Mount Rushmore to ogromna granitowa skała, leżąca w samym środku Stanów Zjednoczonych. Niecałe sto lat temu pewien rzeźbiarz wykuł w niej gigantyczne (wielkości sześciopiętrowych domów) twarze czterech wielkich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Teodora Roosevelta. Dwaj pierwsi stworzyli amerykańską republikę, trzeci uratował ją przed rozpadem, czwarty poprowadził ją do roli światowego mocarstwa.
Nie ma wątpliwości, że marzeniem Donalda Trumpa jest to, by do czterech twarzy dodać piątą – prezydenta, który uczynił Amerykę znowu wielką. Bo wszelkie nagrody Nobla, wygenerowane przez AI olimpijskie zwycięstwa hokejowe, a nawet zdjęcia w roli papieża to dla amerykańskiego prezydenta niewiele w porównaniu z zajęciem miejsca w narodowym panteonie na Mount Rushmore.
Niezależnie od tego, co się jeszcze stanie, prezydentura Donalda Trumpa już przeszła do historii gospodarczej świata. Nie przez jakieś sukcesy, ale przez chaos, który udało mu się wywołać, chaos spotęgowany wyrokiem Sądu Najwyższego delegalizującym jego karne cła.
Dowolnie ustalane cła, służące promowaniu interesów amerykańskich firm (tych, które cieszą się sympatią prezydenta), zmuszaniu zagranicznych firm do inwestowania w USA i karaniu krajów, których nie lubi (np. pięciokrotne zwiększenie ceł na towary z Brazylii w odwecie za wyrok więzienia dla lubianego przez niego byłego prezydenta), zostały uznane przez sąd za nielegalne. I nic dziwnego, bo zgodnie z konstytucją cła ma prawo ustalać tylko Kongres, a prezydent w oczywisty sposób nadużył uprawnień, które pozwalają mu jedynie w nadzwyczajnej sytuacji zastosować różnorodne restrykcje na import niektórych towarów.
Teoretycznie świat powinien być zadowolony, bo sąd zabrał z rąk Donalda Trumpa narzędzie do ręcznego, nieprzewidywalnego sterowania gospodarką i zakłócania funkcjonowania rynków. Entuzjazmu jednak nie ma, bo wprawdzie dla wielu krajów cła spadły (zastąpione na 150 dni jednolitą stawką 15 proc.), ale powróciła za to ogromna niepewność: co dalej? A przy długookresowym planowaniu działalności firm nie ma rzeczy gorszej niż niepewność.
Dwie rzeczy są za to pewne.
Po pierwsze, nawet jeśli sąd uchylił zeszłoroczne cła, na pewno nie zawróci to prezydenta Trumpa ze ścieżki radykalnie zwiększającej amerykański protekcjonizm. Tyle że będzie on musiał sięgnąć po inne narzędzia (nota bene amerykański protekcjonizm narastał i za Bidena).
Po drugie, uchylenie ceł stanie się dla prezydenta świetnym wytłumaczeniem, dlaczego nie doprowadził do gospodarczego cudu, który obiecywał swoim wyborcom. Jeszcze w styczniu w Davos chwalił się „fantastycznym” wzrostem PKB w trzecim kwartale zeszłego roku (ponad 4 proc.). Wkrótce potem przyszły jednak dane pokazujące, że w czwartym kwartale tempo to spadło z kolei do najniższego poziomu od lat (tylko 1,4 proc.).
Wzrost w roku 2025 był niższy niż za Bidena, bezrobocie wyższe, bilans handlowy wcale się nie poprawił, wzrósł dług, rzekome „zastąpienie” podatku dochodowego dochodami z ceł okazało się bzdurą (cła przyniosły razem około 200 mld dol., czyli 8 proc. tego, co podatek dochodowy; teraz większość tej kwoty prawdopodobnie trzeba będzie zwrócić importerom).
Reasumując: jakiś kozioł ofiarny na pewno się znajdzie, ale póki co prac na Mount Rushmore raczej nie będzie.