Dawno, dawno temu, w drugiej połowie lat 90. mój redakcyjny kolega, który kończył studia dziennikarskie na czołowej polskiej uczelni, wybrał na temat dyplomu pasjonujące życie gospodarcze Kongresówki. Miał je opisać na podstawie artykułów z prasy z ostatniej ćwierci XIX w. A że to był pasjonujący czas uprzemysłowienia i rozwoju, kiedy powstał m.in. istniejący do dzisiaj Bank Handlowy, mój kolega miał nadzieję zainteresować wydaniem pracy tę szacowną instytucję.
Napisał początek, zaniósł na uczelnię i… poległ. – Szanowny panie, to się za dobrze czyta, to nienaukowe. Proszę przerobić – zgromił go promotor, przypomnę: z „dziennikarki”. Kolega wstęp przerobił, dyplom napisał i obronił, ale książka już nie powstała.
Branżowy slang niszczy komunikację
Wszystko dlatego, że w polskich realiach język, jakiego używa się w różnych branżach – nie tylko w nauce – musi być mało zrozumiały, najeżony skomplikowanymi terminami. Taki slang to wyróżnik, źle pojęty dowód profesjonalizmu członków danej korporacji zawodowej.
Wszyscy odczuwamy tego skutki: czy to przedzierając się przez umowy kredytowe, warunki ubezpieczeń czy z roku na rok coraz mniej komunikatywne formularze PIT. A to przecież tylko drobna część hermetycznych „dialektów” branżowych.
Czytaj więcej
Komornicy testują nowe szablony pism kierowanych do wierzycieli, dłużników czy ich pracodawców, s...