektu IV RP i braci Kaczyńskich w szczególności. Po raz kolejny dowiódł, że potrafi być mistrzem politycznego surwiwalu.
Czy jego elementem było złagodzenie wizerunku? Oczywiście tak. Kaczyński musiał to zrobić, aby wyjść z niszy polityka "niewybieralnego". Ale ten jego zamiar strategiczny jest obliczony na dłuższą metę. Kaczyński chce wyrwać PiS z politycznej izolacji. Po wyborach prezydenckich, a przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się za rok, Jarosław Kaczyński stoi wobec trzech dylematów.
[srodtytul]Komu awans [/srodtytul]
Kto zajmie puste miejsca po smoleńskiej katastrofie? Czy stanowiska wicemarszałka i szefa klubu otrzymają błyskotliwi aktorzy kampanii, w rodzaju Joanny Kluzik -Rostkowskiej, Pawła Poncyljusza czy Elżbiety Jakubiak?
Kaczyński zapewne się waha – dotąd sztukę prowadzenia kampanii w skrytości ducha uważał za polityczne kuglarstwo. Adam Bielan i Michał Kamiński, a i z drugiej strony Jacek Kurski byli słuchani z uwagą tylko w czasie wyborczej gorączki. Na co dzień od "poważnej" polityki byli starzy doświadczeni pecetowcy: Adam Lipiński czy Marek Kuchciński.
Jednak stara taktyka Jarosława Kaczyńskiego – rządzenia za pomocą wiernych paladynów i korzystania z młodych tylko od czasu do czasu – się wyczerpała. Po pierwsze obecna polityka wymaga działań public relations non stop, a po drugie tylko powyborczy awans kogoś z "młodych" potwierdzi wrażenie "nowego początku w PiS.
Najpewniej skończy się kompromisem. Wicemarszałkostwo dostanie się "młodej" Kluzik -Rostkowskiej, a kierownictwo klubu przypadnie "staremu" Adamowi Lipińskiemu. W roli "starego" może też wystąpić Mariusz Błaszczak, który choć metrykalnie jest młodszy (rocznik 1969), to ma stary pecetowski staż.
Rzecz w tym, że "młodzi" sami się będą wysuwać na czoło, i to ich zapraszać będą przed kamery sejmowi reporterzy. Czy prezes zacznie słuchać tego, co mają do powiedzenia? Czy uczyni z Rady Politycznej PiS miejsce swobodnej i twórczej dyskusji nad polityką partii, jak działo się to w latach 2001 – 2005?
A co z "braćmi rozłączonymi", z którymi prezes rozstał się parę lat temu? Jarosław Sellin z powodzeniem wrócił do obozu PiS i zyskał mocną pozycję w sztabie wyborczym. W wypadku Ludwika Dorna konflikt zaszedł już zbyt daleko, aby nastąpiło jakieś pogodzenie. Z kolei Marek Jurek może być przez lidera PiS traktowany jako ideologiczny balast. Co się jednak stanie, gdy spory procent katolickich wyborców PiS zrazi się do ideowych zygzaków prezesa i przypomni sobie o partii Marka Jurka?
[srodtytul]Gdzie jest linia partii [/srodtytul]
Wybory personalne prezesa mają też znaczenie ideowe. Marek Jurek jest dziś daleko od PiS. Natomiast Joanna Kluzik -Rostkowska została wysunięta na czoło i to jej liberalne poglądy (np. w kwestii in vitro) mogą być uznawane za linię partii.
W kampanii Kaczyński co prawda nie unikał katolickich demonstracji – jak np. wizyta w sanktuarium w Piekarach Śląskich – ale bardziej zapamiętano jego ukłony wobec lewicy. Ten mało wyrazisty ideowo styl kampanii i unikanie sporów z lewicą w kwestiach cywilizacyjnych to coś nowego w praktyce polskiej prawicy. Jak trafnie wskazał publicysta Tomasz Terlikowski: "Okazało się, i to jest istotne przesunięcie, że w tych wyborach główni kandydaci (obaj odwołujący się do chrześcijaństwa i jakoś rozumianego konserwatyzmu) musieli się zmierzyć z agendą tematyczną narzuconą przez postępowców. I zamiast jasno ją odrzucić – zdecydowali się albo kluczyć (jak robił to niekiedy Jarosław Kaczyński), albo wręcz przyjąć jej główne założenia (jak zrobił to Bronisław Komorowski, opowiadając się za in vitro, podpisując niebezpieczną dla milionów polskich rodzin ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie czy domagając się parytetów dla kobiet)".
Kaczyński musi teraz odpowiedzieć na pytanie, przed którym wcześniej stanęli zachodni chadecy. W jakim stopniu może osłabiać swój rygoryzm obyczajowy w obawie przed utratą młodego, przesuwającego się na lewo elektoratu? I co będzie w razie ewentualnej koalicji z SLD, skoro ostatnio wykonał wiele ukłonów wobec lewicy?
W czasie krótkiej, 40-dniowej kampanii wyborcy katoliccy mogli jeszcze zacisnąć zęby i uznać, że "Jarek wie, co robi". Co jednak powiedzą, gdy PiS wybierze polityczny pragmatyzm także w przyszłości?
[srodtytul]Ryzykowne ukłony wobec lewicy[/srodtytul]
Zwłaszcza że stonowany ideowo PiS trafia na lewicę, która nie boi się głośno mówić o zerwaniu konkordatu i legalizacji związków homoseksualnych. Okazuje się, że PiS schylił kark, a nie ma z tego żadnych korzyści. Co gorsza, coraz bardziej ciążą mu – niczym lekkomyślnie wzięte kredyty – polityczne gesty, jakie Jarosław Kaczyński gorączkowo wykonywał, gdy marzyła się mu szansa na zwycięstwo.
Gdy zadeklarował porzucenie określenia "postkomuniści" i uznał Gierka za polskiego patriotę – usłyszeliśmy reakcje ciche i głośne. Te ciche to milcząca satysfakcja SLD, które odczuło to jako nobilitację i moment triumfu za cały dyskomfort moralny z ostatnich 20 lat. Nobilitacja ta jest zaś tym cenniejsza, że uzyskana za darmo. SLD nie musi odcinać się od kultu Wojciecha Jaruzelskiego, rezygnować z obrony przywilejów byłych ubeków czy porzucać nostalgii za PRL. Bossowie Platformy z kolei się ucieszyli, że odtąd PiS nie będzie miał już prawa krytykować ich za deale z ludźmi rodzaju Marka Belki.
A reakcje głośne? Seweryn Blumsztajn szyderczo mógł pytać, jak PiS będzie teraz żył bez swego ulubionego wroga – "komucha". Reporterzy wydzwaniali do lokalnych działaczy PiS znanych z walki z postpeerelowskimi pomnikami i wypytywali, czy wycofają teraz wnioski o ich demontaż. Z kolei prawicowcy od lat skłóceni z Kaczyńskim, tacy jak Aleksander Hall czy Artur Zawisza, mogli go potępiać jako amoralnego cynika. Nie obyło się bez paradoksów. Z obłudy lidera PiS kpił Bronisław Komorowski, którego w boju o prezydenturę oficjalnie poparli Wojciech Jaruzelski i Jerzy Urban.
Kaczyński zapłacił słono za tę woltę, bo słusznie skojarzyła się ona wszystkim z cynizmem. Zrozumiałe jest bowiem, że im ostrzej stawiał kiedyś postulat rozliczenia postkomunistów, tym mocniej był punktowany za swój nagły zwrot.
Zwłaszcza że pod znakiem zapytania postawił też przyszłość kultywowania pamięci o komunizmie jako tragicznym doświadczeniu polskiej historii i postkomunizmie, który dał początek wielu patologiom III RP.
Na tym tle cicha kapitulacja PiS niepokoi. Bo była to już ostatnia znacząca partia, która ten problem traktowała serio. Teraz Kaczyńskiemu, nawet gdyby chciał, będzie bardzo trudno powrócić do antykomunistycznej retoryki.
Albo zostanie uznany za wiarołomcę, albo będzie zmuszony łagodzić wystąpienia w tej sprawie.
Co za to zyskał Kaczyński? Niewiele. Nadal wypominane mu są "zbrodnie" Zbigniewa Ziobry, Antoniego Maciarewicza i Mariusza Kamińskiego z CBA. Nadal Polaków straszy się IV RP. Młody lider SLD w liście do prezydenta elekta Komorowskiego prosił, aby jego kadencja stała się "czasem pożegnania z IV RP".
Dla PO i SLD utrzymywanie mitu o IV RP jako o najstraszniejszym wydarzeniu ostatniego 20-lecia jest po prostu wygodne. Kaczyński sam się więc rozbroił ze swoich argumentów, a jednocześnie nie dostał żadnej gwarancji, że jego rywale nie będą wypominać okresu jego premierostwa jako rządów terroru i bezprawia. PiS wciąż trudno się zbliżyć do ludowców czy postkomunistów. PSL jest słaby, a Grzegorz Napieralski po zdobyciu w pierwszej turze mocnej pozycji stracił zapał do flirtów z PiS.
[srodtytul]Nie przesadzać z szarościami [/srodtytul]
"Kapitał sympatii, na jakim bazował Kaczyński w kampanii, będzie każdego dnia malał, im więcej będzie mijało czasu od tragedii smoleńskiej" – wieszczy niemiecki tygodnik "Der Spiegel". Wiele zachodnich mediów tłumaczy 47-procentowe poparcie dla szefa PiS chwilowymi emocjami Polaków współczujących mu z powodu osobistej tragedii po śmierci brata. Coś jak słomiany ogień – intensywny i krótki. Ale taka analiza pomija rosnące rozczarowanie Polaków Platformą. Wielu wyborców Kaczyńskiego po 10 kwietnia wcale nie uległo mistyce śmierci, tylko zauważyło, jak bardzo PO ułatwiło sobie rządy, demonizując projekt IV RP i prowokując nieustannie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oczywiście pozostaje pytanie, jak długo wytrwają oni przy PiS.
Prawo i Sprawiedliwość musi się określić na nowo i odmłodnieć. W przeciwnym razie w kolejnych wyborach ponownie będzie miało trudności z dotarciem do młodzieży i elektoratu z wielkich miast.
W 1990 roku bracia Kaczyńscy zabłysnęli hasłem: "przyspieszenie". W 2000 roku rzucili ideę walki o prawo i sprawiedliwość oraz hasło IV RP. Potem było hasło rywalizacji "Polski liberalnej" i "Polski solidarnej". Tymczasem dziś, prócz wierności dziełu Lecha Kaczyńskiego i postulatu zakończenia wojny polsko-polskiej, lider PiS nie tryska pomysłami. "Dziennik Gazeta Prawna" pisze zjadliwie: "Kaczyński potrzebuje idei, która porwałaby ludzi, tymczasem za jego sprawą IV RP umarła, a nic nowego się nie narodziło".
Partia, która na początku miała niezwykle ambitny program, dziś musi troszeczkę podciąć sobie skrzydła, aby nabyć zdolności koalicyjnych. Ale musi też wiedzieć, że z podciętymi skrzydłami będzie podwójnie dziobana.
Kaczyński musi dokonać niełatwej sztuki: utemperować nieco swoją partię, ale tak, by nie zatraciła tożsamości. Gdy bowiem przesadzi w "wyszarzaniu partii", straci ideowców. Ale gdy mu się nie uda wygładzić PiS, kolejne lata spędzi w izolacji.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA