Świat

Czy Niemiec może zabijać

Afganistan
AFP
Afgańska masakra nie przestaje bulwersować Niemców. Przesłuchiwani będą przywódcy państwa i armii
Kanclerz Angela Merkel otrzyma lada dzień wezwanie do stawienia się przed specjalną komisją śledczą Bundestagu. W krzyżowym ogniu pytań znajdą się obecni i byli ministrowie, generałowie i cała plejada wysokich urzędników państwowych. Powołana właśnie komisja zamierza wyjaśnić wszystkie okoliczności niedawnej tragedii w Afganistanie. Na początku września amerykańskie bomby zrzucone na rozkaz pułkownika Bundeswehry w pobliżu niemieckiej bazy koło Kunduzu zabiły co najmniej 142 osoby. Wśród ofiar byli nie tylko afgańscy bojownicy, ale i dziesiątki cywilów, którzy zgromadzili się wokół uprowadzonych przez talibów cystern. Wielu z nich to dzieci.
Tragedia wstrząsnęła niemiecką opinią publiczną, narodem pacyfistów, który od czasu klęski III Rzeszy jest w większości przeciwny udziałowi Bundeswehry we wszelkich misjach wojskowych. Dlatego oficjalnie Niemcy nie prowadzą w Afganistanie żadnej wojny. Zgodnie z udzielonym Bundeswehrze przez Bundestag mandatem armia uczestniczy w misji stabilizacyjnej i powinna się zajmować odbudową kraju, wiercąc studnie, rozbudowując infrastrukturę i chroniąc cywilów przed talibami. O operacjach militarnych w mandacie nie ma ani słowa – z wyjątkiem użycia przemocy w obronie własnej. Bundeswehra ulokowała się w stosunkowo spokojnych północnych regionach kraju, obserwując z daleka zmagania Amerykanów oraz kontyngentów innych państw. Niemieckie media zajmowały się w tym czasie krytykowaniem George’a W. Busha, z którego rozkazu bomby spadały nierzadko na afgańskie wioski. Tym większy był szok wywołany tragedią w pobliżu Kunduzu. – Panie ministrze, nie ma pan licencji na zabijanie – usłyszał w czasie środowej debaty w Bundestagu minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg od posłów opozycji. To jednak nie Guttenberg odpowiadał za działania Bundeswehry we wrześniu, lecz jego poprzednik Franz-Josef Jung, który wyleciał z rządu, mimo iż zdążył już zmienić resort obrony na Ministerstwo Pracy. Ale Guttenberg, podobnie jak jego poprzednik, stanął początkowo w obronie armii, argumentując, że atak na uprowadzone cysterny był jak najbardziej uzasadniony. Podobno generałowie ukryli przed nim ważne raporty. Ma z nich wynikać, że dowódca bazy w pobliżu Kunduzu dobrze wiedział, iż wskutek bombardowania zginą nie tylko talibowie, ale i zgromadzeni wokół cystern cywile. Guttenberg stonował już swą ocenę, czym naraził się na zarzut kłamstwa ze strony jednego ze zdymisjowanych generałów.
A co wiedziała kanclerz Angela Merkel, która w kilka dni po tragedii mówiła, iż wyprasza sobie wszelką krytykę działań Bundeswehry? Pani kanclerz milczy, obiecując, że cała sprawa zostanie rzetelnie wyjaśniona. Na raport komisji śledczej czekają zdegustowani żołnierze Bundeswehry. – Są zszokowani. Niezwykle krytycznie oceniają dymisje swych generałów – mówi Reinhold Robbe, pełnomocnik Bundestagu ds. armii. [i] Piotr Jendroszczyk z Berlina[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL