Na początek mały coming out: w przeciwieństwie do milionów rodaków nie lubię wódki. Kto jest jej fanem, może tu przerwać lekturę tego tekstu, bo – ostrzegam – niebezpiecznie podniesie mu on ciśnienie.
Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że punktów sprzedaży alkoholu mamy za wiele. I jest coś wyjątkowo niestosownego w tym, że np. na stacjach paliw, odwiedzanych przez kierowców, którzy powinni być bardziej trzeźwi niż policja na służbie, najmocniej eksponuje się nie oleje silnikowe, ale bogate kolekcje wódek, win i piw. Tak jakby tankowanie benzyny miało być tylko preludium do tankowania C2H5OH.
Dlaczego to tolerujemy? Może dlatego, że nasze państwo zbiera z alkoholowej akcyzy kilkanaście miliardów rocznie, a gminy inkasują pieniądze za koncesje na sprzedaż? I to jest konkret, w przeciwieństwie do 100 mld zł kosztów społecznych nadmiaru alkoholu, „rozsmarowanych” po różnych dziedzinach życia.
Czytaj więcej:
Polska walka z uzależnieniami jest pełna kontrastów
I może dlatego ograniczanie nocnej sprzedaży napojów wyskokowych w sklepach (nie w gastronomii) idzie jak po grudzie, a prawo do kupna butelki o każdej porze urasta w Polsce do podstawowego prawa człowieka i obywatela. I to nie tylko w Warszawie, gdzie doszło do blamażu rady miasta. Pomnę pięciotysięczne miasteczko w cieniu gór, gdzie po powrocie z nart po godz. 16 były problemy z kupnem pieczywa, ale nie alkoholu, bo działały co najmniej dwa sklepy monopolowe 24/7. Taka jest u nas hierarchia potrzeb.