fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowy Kaczyński wytrąca PO z rytmu

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński kkam Kuba Kamiński Kuba Kamiński
Dziś to PiS próbuje się pokazać z innej strony. Frontmani Platformy wierzą natomiast, że skutek odniosą stare sztuczki – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
[wyimek][link=http://blog.rp.pl/semka/2010/05/10/nowy-kaczynski-wytraca-po-z-rytmu/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/wyimek]
W Dzień Zwycięstwa Bronisław Komorowski otrzymał od Jarosława Kaczyńskiego dwuznaczny podarek: wideowystąpienie do Rosjan. Wyborczy rywal marszałka Sejmu oznajmił, że 9 maja trzeba było być w Moskwie na placu Czerwonym, aby podkreślić udział Polski w zwycięstwie nad III Rzeszą. Przypomniał, że Polacy w czasie wojny nie tylko cierpieli pod knutem NKWD, ale i zaznali wielu dowodów życzliwości od zwykłych Rosjan. Potwierdził nadzieje wielu Polaków, że tragedia katyńska może być szansą na pojednanie obu narodów i do pewnego stopnia (choć nie wprost) poparł akcję palenia zniczy na grobach sowieckich żołnierzy. Słowem, Kaczyński ukradł show Komorowskiemu, podchwytując to wszystko, co wcześniej mówili politycy PO i pisali w swoich odezwach życzliwi im intelektualiści.
Jeśli dobra taktyka polega na robieniu tego, czego przeciwnik się nie spodziewa, to Kaczyński zdezorientował Platformę Obywatelską już po raz drugi w ciągu kilku dni. 6 maja przebił PO, pokazując Polakom ponad półtora miliona podpisów zebranych pod swoją kandydaturą, a 9 maja zaskoczył raz jeszcze, wchodząc na obszar, który Donald Tusk i Bronisław Komorowski uważali za swoją wyłączną domenę. Jak na cztery dni dwie niemiłe niespodzianki to dużo.
[srodtytul]Groza nadciąga [/srodtytul]
W ogóle Jarosław Kaczyński to bezczelny polityk. Milczy, nie rozpętuje żadnej awantury, nikogo nie obraża ani nie wyzywa na pojedynek. Czy to nie skandal? Politycy Platformy liczyli, że po żałobie szybko dojdzie do czołowego zderzenia z dobrze im znanym Kaczyńskim, a tu muszą oglądać nową, powściągliwą wersję swego ulubionego adwersarza. Chodzą więc dookoła milczącego Kaczyńskiego i narzekają – a to że miga się od debat i chowa za żałobą, a to że na pewno chce wciągnąć do kampanii swoją bratanicę i fotografuje się z wnuczkami brata. Na zapas pomstują na "knebel żałoby" mający – jak chce Waldemar Kuczyński – polegać na cenzurowaniu wolnej dyskusji.
"Od wypadku pod Smoleńskiem maniera etykietowania antypisowskiej krytyki jako z góry obelżywej, nienawistnej nabrała cech szantażu cenzorskiego. Krytyka PiS, jego prezesa i zmarłego brata jest przedstawiana jako przestępstwo moralne, godzenie w powagę żałoby i lekceważenie cierpienia ludzi, którzy stracili bliskich. Przy tym szantaż nie obejmuje jednakową ochroną wszystkich ofiar i dotkniętych żałobą, lecz głównie prezydenta i jego brata. Tutaj ma obowiązywać jako coś, czemu nie wolno się przeciwstawić, zasada: mówić dobrze, a jak już nie, to z zasznurowanymi ustami, a najlepiej milczeć. (...) Politycy PiS, przyjmijmy z dobrą wiarą, że szczerze, przybrali żałobne szaty, miny i słowa. Ale ich medialne i internetowe armie są w natarciu, wykorzystując w stopniu niespotykanym wcześniej rynsztokowy rezerwuar języka. Ich samych żałobna cenzura nie obowiązuje rzecz jasna, bo wymyślają tym, którzy, ich zdaniem, zmarłych i ich rodzin nie chcą uszanować" – pisał polityk i publicysta w "Gazecie Wyborczej".
Kto, gdzie i kiedy używa "niespotykanego wcześniej rynsztokowego rezerwuaru języka"? – Kuczyński nie wyjaśnia. Ale dobrze tworzyć klimat nadchodzącej grozy.
Podobnie nie dowiadujemy się, gdzie występować mają wszystkie te cenzuralne praktyki? Czy objęto nimi "Wyborczą" albo "Politykę"? Chyba nie, bo Kuczyński pisze na łamach "GW", co chce. Ze słów "internetowe armie" można wnioskować, że chodzi o dyskusję w Internecie. Ale gdzie są w takim razie internetowi zwolennicy Platformy? A skoro nawet oni są bierni, a w sieci hulają "cyberpisiory", to jak ich uciszyć bez walki z całym Internetem?
Ponure przepowiednie Kuczyńskiego uzupełniają politycy PO, na wyścigi wieszczący najbardziej ponure scenariusze. Na łamach "Wyborczej" Grzegorz Schetyna ogłasza na przykład, że "PiS zawłaszcza tragedię", a Sławomir Nowak zapowiada: "Kaczyński się nie zmieni".
Nie zmieni się? Ależ właśnie się zmienia.
Nie zmieniają się za to tradycyjni zagończycy Platformy. Donald Tusk był na tyle przewidujący, by po tragedii smoleńskiej zmusić Janusza Palikota do schowania się do mysiej dziury. Ale zabrakło mu przezorności w stosunku do szacownych starców Platformy – Władysława Bartoszewskiego i Kazimierza Kutza. Ci zaś młócą PiS, tak jak robili to od 2005 roku.
Reżyser ruga na przykład w TVN Elżbietę Jakubiak za to, że śmiała przyjść do studia w czerni, a sekretarz stanu w Kancelarii Premiera wciąż uważa, że jego status "człowieka przyzwoitego" pozwala mu protestować "zarówno przeciwko pedofilii, jak i nekrofilii każdego rodzaju" (to o wykorzystywaniu śmierci Lecha Kaczyńskiego w kampanii). Na tym tle komentarz Stefana Niesiołowskiego do orędzia lidera PiS do Rosjan zabrzmiał całkiem banalnie – wicemarszałek Sejmu uznał je po prostu za "cynizm".
Parę miesięcy temu zadawałem pytanie, czy PiS nie przypomina czasem cyrkowego psa, który nie jest w stanie nauczyć się nowych sztuczek. Okazuje się, że dziś to PiS próbuje pokazać się z innej strony, a wiarę, iż stare sztuczki odniosą skutek, wykazują frontmani PO.
[srodtytul]Nie tylko amok tłumu [/srodtytul]
Zdobywając 1,7 miliona podpisów, PiS pokazał, że po 10 kwietnia prawicowy elektorat się zmobilizował. Że emocje nie skończyły się wraz z pogrzebem prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. Bo bez tego specyficznego efektu – owej niewidocznej gołym okiem meksykańskiej fali – nie zgromadzono by chyba aż tylu podpisów w tak krótkim czasie. Tym bardziej że nie zbierano ich jedynie – jak chcą liberalni publicyści – przed kościołami. Kolejki ustawiały się także przed lokalami Prawa i Sprawiedliwości.
Czy to wyłącznie irracjonalna "nekrofilia", czy raczej tęsknota za zmianą? Platforma uważa za coś oczywistego, że owo "moralne wzmożenie" – jak lubią je lekceważąco nazywać publicyści III RP – to odruch oparty wyłącznie na emocjach. Emocje oczywiście są, ale jest też i racjonalna konstatacja, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego winna być kontynuowana.
PO chce te racjonalne czynniki zredukować do amoku tłumu, pobudzonego chorobliwym mitem ofiary. Tyle że etykietką "pisowska agitacja" okleja się wszystkie niewygodne dla PO debaty publiczne. Taką łatkę przypięto niedawnym kazaniom biskupów w Kielcach i we Wrocławiu z okazji 3 maja. Gromy posypały się na Jana Pospieszalskiego i Ewę Stankiewicz za film "Solidarni 2010", który okrzyknięto – jakżeby inaczej – "pisowską propagandą". Co innego, gdy inni biskupi popierają akcje palenia świeczek na grobach żołnierzy sowieckich. Wtedy jest to szlachetny odruch sumienia, a nie popieranie linii PO.
W podobnie prymitywny sposób – jako "armię PiS" – definiuje się kilka tysięcy ludzi, którzy zgromadzili się w niedzielne popołudnie przed Pałacem Prezydenckim. Być może rzeczywiście wielu z nich 20 czerwca poprze Jarosława Kaczyńskiego, ale na Krakowskie Przedmieście w Warszawie przywiodła ich nie partyjna komenda przecież, ale niepokój o toczące się po katastrofie śledztwo, które oddano w rosyjskie ręce. Powstający na naszych oczach Ruch 10 kwietnia wychodzi zresztą poza ciasny pisowski partykularyzm. To elita intelektualna, która hasła IV RP nie pojmuje jako prymitywnej walki o władzę dla PiS. Co więcej, często ludzie ci mogliby wiele powiedzieć o małostkowości polityków z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego. A jednak na nowo podejmują pomysły na reformę kraju oraz dyskusję o jego przyszłości.
[srodtytul]Wyzerowane liczniki[/srodtytul]
Jarosławowi Kaczyńskiemu pomaga także sama Platforma, która od trzech tygodni strzela sobie w stopę. Wpierw smoleńska katastrofa skasowała cały efekt propagandowy prawyborów w PO. Potem zlekceważono społeczną potrzebę systematycznej i rzeczowej wiedzy o okolicznościach wypadku – co zaowocowało brakiem zaufania milionów Polaków do komunikatów rządu. A gdy wybuchło powszechne oburzenie wywołane brakiem odpowiednich zabezpieczeń w miejscu smoleńskiej tragedii, Bronisław Komorowski sprawę zlekceważył. Podobnie jak jego koledzy zlekceważyli kwestię liczby zbieranych podpisów. Ostatni wideoczat marszałka Sejmu z Moskwy też nie był specjalnie porywający.
Nic więc dziwnego, że publicyści III RP biją na alarm i przywołują Platformę do porządku. Mają sporo racji.
Dziś widać bowiem wyraźnie, że prezes Kaczyński ma w tej kampanii szansę dokonać pojednania "starego z nowym". Wystarczy, że sięgnie po młodsze pokolenie, że pokaże mniej znane twarze, takie jak Joanny Kluzik-Rostkowskiej czy Pawła Poncyljusza, a przypomni Polakom, że PiS był kiedyś partią walczącą z barierami w awansie młodego pokolenia. A tak jak prezes może stworzyć swój wizerunek na nowo, tak PiS ma szansę błysnąć czymś nowym w wyborach do Sejmu w 2011 roku. Skoro unowocześnić potrafili się brytyjscy konserwatyści oraz węgierski Fidesz, to dlaczego nie miałaby tego dokonać młoda generacja członków PiS?
Jeśli Kaczyński wykorzysta ten wyjątkowy czas, może i wygrać, i odblokować partię. Dziś po raz kolejny przekonujemy się o prawdziwości słów publicystów Igora Zalewskiego i Roberta Mazurka, którzy kiedyś stwierdzili, że gdy Kaczyński krzyczy, pokazuje swoją słabość, gdy milczy – paraliżuje swoich wrogów. Jeśli Kaczyński nie da się swoim adwersarzom wyprowadzić z równowagi, jeśli zachowa dzisiejszy spokój, ma szansę na wyrównaną walkę z Komorowskim.
Każdy wysiłek, by wznieść się ponad siebie i ponad swoje utarte nawyki, może przynieść zaskakująco dobre rezultaty. Ma rację bloger Salonu24, gdy pisze, że katastrofa smoleńska wyzerowała pamięć społeczną i unieważniła siłę wszystkich wcześniejszych "antykaczyńskich stereotypów".
Czy lider PiS jest do tego zdolny? Do pierwszej tury zostały tylko 42 dni, a jeśli założyć, że będzie druga – 56 dni. Która to już życiowa szansa Jarosława Kaczyńskiego?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA