Kraj

Panicz zamknięty na klucz

Panicz z Zułowa – zdjęcie Józefa Piłsudskiego wykonane przez Jana Bułhaka w Wilnie w 1885 r.
Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku
Kajetan Morawski napisał o Józefie Piłsudskim: „Swoją renesansową bujnością i litewskim uporem, szerokością swoich koncepcji i małostkową mściwością, swą osobą i legendą przesłonił i przytłoczył cały okres dziejów Polski i wdarł się do życia każdego z nas. Wszyscy, i co, co chcieli, i ci, co nie chcieli, bardziej niż sobą samym byliśmy jego współczesnymi”
Gdy Aleksandra Piłsudska poznała swego przyszłego męża, uderzył ją kontrast między jego dłońmi. „Lewa dłoń – wąska i nerwowa, kształtna i delikatna, zakończona kobiecymi niemal palcami, to ręka artysty i marzyciela. Prawa była o wiele większa, jakby innego człowieka. Silna, nawet brutalna, z równymi, kwadratowo zakończonymi palcami, tak silna, że – zdawało się – mógłby w niej łamać podkowy; była to ręka żołnierza i człowieka czynu. W późniejszych latach nieraz myślałam, że nic tak dobrze nie charakteryzowało tego człowieka jak te dwie jego ręce, jakby należące do dwóch ludzi, z odrębnymi cechami charakteru”.
Lewa dłoń odzwierciedlała także subtelną, delikatną stronę osobowości Piłsudskiego, zdolnego do okazywania najcieplejszych uczuć, szczególnie swoim córkom. Prawa charakteryzowała też jego twardą naturę, stanowczość w czynach, ocenach i mowie. Sam Marszałek mówił o sobie: „Niby widzicie mnie i mówicie: Piłsudski. A tymczasem nas jest tu całe towarzystwo, cała gromada. Więc najpierw Ziuk, czupurny, uparty chłopak. Potem panicz z Zułowa, sentymentalny, romantyczny, delikatny, przepełniony uczuciami humanitarnymi i szlachetnymi popędami, następnie Sakya-Muni, mędrzec, który poznał świat i zbadał naturę ludzką do dna, zna jej wszystkie instynkty, słabości i popędy. Wreszcie – wódz”
POKOLENIA I wspominałem ojców naszych i dziadów, którzy ongiś wiosną swoją w zorzach przechodzili i chcieli wierzyć, że zorze, które okazały się wieczornemi, porannemi były... Swoją wielką wiosnę życia spędzili oni, jak my, gdy bez światła, bez słońca życiodajnego biegliśmy w dniach sierpniowych w ułudę zorzy, która i dla nas mogła być tylko zorzą wieczorną, choć okazała się później, że była poranną. Józef Piłsudski. Mowa na zjeździe Związku Legionistów. Kielce, 8 sierpnia 1926 Były to, jak się wyraził, „kreacje towarzyszące jego samotności”. O swoim subtelnym i delikatnym obliczu mówił. „Panicz z Zułowa skończył swą rolę. W maju 1926 roku zamknąłem go na klucz. Czasem wypuszczam go na krótką chwilę. Już do samej śmierci będzie siedział pod kluczem (...). Czasy jego na zawsze się skończyły. Dziwię się tylko, jak mogły trwać tak długo”. Aleksandra Piłsudska wspominała, że po maju 1926 roku jej mąż nie odzyskał już nigdy poprzedniego spokoju ani panowania nad sobą. Choć sam Marszałek wymienił rok 1926 jako moment decydujący dla zmian w jego zachowaniu, to jednak proces ten zaczął się wcześniej, od listopada 1918, gdy stanął na czele państwa. Przyznawał się do swojej „sentymentalnej ufności w moc odrodzenia duszy polskiej” wraz z odrodzeniem się państwa polskiego. Spotkał go jednak ogromny zawód, bowiem nie mógł skłonić polityków polskich do współpracy i odnosił wrażenie, że spotykają się po to, by pluć na siebie, a nie podać sobie ręce. Zauważał „mus kłótni i sporów”. Według historyka Władysława Pobóg-Malinowskiego Piłsudski doszedł do przekonania, że dobrocią i perswazją nic w Polsce nie można zrobić, że trzeba narzucać i wymuszać, być bezwzględnym. W rozczarowaniu postawą elit politycznych był też oczywiście zawód, że nie jest przez wszystkich dość słuchany i poważany, traktowany jako autorytet. Proces zmian w zachowaniu Piłsudskiego się pogłębił w wyniku endeckiej kampanii nienawiści po wyborze Gabriela Narutowicza i jego zamordowaniu. Twardniał też i gorzkniał Piłsudski pod wpływem oszczerstw, jakie na niego rzucano, gdy był naczelnym wodzem i naczelnikiem państwa. A oskarżano go o kradzież państwowych pieniędzy, potajemne porozumiewanie się z bolszewikami podczas wojny, o bicie swoich dzieci szablą. To właśnie oszczerców dotyczą słowa, wypowiedziane w 1923 roku: „Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swą brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nieszczędzący niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie – ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh”.

Obdarzony we wszelki urok człowieczy

Piłsudski robił ogromne wrażenie na ludziach, którzy się z nim zetknęli. Rumuński książę Mikołaj opowiadał, że jego ojciec król Ferdynand chciał Marszałka powitać serdecznie, ale z pewną nonszalancją. „Pomimo wszystko Marszałek, naczelnik państwa, to nie król”. Pociąg się zatrzymał, w drzwiach wagonu stanął Piłsudski. „Potem wolno, bardzo wolno zaczął wychodzić. Było w jego wzroku coś takiego, że wyprostowałem się mimo woli. Spojrzałem na mego ojca i skonstatowałem, że zanim Marszałek zdążył zejść, ojciec mój rzucił papierosa i stanął na baczność”. Pisarka Maria Jehanne mówiła o „monarchicznym dreszczyku”, który wywoływał u ludzi Piłsudski. Miał styl zawsze pańskiego obycia – wspominał ksiądz Walerian Meysztowicz. Generał gubernator warszawski z czasów I wojny Hans von Beseler nazwał Piłsudskiego uwodzicielem mas. Maria Dąbrowska w 1916 r. zanotowała, że był pełen czaru w sposobie bycia, imponującego piękna ze swą „głową kamienną i niezwykłą”. Zofia Nałkowska pisała zaś, że jest obdarzony przez naturę we „wszelki urok człowieczy”, miał talent, zapał, żywość i wdzięk. Według działacza socjalistycznego Adama Pragiera „Z żołnierzami gadał żołnierską gwarą, szafując często soczystymi wyrazami. Potrafił był czarującym causerem wśród dam, a gdy zachodziła potrzeba, stawał się ciekawym gawędziarzem wśród starszych panów”. Stanisław Kozicki odniósł wrażenie, że Piłsudski usiłował oddziaływać przede wszystkim na stronę uczuciową ludzi. Był „indywidualnością pociągającą i miał wyjątkowy dar sugestionowania ludzi, był – jak mówili niektórzy – hipnotyzerem”. Kajetan Morawski wspominał: „Iluż znałem ludzi dosłownie przez niego oczarowanych. Nie podzielali jego poglądów, krytykowali jego postępki, potępiali jego wybryki słowne, a nie mogli oprzeć się jego urokowi (...) Dyplomaci zagraniczni po przyjęciu przez naczelnika państwa wyznawali, że wracają urzeczeni nie potęgą, nie rozumem, ale wielkością. Chyba składnikiem tej wielkości była siła magnetyczna, która najbardziej zwykłą i codzienną rozmowę roziskrzała blaskiem legendy, która jednych wiązała na zawsze, a innych odpychała, która zestrzeliła tyle nienawiści i więcej jeszcze miłości”. Książę Janusz Radziwiłł był zdumiony, że jego krewny Stanisław Radziwiłł, który się oburzał, że na czele państwa po odzyskaniu niepodległości stanął „socjalista”, gdy poznał naczelnika państwa, poddał się jego wpływowi (został adiutantem Piłsudskiego). Janusz Radziwiłł nazwał ten wpływ „psychopatycznym”. Zofia Nałkowska po spotkaniu z Piłsudskim w 1925 r. zanotowała w dzienniku: „Nie można przy nim żyć inaczej jak przez niego – nawet protestując, nawet się broniąc – jest się zawsze w jego płaszczyźnie. Napięcie jego życia psychicznego jest tak wielkie, że traci się dech, by mu nadążyć. Jego waga rozgniata wszystko – jak tank”. Urokowi Piłsudskiego poddał się także Ignacy Daszyński, który wspominał, że słuchając Piłsudskiego, można było zapomnieć o świecie i o czasie.

Ogień miłości do 1863 roku

Zwracano uwagę na oczy Piłsudskiego. Opisywano je jako siwe, szare, bladoniebieskie, płomienne, przenikliwe, stalowe. Hrabia Harry Kessler, niemiecki dyplomata, nazwał je nawet „mistycznymi”. Wacław Zbyszewski zapamiętał, że „Piłsudski miał głos niski, basowy, o akcencie nieprawdopodobnie wileńskim. Dla niewilnian Piłsudski mógł robić wrażenie cudzoziemca wyrażającego się tylko z trudem po polsku. Jego bas głęboki był jedyny w swoim rodzaju. Nie robił wrażenia rozmowy, ale jakby monologu z zaświatów”. Piłsudski zjednywał sobie słowem, mówionym i pisanym, szacunek i autorytet. Jego rozkaz do wojska po zamachu majowym oraz mowa przy złożeniu prochów Słowackiego na Wawelu są najwybitniejszymi tego przykładami. Przemówienia i pisma Piłsudskiego zawierają wiele aforyzmów. Spośród wielu warto przypomnieć zdanie: „Ten, kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani ma prawa do przyszłości”. On sam ogromnie cenił i szanował powstańców styczniowych. Stanisław Cat-Mackiewicz pisał w „Kluczu do Piłsudskiego” o Marszałku: „Nie zrozumiemy tej postaci nigdy dosyć, jeśli ciągle nie będziemy jej widzieć oświetloną ogniem miłości do 1863 roku”. Piłsudski nie wychował się w kulcie klęski, lecz w podziwie dla moralnej wielkości ludzi, którzy chcieli walczyć o Polskę. Stwierdzał: „Rok 1863 dał wielkość nieznaną, wielkość cudu pracy, ogromu siły zbiorowej, wysiłków woli, siły moralnej. Sądzę, że gdybym miał przed sobą ludzi z tamtych czasów, to powiedzieliby mi tak, jak ja sobie nieraz mówię: zginęliśmy nie na darmo i nauka dla was ze śmierci naszej płynąć może”. Opowiadał córkom bajki, ale też formą bajki posługiwał się znakomicie w przemówieniach publicznych. Na motywie bajki o Kopciuszku oparł swe przemówienie na jednym ze zjazdów Związku Legionistów.

Choć nieraz wymyślam na Polaków

Diametralnie innego języka używał Piłsudski wobec swoich przeciwników politycznych. Stało się to jednak dopiero po 1922 roku. Był to język brutalny, nawet wulgarny, obrażający ludzi. O Ignacym Daszyńskim powiedział publicznie „to dureń”. Pogardliwe wyrażał się o opozycyjnych posłach jako o bydle przeklętym, fajdanach, ukuł nawet termin „fajdanits poslinis”. Sławoj-Składkowski w „Strzępach meldunków”, cytując Marszałka, wykropkowywał wulgarne wyrazy. Krytykował – niejednokrotnie brutalnie – partie, Sejm, polityków i złe obyczaje, mówiąc: „Szuje i łajdaki się rozpanoszyły”. Oburzała go bezkarność wszelkich nadużyć w państwie. Zauważał: „Każde łajdactwo było dobrym wtedy, gdy robił je człowiek partii własnej, złym tylko wtedy, gdy robił je człowiek partii przeciwnej”. „Cóżeście uczynili z tym państwem? Uczyniliście pośmiewisko”. Adiutant Lepecki słyszał słowa: Marszałka „Dureństwo, zupełne dureństwo. Kto to widział rządzić takim narodem, męczyć się z wami”. Marszałek zaznaczał jednak: „Choć nieraz mówię o durnej Polsce, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę”.

Gdyby nie ja...

Konstanty Skirmunt zanotował w roku 1914, że Piłsudski jest przejęty swoją wielkością, pragnie, by w niego wierzono i widziano w nim wodza. W dwa lata później profesor Władysław Konpoczyński, choć sympatyk endecji, widząc Piłduskiego na ramionach swych zwoleników, przyznał: „Szło coś jakby tchnienie wielkości wąską ulicą”. Niewątpliwie Piłsudski miał niezwykle silne poczucie swojej roli historycznej. „Gdyby nie ja, rzecz wątpliwa, czy powstałaby Polska! A gdyby powstała, czyż utrzymałaby się przy życiu? Ja wiem, com dla Polski uczynił!”. „Okryłem chwałą oręż polski w pierwszych dniach życia polskiego zwycięstwa tak błyskotliwe, tak nieznane, tak gdzieś w zamierzchłej przeszłości słyszane, że dotąd tą sławą pierś żołnierska się koi”. ŚWIĄTYNIE HISTORII Każdy naród posiada pomniki, które zawarły w sobie jego cierpienia i radości, jak w jednem ognisku ześrodkowując przeżycia całych pokoleń. Takimi pomnikami są: ruiny, pola bitewne, grody, ulice, na tych ulicach domy, na których widok serca biją goręcej i łzy nabiegają do oczu. Są to świątynie historji których Polska posiada tak wiele. Józef Piłsudski. Przemówienie w Toruniu. 5 czerwca 1921 Mówił też: „Cóż ja poradzę, oni widzą na dziesięć metrów, a ja na tysiąc, więc patrząc w jednym kierunku, te same rzeczy widzimy inaczej i nie możemy się porozumieć”. Zofia Nałkowska odniosła wrażenie, że przemawia przez niego nie zarozumiałość, jaką mu przypisywano, lecz „niesłychana wprost duma, wykluczająca nawet próżność, obojętność na sąd ludzki przez absolutny brak wątpliwości”. Nie zapomniał nigdy o tym, jak wiele oszczerstw na niego rzucano, jak odzierano go z należnego mu szacunku. Dlatego też powiedział: „Gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, by nie przysyłał Polsce wielkich ludzi”, ponieważ wybitną jednostkę Polacy „zadręczą i splugawią”, tak jak jego.

Najbliżsi ludzie samotnika

„Miałem zawsze zadatki na samotnika, przeżywającego i przeżuwającego wszystko sam w sobie. (...) Może to i ładnie, i poetycznie, ale niekiedy diabelnie ciężko tak przerastać otoczenie, że nie spotyka się równych sobie kolegów i przyjaciół” – pisał w liście do Aleksandry Szczerbińskiej, przyszłej żony. Samotność Piłsudskiego zaczęła się, gdy w 1912 r., został komendantem Strzelca. Michał Sokolnicki pisał, że: „Stopniowo jakby się odosabniał, jakby się cofnął, nawet od najbliższych przyjaciół, (...) rozmowy przybrały charakter raportów i wydawania rozkazów, a stosunek do niego poszczególnych, nawet bliskich ludzi zaczął przybierać cechy charakterystyczne stosunku podkomendnych do komendanta”. Było to po części naturalne zjawisko – tworzył przecież kadry wojska polskiego, a przyszli oficerowie byli młodsi od niego o pokolenie. Wśród współpracowników Komendanta, a potem Marszałka, dwaj tylko mogli uważać się za jego przyjaciół: Aleksander Prystor i Walery Sławek, z którymi poznał się w czasach PPS. Po aresztowaniu w 1912 roku Aleksandra Prystora przez Ochranę Piłsudski pisał: „Był on moim najdroższym przyjacielem i w myślach czy marzeniach wspólnotę życiową miałem z nim za zasadę. (...) Za stary już jestem, by sobie przyjaciół serdecznych wyrabiać i zbliżać się do nich, tak jak to było z Olkiem”. Ich przyjaźń opierała się także na bliskości, jaką rodzi zwykle wspólnota miejsca pochodzenia. Prystor urodził się w Wilnie, gdzie tak jak Piłsudski skończył gimnazjum. Był ojcem chrzestnym pierwszej córki Piłsudskiego Wandy. Waleremu Sławkowi wpisał na egzemplarzu „Roku 1920”, dedykację, w której przyrównywał jego i siebie do dwóch niezmęczalnych koni ciągnących tę samą brykę. Nikogo z najbliższych współpracowników, którym ofiarował „Rok 1920” nie potraktował tak równorzędnie ze sobą, a zarazem tak serdecznie: „Na gwiazdkę, mój drogi, przyjmij wraz z książką przyjaciela, przyjaźń i serca całej rodziny”. To właśnie Sławek miał w planach Piłsudskiego zostać prezydentem po Ignacym Mościckim. Spośród współpracowników młodszych o pokolenie zdecydowanie wyróżniał Józefa Becka. „W mojej pracy nad polityką zagraniczną Polski znalazłem szczególnie zdolnego i inteligentnego współpracownika w osobie pana ministra spraw zagranicznych. Ja nie mogę zrobić panu dość komplementów, panie Beck”. Piłsudski ogromnie lubił Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, cenił go za poczucie humoru, ale także powierzał mu wiele poufnych misji o charakterze politycznym i dyplomatycznym. „Zwalałem na niego trudne zadania o państwowym charakterze, którym nie podołali ministrowie” – mówił Piłsudski. Stwierdził też: „To jest człowiek, któremu ufam bezgranicznie”.

Leonarda, Maria, Aleksandra, Eugenia

„A cóż mówić o kobietach? Nie chcę w tym wypadku uśmieszków mówiących o brudzie duszy. Mówię o kobiecie jako o pięknie życia. Mówię o kobiecie jako o istocie, która daje często lepsze, szlachetniejsze pobudki, która daje radość życia mężczyźnie” – stwierdzał Piłsudski. W jego życiu było niewiele kobiet. Młodzieńczą, krótką miłością, była poznana na zesłaniu Leonarda Lewandowska. Był dwukrotnie żonaty. W 1899 roku zawarł ślub ze starszą od siebie o dwa lata Marią Juszkiewiczową, sympatyczką ruchu socjalistycznego i niepodległościowego, z racji swej urody zwaną „piękną panią”. Zdaniem Jana Piłsudskiego, brata Marszałka, małżeństwo to zawarte zostało z rozsądku. Józef miał zamiar zająć się drukarnią PPS i potrzebował osoby, która prowadziłaby mu gospodarstwo domowe. Innego jednak zdania jest biograf Marszałka – profesor Janusz Cisek. Małżeństwo Józefa i Marii Piłsudskich rozpadło się faktycznie dość szybko, jednak mieszkali ze sobą aż do I wojny światowej. W 1906 r. Piłsudski poznał bowiem Aleksandrę Szczerbińską, należącą do organizacji bojowej PPS. Połączył ich niedługo potem wieloletni romans. Ze związku tego urodziły się córki: Wanda w 1918 r. i Jadwiga w 1920 r. Maria Piłsudska nie godziła się na rozwód i pozostała żoną Piłsudskiego aż do swojej śmieci w 1921 roku. Kardynał Aleksander Kakowski wspomina natomiast, że wraz z nuncjuszem stwierdzili, że istnieją podstawy do unieważnienia małżeństwa Piłsudskich. Józef Piłsudski oświadczył mu jednak, że obiecał żonie, że jej nigdy nie opuści. Ślub Józefa Piłsudskiego i Aleksandry Szczerbińskiej nastąpił w 1921 roku. Jeśli wierzyć wspomnieniom Janiny Dunin-Wąsowiczowej, także i to małżeństwo przeżywało kryzys. Prawdopodobnie w 1924 r. podczas wypoczynku w Druskiennikach poznał młodą lekarkę uzdrowiskową Eugenię Lewicką. „Był to typ kresowej, stepowej panny o silnym charakterze, dużej odwadze cywilnej w wypowiadaniu swoich myśli i o naturalnym młodzieńczym poczuciu humoru” – pisał Marian Romeyko. Nigdy się zapewne nie dowiemy, co łączyło Piłsudskiego i Eugenię Lewicką. Zapewne nie romans, może raczej była to fascynacja Piłsudskiego młodą, inteligentną kobietą. W grudniu 1930 r. Piłsudski w towarzystwie Lewickiej i adiutanta Marcina Woyczyńskiego wyjechał na wypoczynek na Maderę. Lewicka jednak wróciła do kraju wcześniej niż Piłsudski. W czerwcu 1931 r. popełniła samobójstwo, a przyczyn tego kroku podjętego przez pełną życia kobietę nie wyjaśniono. Piłsudski był obecny na mszy przed pogrzebem Eugenii Lewickiej.

Domy Marszałka

Janina Dunin-Wąsowiczowa wspominała, że dom Piłsudskich w Sulejówku „był skromny, ale o tradycjach polskiego szlacheckiego dworku, gdzie to sama pani domu prowadzi gospodarstwo, dzieci na pierwszym planie, goście mile widziani, serdecz nie i naturalnie przyjmowani. Nie było tam żadnej „wystawy” czy pozy”. Marian Romeyko pisał: „W codziennym życiu Belwederu panowała niemal klasztorna prostota i zwyczaje. Nie znano tam wielkich przyjęć, rautów, wystawnych obiadów i śniadań”. Jedynymi większymi imprezami w Belwederze były „herbatki” urządzane kilka razy w roku przez Aleksandrę Piłsudską, na których czasami pojawiał się Marszałek. W Sulejówku i w Belwederze wychowywały się córki Marszałka. Wobec nich był zawsze „paniczem z Zułowa”, człowiekiem miękkim, delikatnym. Kochał je miłością nie tylko ojca, ale i dziadka. Pierwsza córka urodziła się bowiem, gdy Piłsudski miał już 51 lat. Aleksandra Piłsudska pisała we wspomnieniach, że mąż psuł i rozpuszczał córki, tak był w nich zakochany. Umiał się doskonale dostroić do mentalności dzieci. „Dom w Sulejówku rozbrzmiewał śmiechem, ilekroć dzieci znalazły się z ojcem. Godzinami nieraz opowiadał im bajki i swoje przygody (...) A radosny śmiech dzieci był dla niego najcenniejszą zapłatą za trudy i mękę życia”. Pamiętał, by przywieźć im prezent z podroży. Podczas pobytu w Rumunii zanurzył niebieską tasiemkę w Morzu Czarnym i opatrzył ja sporządzonym dla córek certyfikatem, że nie zmieniła ona swojej barwy. Od 1928 r. Piłsudski miał gabinet pracy i mieszkanie w piętrowym budynku w Alejach Ujazdowskich, w zespole budynków Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Spędzał tam wiele czasu, czasami nawet całe tygodnie, wracając w sobotę wieczorem do Belwederu, by spędzić niedzielę z żoną i córkami. Podczas licznych przeziębień i gryp przenosił się do budynku GISZ, nie chcąc zarazić rodziny. PRAWO I HONOR Gdy życie biorę i barwę zieloną życia, kolor nadziei ludzkiej rozpatruję, gdy tych rzeczy szukam, które mają siłę symbolu – nie mogąc rozwiązać problematu, wahając się pomiędzy miłością dla siły a miłością dla swobody, prócz prawa i honoru nic nie znajduję. Odczyt „Demokracja i wojsko". 29 czerwca 1924 r. Korzystał z dwóch dużych pokojów: sypialni z oknami wychodzącymi na Aleje Ujazdowskie i gabinetu z tarasem od strony niewielkiego sadu. Wyposażenie pomieszczeń było skromne. Na ścianach gabinetu i sypialni znajdował się m.in. obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, płótno Ludomira Ślendzińskiego „Marszałek pod Wilnem”, portrety powstańców i sceny z 1863 r. W gabinecie była żelazna kasetka, od której klucz Marszałek zawsze zabierał, wychodząc z mieszkania. Za przycisk do papierów służył mu browning, pistolet używany w czasach PPS. Dużo czasu spędzał w głębokim fotelu klubowym przy małym stoliku. Tu stawiał swoje pasjanse i czytał. Prowadził nocny tryb życia, kładąc się zwykle o 3 lub 4 nad ranem, cierpiał często na bezsenność. Spał zwykle do 10 lub dłużej, dlatego też w oknach sypialni zainstalowane były nieprzepuszczające światła rolety.Wakacje spędzał z żoną i córkami w dworku w Pikieliszkach i w Sulejówku, jednak na długie urlopy wypoczynkowe – w Egipcie, w Rumunii, na Maderze – wyjeżdżał bez rodziny. Przywoływał opinię doktora Pareńskiego, że miesiąc to za mało dla „restytucji nerwów”. Najdłuższy był wyjazd na Maderę, trwał z podróżą trzy i pół miesiąca. Ukochanym miastem Marszałka było Wilno. I choć tutaj właśnie zetknął się w gimnazjum z brutalną rusyfikacją, choć, jak mówił, na wspomnienie tamtych czasów cisnęły mu się na usta przekleństwa, to jednak te lata młodości w Wilnie były szczęśliwe. „Wszystko piękno w mej duszy przez Wilno pieszczone. Tu pierwsze słowa miłości, tu pierwsze słowa mądrości, tu wszystko, czym młodzieniec zły w pieszczocie z murami i w pieszczocie z pagórkami”. W Wilnie lubił spędzać swoje imieniny w kręgu rodzinnym. Ksiądz Walerian Meysztowicz pisał, iż wiadomo było, że w Wilnie, gdzie Piłsudski czuł się najlepiej, można było z nim załatwić różne trudne sprawy.

Ostrobramska jest słodką matką

Z Wilnem wiązała Piłsudskiego także Ostra Brama. Wandzie Filipowskiej-Pełczyńskiej mówił w 1912 r: „Wie pani, że ja, stary socjalista, gdy mam powziąć ważną decyzję, to przedtem modlę się do Matki Boskiej Ostrobramskiej”. Wizerunek obrazu Madonny z Wilna towarzyszył zawsze Marszałkowi w podróżach. Oficer Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych Kazimierz Glabisz wspominał, że po wejściu do przedziału sypialnego wagonu, którym podróżował, Marszałek sprawdzał, czy jest w nim miniaturka obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej i fotografie córek. Wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej znajdował się nad łóżkiem Marszałka. Józefowi Gawlinie mówił: „Niech ksiądz biskup nie wierzy, że jestem antykościelny, jak to niektórzy mówią. Ja kocham Matkę Boską, zwłaszcza Ostrobramską. Częstochowski obraz jest za surowy. Ostrobramska jest słodką matką”. W 1927 r. Piłsudski brał udział w koronacji obrazu z Ostrej Bramy. Na modelu sarkofagu autorstwa prof. Jana Szczepkowskiego Piłsudski wyobrażony jest z obrazkiem Matki Boskiej w ręku. Kardynał Aleksander Kakowski stwierdzał, że „Mimo ułomności, Piłsudski w gruncie rzeczy był człowiekiem religijnym”, a ksiądz Walerian Meysztowicz uważał, że Marszałek miał zbyt szeroki umysł, by uważać, że „wszystko samo się stało” bez udziału Stwórcy.

Asceta układa pasjansa

Jeśli chodzi o wygląd, ubranie, jedzenie i potrzeby życiowe, Piłsudski był niemal abnegatem. Chodził po domu w kurtce strzeleckiej, często poplamionej, gdyż – jak pisze jego adiutant Lepecki – nie uważał przy jedzeniu. Gdy w 1927 roku jechał do Genewy na posiedzenie Rady Ligi Narodów, trzeba było kupić mu garnitur, palto i kapelusz, nie miał bowiem ubrania cywilnego. Jak pisała żona, zadowalała go najprostsza kuchnia. Mimo że pochodził z Wileńszczyzny, nie znosił kołdunów. Lubił słodkie leguminy i ciasta. Pił dziennie zwykle sześć – osiem, czasami nawet do dziesięciu szklanek szklanek mocnej, słodkiej herbaty. Alkoholu prawie nie używał – czasami lubił wypić kieliszek węgierskiego wina. Bardzo dużo palił, podobno wyłącznie specjalne papierosy „marszałkowskie”, z rosyjskiego tytoniu. Odpoczywał przy pasjansie. „Pasjans daje mechaniczne odetchnięcie mózgowi, umęczonemu ciągłym wahaniem i ciągłą niepewnością co do tego czy innego postanowienia”. Lecz także był to dla niego rodzaj wyroczni, do której przykładał dużą wagę, gdy więc chciał, by sprawa szła po jego myśli, wybierał łatwiejszy do ułożenia. Nie na żarty się martwił, kiedy pasjans nie wychodził. Układał między innymi warkocz Wenery, choinkę, piramidkę, ogonki. Odpoczywał także, przypatrując się w Sulejówku i wszędzie, gdzie był na wakacjach, drzewom i kwiatom. Pisarka Maria Jehanne Wielopolska uważała, że ponieważ bardzo lubił sasanki, Polska powinna obrać sobie je za kwiat narodowy. W Pikieliszkach lubił obserwować dzikie kaczki nad jeziorem i zabronił polowania na nie. Zimą 1932 roku w Belwederze pojawił się projektor filmowy. Filmy oglądał z najbliższą rodziną. Lubił najbardziej „wszystkie Paty i Patachony, Flipy i Flapy, Haroldy Lloydy, gonitwy, awantury i śmiech – jak najwięcej śmiechu. Broń Boże nie dramaty i płaksiwe komedie” – pisała Wielopolska. Jednak nad zwykłe filmy przedkładał kreskówki. Szalenie podobał mu się pierwszy barwny film Disneya. Jeśli od filmu oczekiwał głównie rozrywki, inny był jego stosunek do książek. Jego biblioteka to przede wszystkim prace z zakresu historii i historii wojskowości. Czytał listy i aforyzmy Napoleona, którego uważał za najwybitniejszą postać czasów nowożytnych, lubił wracać do „Kroniki polskiej, litewskiej, żmudzkiej i wszystkiej Rusi” Macieja Stryjkowskiego. Z literatury pięknej na pierwszym miejscu stawiał Słowackiego, z ukochanym „Beniowskim” na czele oraz „Potop” Sienkiewicza. Ostatnią książką, którą czytał przed śmiercią, był „Lord Jim” Conrada. Piłsudski interesował się niezwykłymi właściwościami ludzkiego umysłu. Był na seansie z medium Kluskim (Teofilem Modrzejewskim), spotykał się z wybitnym jasnowidzem i telepatą inżynierem Stefanem Ossowieckim, któremu podarował fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowieckiemu na pamiątkę naszych rozmów, w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”.

Jesień patriarchy

Zofia Nałkowska zapamiętała słowa Piłsudskiego: „Żyję sobie jak salamandra w tych krótkich spięciach”. Marszałek nawiązywał do wierzenia, jakoby salamandry mogły żyć w ogniu. On się jednak spalał. Doznawał wysokiej gorączki pod wpływem zmartwień i stresujących sytuacji. Dramatyczne decyzje kosztowały go utratę zdrowia. Aleksandra Piłsudska wspominała, że w ciągu kilku dni maja 1926 roku jej mąż postarzał się o dziesięć lat i tylko raz widziała go w takim stanie – przed śmiercią. Walki majowe, które pochłonęły kilkaset ofiar, były dla niego silnym wstrząsem psychicznym. Nie zamierzał bowiem doprowadzić do przelewu krwi. W 1928 r. doznał lekkiego wylewu i znalazł się na krótko w szpitalu. Skarżył się potem, że ma kłopoty z ręką przy podpisywaniu dokumentów. Po powrocie z Madery od wiosny 1931 roku zniknął właściwie z życia publicznego. Nie jeździł już na zjazdy Związku Legionistów, wysyłał tylko krótkie listy do odczytania. Nie udzielał już wywiadów, nie dawał artykułów do gazet. Ostatnia jego publikacja książkowa „Poprawki historyczne” ukazała się w maju 1931 r. Od powrotu z Madery tylko raz przemawiał publicznie – w maju 1932 r. na Radzie Naukowej Wychowania Fizycznego. Pokazywał się właściwe tylko na defiladach. Ostatnią odebrał 11 listopada 1934 roku. PRZEZWYCIĘŻENIE ŚMIERCI Pokolenia za pokoleniami, żyjące codziennem życiem, zwykłem lub niezwykłem, do wieczności przechodzą, pozostawiając po sobie jeno ogólne wspomnienia. (...) A jednak prawda życia ludzkiego daje nam inne zjawiska. Są ludzie i są prace ludzkie tak silne i tak potężne, że śmierć przezwyciężają, że żyją i obcują między nami... Józef Piłsudski. Przemówienie przy składaniu prochów Słowackiego do grobów wawelskich. 28 czerwca 1927 Po powrocie z Madery, w kwietniu 1931 r. oświadczył prezydentowi Mościckiemu, że nie można na niego liczyć w każdej chwili i w każdych okolicznościach. W 1932 r. stwierdzał, że nie ma już sił, by co dzień pracować. Postanowił się zajmować tylko wojskiem i sprawami zagranicznymi. Przyznał się, że nie czytał projektu nowej konstytucji, której celem była zasadnicza zmiana ustroju politycznego Polski. Gnębił się bardzo, zdając sobie sprawę z kruchej niepodległości między czerwoną Rosją i Niemcami, miewał czarne myśli, zastanawiając się, co się stanie z Polską po jego śmierci. „Jeżeli Polacy słyszycie, co mówię, wszyscy Polacy nie wezmą się do roboty w obronie interesów kraju, a mnie zabraknie, to za dziesięć lat Polski nie będzie” – mówił w 1931 roku do mjr. Romana Michałowskiego, który kończył tak swoją relację: „Marszałek rzucił karty na stół, twarz zakrył w rozłożonych ramionach i jakby zaszlochał”. Coraz bardziej słabnący, zdobył się na wysiłek, by zrobić wszystko, by ją zabezpieczyć, poprzez plan wojny prewencyjnej z III Rzeszą, pakty o nieagresji z Niemcami i Związkiem Sowieckim. Władysław Pobóg-Malinowski tak pisał o Piłsudskim w ostatnich latach życia: „Stawał się coraz bardziej nieprzystępny, coraz bardziej odgradzał się od ludzi, wiele z dotychczasowych kontaktów zerwał, przekreślił, inne ograniczał, nawet najbliższych sobie ludzi nie wzywając do siebie przez czas dłuższy. (...) Wiedzieli wszyscy, że w razie wezwania do siedziby Marszałka nie wolno nikomu wychylić się ani na jotę poza określoną ściśle sprawę”. Zdaniem Stanisława Cata-Mackiewicza Piłsudski, który lubił kiedyś przekonywać ludzi do swojego stanowiska i dyskutować z nimi, po maju 1926 roku „żąda, by go słuchano i nie nudzono kontrargumentami czy własnym zdaniem”. Pobóg-Malinowski pisząc, że „słów twardych” używał Marszałek wobec swoich generałów, nie wyłączając Rydza-Śmigłego, a nawet wobec najbliższych mu Prystora i Sławka, tłumaczył: „Były też te wybuchy w istocie swej odblaskiem żalu czy zawodu, że nawet ci, co mają objąć spadek, nie zawsze i nie we wszystkim dociągają do niezbędnego poziomu – odgłosem tragicznego ogromu męki człowieka, który, poprzez morze polskiej małości, słabości, krótkowidztwa, niesie straszliwe brzemię troski o polskie dziś i jutro”.

A królem był serc i władcą woli naszej

Aleksandra Zagórska, która była świadkiem wybuchu gniewu Marszałka, wspomniała: „W momentach brutalnej wściekłości ten miotający obelgi groźny człowiek – nie był Józefem Piłsudskim – to były jego chore nerwy, doprowadzone do wielkiego rozstroju przez walki, gorycze i głębokie rany serca, a także przez bardzo ciężką, długotrwałą chorobę raka wątroby”. Piłsudski nie znosił lekarzy, nazywał ich „szubrawcami”, dlatego między innymi nigdy nie wprawił sobie zębów wybitych przez carskich żandarmów. Wprawdzie w budynku GISZ mieszkał piętro niżej doktor Marcin Woyczyński, lecz był on dla Marszałka przede wszystkim adiutantem i towarzyszem samotności niż lekarzem. Piłsudski bardzo często zapadał na przeziębienia, grypy, bronchit. Jego system odpornościowy słabo radzący sobie z infekcjami nie był w stanie zwyciężyć choroby nowotworowej. Woyczyński zwracał Piłsudskiemu uwagę na konieczność zbadania wątroby, Marszałek jednak to lekceważył. Usiłował leczyć się głodówkami. Dramatyczne zmiany w stanie zdrowia Marszałka i jego wyglądzie nastąpiły pod koniec 1934 roku. Wacław Lipiński, który był wtedy w Belwederze, wspominał: „Zobaczyłem pochylonego, powoli idącego starca, z wyniszczoną twarzą, z piętnem ciężkiej choroby, z oznakami zbliżającego się końca”. Diagnoza postawiona na trzy tygodnie przed zgonem – kiedy Piłsudski dał się wreszcie zbadać – była tragiczna: rak wątroby i żołądka w ostatnim stadium. 4 maja Piłsudski opuścił mieszkanie w gmachu GISZ, przenosząc się do Belwederu. Tam chciał umrzeć. Zmarł 12 maja w otoczeniu rodziny. Zrobiono gipsowy odlew twarzy. Ciało zabalsamowano, wyjęto mózg, będący później przedmiotem badań na Uniwersytecie Stefana Batorego, a także serce, by – zgodnie z wolą Piłsudskiego – pochować je razem z prochami matki w Wilnie. Na nagrobku z napisem „Matka i serce syna” polecił Piłsudski umieścić cytat z poematu „Beniowski”. Gdy mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, niechaj umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w sosen zadumie
Tak żyłem Pogrzeb odbył się na Wawelu 18 maja 1935 roku. Prezydent Mościcki zaczął swoje przemówienie słowami: „Cieniom królewskim przybył towarzysz wiecznego snu. Skroni jego nie okala korona, a dłoń nie dzierży berła. A królem był serc i władcą woli naszej”. Gdy znoszono trumnę do podziemi katedry, odezwał się dzwon Zygmunt. Trumnę miał okryć sarkofag, nie został jednak wykonany.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL