fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Ostatni patriota rodem z II RP

Ryszard Kaczorowski nigdy nie zdecydował się przenieść do kraju. Mieszkał w Londynie. Uczestniczył jednak we wszystkich ważnych uroczystościach historycznych, pełnił funkcje reprezentacyjne. Na zdjęciu uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie, 2009 r.
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Ryszard Kaczorowski uosabia wszystko, co było najlepsze w naszym narodzie – mówił o nim przyjaciel
– Gdybym mógł wskazać archetyp dobrego Polaka, człowieka, który jest patriotą idealnym, powiedziałbym bez wahania: Kaczorowski. On uosabia swoją osobą wszystko, co było najlepsze w naszym narodzie. Godny, z wielkim poczuciem obowiązku. Jak go kiedyś zabraknie, będzie to koniec pewnej epoki. Trudno mi wyobrazić sobie, kto mógłby go zastąpić. Nie ma takiej osoby – mówił mi kilka dni temu w Londynie Zbigniew Siemaszko, znany emigracyjny historyk, przyjaciel ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie.
Gdy w sobotę na liście osób obecnych na pokładzie rozbitego prezydenckiego samolotu zobaczyłem jego nazwisko, natychmiast przypomniała mi się ta rozmowa. Zadzwoniłem do Siemaszki. – Ja też od razu o tym pomyślałem. I podtrzymuję to, co powiedziałem. Kaczorowski był ostatnim z polskich wielkich patriotów, ostatnią postacią takiego formatu, jaką uformowała II Rzeczpospolita – powiedział historyk. – Dowód? Znam tylko trzy osoby, które pod śledztwem w NKWD się nie załamały i nie podpisywały zeznań. Jedną z nich był właśnie Kaczorowski. Za to dostał wyrok śmierci.
 
 
Kaczorowskiemu (ur. 1919), który został aresztowany w 1940 roku za organizowanie podziemnego harcerstwa, wyrok śmierci Sowieci ostatecznie zamienili na dziesięć lat łagrów. Wychodziło jednak na jedno. Miał trafić na Kołymę, z której nikt żywy nie wracał. Życie uratował mu pakt Sikorski-Majski. Po amnestii wyszedł z łagru i dołączył do armii Andersa.
Z nią przeszedł cały szlak bojowy.
– On w sowieckich więzieniach dużo przeszedł. Sto dni siedział w celi śmierci. A mimo to nigdy nie koloryzował, nie powoływał się na każdym kroku na swoją martyrologię, jak robi to wiele osób – mówi inny przyjaciel prezydenta, autor książki na jego temat prof. Czesław Dobroński. – Na własnej skórze poznał jednak wówczas, czym jest Związek Sowiecki, poznał naturę tego straszliwego państwa. Nigdy nie miał co do niego złudzeń.
Ryszard Kaczorowski prezydentem Polski został w sposób nieoczekiwany. Był wyznaczony na następcę przez poprzednią głowę państwa – Kazimierza Sabbata. Gdy ten zmarł na zawał serca 19 lipca 1989 roku, Kaczorowski zajął jego miejsce. Już półtora roku później pojechał do Polski i na Zamku Królewskim przekazał insygnia władzy Lechowi Wałęsie. Nie była to łatwa decyzja. Dla wielu emigrantów Polska po 1989 roku, zbudowana na kompromisie z komunistami, nie była wymarzoną ojczyzną.
Kaczorowski nigdy nie zdecydował się przenieść do kraju. Do końca mieszkał w Londynie. Uczestniczył jednak we wszystkich ważnych uroczystościach historycznych, pełnił funkcje reprezentacyjne. – Interesował się sprawami krajowymi, ale miał żelazną zasadę: nie mieszać się do krajowych sporów politycznych. Jednego tylko nie ukrywał: nie znosił postkomunistów – podkreślił Dobroński.
W kraju Kaczorowskiego oceniano różnie. Dla środowisk niepodległościowych był jedynym z największych autorytetów. Znakomitą przedwojenną aparycją (mówiono, że wyglądał jak prezydent Ignacy Mościcki), nienagannymi manierami i skromnością ujmował ludzi. Dla wielu, szczególnie z lewej strony politycznych podziałów, był jednak dziwakiem. Emigracyjnym dinozaurem, który hołduje przestarzałym ideałom i „nie rozumie kraju”.
Mimo to w 1994 roku premier Waldemar Pawlak zaoferował mu posadę w Ministerstwie Obrony Narodowej. Kaczorowski natychmiast odmówił. Potem śmiał się z tego i powtarzał jako anegdotę. Gdy ktoś kiedyś zapytał go, dlaczego właściwie nie przyjął wysokiego stanowiska, spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Przecież ja się na tym kompletnie nie znam – powiedział. Postawa w III RP rzeczywiście „niezrozumiała”.
– To był człowiek, który nie pasował do dzisiejszych czasów. Weźmy jego przemówienia. Przede wszystkim mówił krótko i jasno. Dziś rzecz całkowicie niespotykana. Po drugie nie mówił głupstw. Rzecz niespotykana jeszcze bardziej. Zawsze wiedział, o co mu chodzi. Zawsze był wierny swoim wartościom – wylicza Zbigniew Siemaszko. – Pierwotnie do Katynia miał lecieć z żoną Karoliną, ale ona zachorowała i przeszła operację. To uratowało jej życie.
Podobno do Katynia chciała polecieć również jedna z dwóch córek prezydenta. Miała jednak brytyjski paszport i nie udało się załatwić wizy.
 
 
Z prezydentem Kaczorowskim rozmawiałem wielokrotnie. Był dla mnie wielkim, niedoścignionym wzorem. Symbolem świata, którego nigdy nie widziałem, czytałem o nim tylko w książkach, ale za którym tęskniłem. Przeprowadziłem z nim kilka wywiadów dla „Rzeczpospolitej”. Wczoraj sprawdziłem w archiwum – ostatni miał miejsce dokładnie rok temu... w Katyniu na uroczystościach 69. rocznicy masakry naszych oficerów.
– To była jedna z najstraszliwszych zbrodni w historii świata – mówił prezydent Kaczorowski. – W bestialski sposób z zimną krwią wymordowano kwiat narodu polskiego, członków jego elity. Tych ludzi wyeliminowano, aby móc w przyszłości łatwiej zsowietyzować naszą ojczyznę. O tym sowieckim ludobójstwie nie wolno nam nigdy zapomnieć.
O prezydencie Kaczorowskim także zapomnieć nam nie wolno.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA