Publicystyka

Kiedy człowiek staje się człowiekiem?

Fotorzepa, Maciej Skawiński MS Maciej Skawiński
Na pytanie, czy zarodek jest człowiekiem, nie można odpowiadać, że tak, już teraz nim jest. Dopiero przy pewnym biegu wypadków kiedyś będzie człowiekiem – pisze filozof
W kilku tygodnikach ukazał się niedawno dodatek zatytułowany: „Bioetyka katolicka”. Szesnastostronicowa publikacja przedstawia stanowisko Kościoła w sprawie aborcji, in vitro i leczenia bezpłodności. Główną myśl można zawrzeć w słowach: „rozwojowi technologicznemu nie towarzyszy rozwój etyczny”, czyli nowym możliwościom stosowania technik wspomaganego rozrodu nie towarzyszy wyraźny zakaz uśmiercania ludzkich zarodków.
Kościół chciałby zmienić tę postawę, zaniepokojony stosunkowo silnym poparciem społecznym dla zapłodnienia in vitro. Ksiądz arcybiskup Józef Michalik odnosi się do publicznej debaty na temat bioetyki ze zrozumieniem i szacunkiem dla osób reprezentujących inne poglądy niż katolickie. „Publiczna debata, oficjalne nauczanie oraz głosowanie posłów w tej sprawie, jak i w każdej sprawie etycznej, jest głosem sumienia. Dla niewierzącego to wyraz jego naturalnej etyki, mądrości serca i wrażliwości sumienia. Dla uznającego Boga i odpowiedzialność za życie po śmierci to egzamin z Dekalogu, świadectwo moralności sobie samemu wystawione, z którego zda rachunek przed Najwyższym Sędzią”. Te słowa wyrażają przekonanie, że dyskusja bioetyczna dotyczy spraw zasadniczych dla wolności sumienia, systemu prawa w Polsce i szans realizowania w miarę jednolitego programu wychowawczego w szkołach. Czy jednak spór o in vitro przebiega między wierzącymi i niewierzącymi? Nie sądzę. Wśród popierających in vitro jest wielu wierzących, i oni też szukają oparcia dla swych ocen w „naturalnej etyce, mądrości serca i wrażliwości sumienia”. Dlaczego tak robią i czy powinni się za to bić w piersi?
[srodtytul]Zarodek – jeszcze nie człowiek[/srodtytul] Pojęcie człowieczeństwa ma aspekt deskryptywny i normatywny, i dla jasności dyskusji trzeba je odróżnić, co w religii jest trudne. Aspekt deskryptywny ma charakter złożony. Człowiek składa się z tkanek mających ludzkie DNA, posiada charakterystyczne dla naszego gatunku cechy morfologiczne, fizjologiczne i psychiczne. Pełniej realizuje swój potencjał w kulturze i w społeczeństwie niż w odosobnieniu. Ma zdolność krytycznej oceny swego losu i zdolność budowania planów życiowych. Ma dość powszechne upodobanie do myślenia naukowego, magicznego, religijnego. Jednak żadna z tych cech w izolacji nie wytwarza zobowiązań normatywnych. Ludzkie tkanki nie mają ludzkiej godności. Niektóre stany fizjologiczne mają charakter jawnie patologiczny. Istnieją kultury opiekuńcze z jednej strony oraz opresyjne i totalitarne z drugiej. Żaden z upowszechnionych stylów myślenia, ani naukowy, ani religijny, ani magiczny nie zasługuje na bezwzględne uznanie. Każdy może być błędny, mylący lub upraszczający. Wnioski normatywne można zatem wyprowadzać tylko z jakiejś koncepcji sensu ludzkiego życia i ludzkiej autonomii, a nie z założeń deskryptywnych, bez względu na to, czy pochodzą one z Biblii, tradycji, biologii czy ekonomii. Z deskryptywnej koncepcji człowieka nie wynikają żadne normy nakazujące szacunek zmarłym, opiekę nad dziećmi, miłość do rodziców. Nie mamy do dyspozycji ani w wyobraźni, ani w teorii idealnego powszechnika, z którym zgodność nadawałaby jednostkom status człowieka. Status ten pojawia się w wyniku licznych zmian. Zarodek ma niewiele cech ludzkich i rzadko występuje w sytuacji typowej dla dorosłego człowieka. Nie ma czucia, świadomości, planów życiowych, rozwiniętych organów, zdolności do samodzielnego przetrwania, nie ma zdolności ruchu ani mówienia. Nie można wobec tych zastrzeżeń mówić, że to wszystko nie ma znaczenia, bo zarodek rozwinie się w człowieka ze wszystkimi jego typowo ludzkimi cechami. Jest to stawianie wołu przed karetę. Na pytanie, czy zarodek jest człowiekiem, nie można odpowiadać, że tak, już teraz jest człowiekiem, ponieważ przy pewnym biegu wypadków dopiero kiedyś będzie człowiekiem. Nie mówimy, że biegacz już teraz powinien dostać nagrodę, bo z dużym prawdopodobieństwem wygra wyścig, lub że kleryk już dziś może udzielić rozgrzeszenia, bo kiedyś będzie księdzem. Przyszły status nie stwarza bieżących zobowiązań ani uprawnień. Założenia religijne na temat natury ludzkiej niczego tu nie zmieniają, chyba że wprost się ogłosi, że w przypadku człowieka substancja nie zależy od akcydensów, ale to założenie z pewnością nie jest przekonujące. Zawsze niedopuszczalne jest forsowanie stanowiska metafizycznego przeciwko stanowisku empirycznemu i racjonalnemu. Cechy ludzkie nie są powiązane globalnie i zespołowo. Ludzkie DNA ma pewne cechy ludzkie, ale nie ma innych. Portrety przodków mają pewne cechy ludzi, ale brak im wielu pozostałych. [srodtytul]Dogmaty metafizyczne[/srodtytul] Płody mają zdolność do przyswajania tlenu i białka, ale nie mają zdolności do samodzielnego oddychania i trawienia. Pewni chorzy w stanie terminalnym zachowują zdolność do oddychania i trawienia, ale mogą popaść w nieodwracalną śpiączkę. Stwierdzenie tego, że jakiemuś organizmowi lub protoorganizmowi przysługują pewne ludzkie cechy nie wystarcza do tego, by mu przypisać status człowieka. Płody, na przykład, mają dość wątpliwe, choć nie całkiem ograniczone prawo do dziedziczenia, a z pewnością nie mają prawa do głosowania. Osoby w śpiączce nie mają prawa do sporządzania testamentu ani podejmowania zobowiązań, choć zasługują na szacunek. Ustalenie posiadanych uprawnień jest sprawą trudną, ale musi się opierać na jakiejś koncepcji sensu ludzkiego życia i na badaniu realnie posiadanych cech, a nie na stwierdzeniu pochodzenia od ludzkich rodziców, bowiem taki status przysługuje również płodom składającym się wyłącznie z tkanki rakowej. W każdym razie bezzasadne jest twierdzenie, że to metafizyka może ustalić, kto jest człowiekiem, a kto nie, że np. zarodek jest człowiekiem w sensie metafizycznym, choć niekoniecznie w sensie biologicznym, prawnym i funkcjonalnym. Założenia metafizyczne podejmowane są bowiem arbitralnie i pozostają poznawczo bezużyteczne. Można przecież twierdzić – choć to niedorzeczne – że dowolna empiryczna kobieta jest metafizycznym mężczyzną, że empiryczny pies jest metafizycznym kotem, wielbłąd strusiem itd. Przede wszystkim zaś tezy dogmatyczne, pozbawione empirycznej treści, nie mogą być podstawą do formułowania bezwzględnych norm. Na krańcowo nierozstrzygalnych założeniach nie można budować bezwzględnych obowiązków. Te założenia nie nadają się nawet na przedmiot poważnego sporu. [srodtytul]Fascynacja przeznaczeniem[/srodtytul] Rodzice, którzy pragną mieć dziecko podobne do nich samych, zasługują na pomoc w realizacji swych planów. Żyjemy bardziej dla rodziny niż dla własnego gatunku. Nic więc dziwnego, że zwolennicy in vitro uważają, iż bezpłodność jest chorobą, ponieważ ich zdaniem zdolność rozmnażania się jest istotną funkcją biologiczną i emocjonalną. Jeśli ta zdolność zostanie utracona, co we współczesnych społeczeństwach zdarza się coraz częściej, to stan bezpłodności wolno uznać za fizjologiczną dysfunkcję, która wynika z jakichś wad organicznych i lekarze wiedzą doskonale, że ta dysfunkcja sprawia cierpienie. Podobnie definiowane są wszystkie choroby – dysfunkcja, cierpienie, wady organiczne. Przeciwko temu stanowisku słyszy się jednak, że po zabiegu in vitro chorzy nadal pozostają bezpłodni. To, ściśle biorąc, nie musi być prawdą, bo zdarzają się naturalne ciąże po urodzeniu dziecka, które powstało z zarodka wyhodowanego in vitro. Choć istotnie zdarza się to nieczęsto. Jednak medycyna rekonstrukcyjna i chirurgia też leczą choroby, choć pacjent nie odzyskuje pełnych naturalnych funkcji i sprawności. [wyimek]Bezzasadne jest twierdzenie, że to metafizyka może ustalić, kto jest człowiekiem, a kto nie – że np. zarodek jest człowiekiem w sensie metafizycznym, choć niekoniecznie w sensie biologicznym, prawnym i funkcjonalnym[/wyimek] Usunięty wyrostek nie odrasta, wyrwany ząb nie jest zastępowany przez nowy spontanicznie wyrastający w pustym miejscu, przepisanie okularów nie powoduje poprawy wzroku, podawanie insuliny nie usuwa cukrzycy, dieta antyglutenowa nie leczy trzustki itd. Niewłaściwe jest zatem sugerowanie osobom cierpiącym na wady systemu rozrodczego, by adoptowały dzieci zamiast stosowania in vitro z innymi intencjami oprócz tej, że każdy powinien w miarę możności adoptować samotne dzieci. Zatem argument, że bezpłodność nie jest chorobą, nie jest ani prawdziwy, ani nie ma specjalnego zastosowania do in vitro. [srodtytul]Status specjalny[/srodtytul] Zarodki i płody powinny otrzymać ustalony prawnie status specjalny. Choć nie da się obronić twierdzenia, że ludzkie zarodki są człowiekiem w sensie normatywnym, niewątpliwie wiele z nich ma zdolność stania się człowiekiem. Jest to jedna z potencjalności, które im przysługują, choć niekoniecznie zawsze należy stawiać tę potencjalność ponad inne. Celowe dopuszczanie do narodzenia się noworodków z głębokimi wadami wrodzonymi jest dowodem bezduszności i nieodpowiedzialności. Lepiej jest, jeśli uszkodzony zarodek poddany zostanie unicestwieniu lub wykorzystany do badań naukowych. Jednak z drugiej strony niedopuszczalne jest też całkowicie przedmiotowe traktowanie zarodków i płodów. Mają one w sobie ludzkie DNA i zawsze są pod wieloma względami podobne do zarodków, z których rozwiną się zdrowe i szczęśliwe noworodki, nawet wtedy, gdy same są anatomicznie uszkodzone lub mają rodziców biologicznych, którzy nie są w stanie zapewnić im należytej opieki z rozmaitych powodów, czasem niezawinionych. Zarodki, z których miałyby wyrosnąć porzucone i niechciane dzieci, nie powinny być skazywane na życie wielokrotnie przez nie same przeklinane, ale też nie powinny być bezceremonialnie traktowane jako odpady lub utylizowane jako białko. Nie wolno też ich wykradać do własnych potrzeb prokreacyjnych, zamieniać lub hodować do zaawansowanego stanu płodowego, by je następnie porzucić. Nie wolno ich kupować ani sprzedawać. To prawda, że zarodki te nie są pełnym, samodzielnie funkcjonującym organizmem, ale nie są też przedmiotem ani towarem. Należy im zatem przypisać status specjalny, w pewnym stopniu analogiczny do statusu organów transplantowanych, których też nie wolno porzucać, sprzedawać, wymieniać itd. One też nie mogą być przedmiotem własności, choć są zawsze przypisane do pewnych osób i nie wolno ich bezmyślnie niszczyć, gdy jeszcze mogą być użyteczne. Status specjalny powinien być potwierdzony prawnie i nie powinien wykluczać wykorzystania zarodków do badań naukowych, których celem jest opracowanie nowych terapii i lepsze zrozumienie mechanizmów rozwoju zarodków. Nie ma podstaw do zakazu prowadzenia takich badań, ponieważ nie sprawiają one zarodkom bólu, nie pozbawiają ich godności, nie wiążą się z bezcelowym ich niszczeniem. To stanowisko nie powinno nikogo szokować. Wiadomo, że pewna liczba zapłodnionych zarodków opuszcza organizm każdej płodnej kobiety, gdy nie zagnieżdżą się w jej organizmie. Niekiedy kobieta może nie odróżniać takiego wypadku od kolejnej menstruacji. Natura nieustannie prowadzi swoją selekcję i jest czymś niepoważnym próbować ją za to potępiać lub twierdzić, że to, co się dzieje bez wyraźnego celu, nie może być dokonane w dobrym celu. [srodtytul]Urzeczenie autorytetem[/srodtytul] Zachodzi zasadnicza różnica między stanowiskiem normatywnym jakiegoś Kościoła i stanowiskiem etycznym w ogóle. W sprawie dopuszczalności zabiegów in vitro Kościół rzymskokatolicki wypowiadał się już wcześniej i uznawał te zabiegi za niedopuszczalne, nazywając je „perfidną aborcją”. Dziś używa bardziej dyplomatycznego języka i to jest dobra zmiana. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że żadne inne wyznanie chrześcijańskie, lub szerzej, monoteistyczne, nie przyjęło w tej sprawie równie rygorystycznego i konserwatywnego stanowiska. Stanowisko Kościoła rzymskokatolickiego nie jest po prostu stanowiskiem wszystkich chrześcijan, popartym przez szeroką zgodę teoretyczną. Obowiązuje tylko jego wyznawców i nawet ich wiąże dość przekonująco, skoro in vitro ma w Polsce dość szerokie poparcie. Nie jest to poparcie okazywane tylko przez niewierzących, bo każdy wierzący może sobie doskonale wyobrazić Najwyższego Sędziego, który aprobuje tę procedurę i nie uważa, że biotechnologia jest wrogiem człowieka. Natomiast tworzenie restrykcyjnego prawa w zakresie biotechnologii na podstawie przekonania religijnego choćby największego, ale odosobnionego stanowiska religijnego, jest nawoływaniem do tworzenia zrębów państwa religijnego, i to chyba jest anachronizmem. Między stanowiskiem religijnym a stanowiskiem etycznym zachodzi wyraźna różnica. Kościoły oparte na Objawieniu stoją na stanowisku, że moralność może być zadekretowana, że istnieją autorytety nadprzyrodzone lub instytucjonalne, które w orzeczeniach moralnych mogą być nieomylne. Takie stanowisko jest krańcowo niezgodne z koncepcją etyki, jaką znajdujemy w filozofii. Filozofia stoi na stanowisku, że etyka jest dyscypliną autonomiczną, opiera się na normach sui generis, które nie mają ani pochodzenia biologicznego, ani religijnego, ani społecznego, ani ekonomicznego. Ich podstawą jest koncepcja autonomicznego podmiotu moralnego zdolnego do samodzielnych decyzji i wrażliwego na los istot czujących. Normy formułowane w oparciu o taką postawę mogą nie być jednolite i mogą ulegać zmianie. Różne wrażliwe jednostki, broniąc różnych koncepcji etyki, mogą w różny sposób rozwiązywać te same dylematy moralne. Ich działanie musi być jednak bezinteresowne i swobodne, by zasługiwało na uznanie za obronę stanowiska etycznego. Nie może służyć ich interesowi, wynikać z legendarnych założeń ani wyrażać stanowiska instytucji narzucających rozwiązania dogmatyczne. Propozycje doktrynalnej moralności religijnej nie spełniają tych warunków. [i]Autor jest filozofem, etykiem, kierownikiem Zakładu Filozofii Analitycznej w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego oraz redaktorem naczelnym kwartalnika „Przegląd Filozoficzny”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL