Publicystyka

Od Piesiewicza do Woodsa

Dariusz Rosiak
Fotorzepa, Darek Golik
Jeśli senator PO zrobił komuś krzywdę, to co najwyżej samemu sobie. Upadek przyzwoitego człowieka, nawet tak groteskowy, nie powinien budzić rechotu, tylko szczere współczucie - pisze publicysta "Rz"
Mężczyzna ze spodniami spuszczonymi do kostek, to, niestety, zawsze widok żałosny. Jeśli zamiast spodni ubrany jest w kolorową sukienkę, to w ogóle boki można zrywać. Aż dziw bierze, że wiedząc o tym – bo przecież my, faceci doskonale wiemy jakich palantów z siebie robimy, gdy takie sytuacje wyjdą na światło dzienne – codziennie miliony mężczyzn na całym świecie zdradza żony i wynajmuje prostytutki. Nawet tak bogaci i utalentowani jak Tiger Woods oraz tak mądrzy i zasłużeni jak senator Krzysztof Piesiewicz.
Woods, stanąwszy wobec dylematu co gorsze: żona z kijem golfowym czy zderzenie hydrantem, wybrał – chyba w nagłym przypływie rozumu do głowy – hydrant. Senator Piesiewicz po dokonaniu pierwszego wyboru pod Marriottem właściwie nie miał dalszych, co postawiło go w gorszej sytuacji niż amerykańskiego golfistę.

Zamroczeni testosteronem

Może ta skłonność do folgowania głupocie z seksem w tle to oznaka naturalnego niedorozwoju umysłowego mężczyzn, może skrajnego braku wyobraźni, może wynik okresowego zamroczenia testosteronem (nawiasem mówiąc: czym z wiekiem mniej testosteronu, tym zamroczenia potężniejsze). Mam swoją teorię na ten temat, ale zostawię ją na inną okazję, która z pewnością wkrótce się nadarzy. Co do kryminalnych wątków sprawy, to zapewne wkrótce dowiemy się z prokuratury, czym mógł zawinić Krzysztof Piesiewicz. Jeśli wyłącznie wciąganiem kokainy na własny rachunek, to – jak dla mnie – nie ma o czym mówić. Jego życie, jego zdrowie, jego sprawa. Oczywiście, jeśli złamał prawo, powinien odpowiedzieć przed sądem.
Jednak zanim obrzucimy go kamieniami, warto pamiętać, że codziennie tysiące z nas łamią prawo w sposób znacznie bardziej karygodny niż zatruwanie własnego organizmu dla przyjemności, np. przekraczając dozwoloną prędkość na drodze albo rozmawiając przez komórkę w czasie prowadzenia pojazdu, by przytoczyć tylko najbardziej banalne przykłady zachowań znacznie bardziej niebezpiecznych dla innych niż zażywanie kokainy w domu. Jednak sprawa senatora Piesiewicza i, po części, Tigera Woodsa nie dotyczy głównie wątku kryminalnego ani zwyczajów seksualnych bohaterów, ale spraw wagi cięższej, niekiedy państwowej. Tak przynajmniej wynika z wielu komentarzy, które pojawiały się w prasie, również w tej gazecie. Tomasz Terlikowski pisze na przykład w "Rzeczpospolitej", że Piesiewicz powinien zostać "wyeliminowany" z życia publicznego ze względu na bezpieczeństwo państwa. "Pół biedy, pisze Terlikowski, że szantażowała go jakaś polska grupka przestępcza, która domagała się pieniędzy, cała bieda pojawiłaby się wtedy, gdyby zamiast niej zjawili się u senatora (albo uogólniając u, na przykład, ministra spraw zagranicznych) agenci obcego wywiadu lub świetnie przygotowani i brutalni lobbyści domagający się na przykład forsowania niekorzystnej dla państwa, ale korzystnej dla nich ustawy". Do wezwań Terlikowskiego przyłączył się Savonarola polskiej polityki, jej kompas moralny i busola publicznej wrażliwości Janusz Palikot. "Ja, Janusz Palikot, zażądam na posiedzeniu klubu odsunięcia Krzysztofa Piesiewicza. Powinien odejść z klubu PO, a najlepiej w ogóle z polityki" – oznajmił. Na szczęście senator sam zawiesił działalność polityczną, oszczędzając nam dalszych wykładów Palikota. Przynajmniej na ten temat.

Publicystów też można szantażować

Coś jednak w zarzutach o podatność na szantaż jest. Nie da się wykluczyć szantażu obcych służb wobec osób publicznych, np. Tomasza Terlikowskiego, Janusza Palikota, a już na pewno redaktora naczelnego "Super Expressu" Sławomira Jastrzębowskiego. Wszyscy oni mają wpływ na opinię publiczną, ferują wyroki moralne i odsiewają ziarna od plew. Poza tym w obecnych czasach grono osób potencjalnie podatnych na szantaż rośnie w zastraszającym tempie. Np. w sieci grasują tysiące blogerów, niekiedy anonimowych, którzy również biorą udział w debacie publicznej i kształtują nasze poglądy (w tym poglądy polityków, ustawodawców, prokuratorów i sędziów). I twierdzę, że w dzisiejszych czasach powiązań sieciowych, wpływów nieformalnych i zaniku jasnych hierarchii władzy nie ma specjalnego znaczenia, czy pełnimy funkcje autorytetów wybieralnych jak politycy, czy samozwańczych jak dziennikarze, księża, lobbyści piszący ustawy dla Sejmu czy zawodowi moraliści. Każdy uczestnik życia publicznego może ulec prywatnym szantażystom, albo Ruskom, albo Niemcom. Narażone są również ich rodziny: dzieci, żony, bliscy krewni. Nikt z nas, uczestniczący w życiu publicznym, nie jest bezpieczny, chyba że będzie "jak żona Cezara", czego wszystkim panom z serca życzę. Bronisław Wildstein w internetowym wydaniu "Rzeczpospolitej" wyraża żal w związku z wpadką senatora Piesiewicza, ale równocześnie łączy ostatnie rewelacje na temat jego życia prywatnego ze stanowiskiem Piesiewicza wobec ustawy lustracyjnej (był on przeciwko upublicznianiu dokumentów dotyczących życia prywatnego inwigilowanych przez SB). Wildstein "nie odmawia racji temu rozumowaniu", jednak z jego tekstu wynika, że ma pretensje do Piesiewicza za to, że bronił zachowania prawa do prywatności, ryzykując utrąceniem ustawy lustracyjnej. Ja nie mam do niego pretensji. Co więcej, uważam, że jako adwokat posiadający wiedzę na temat wielu prywatnych spraw antykomunistycznych opozycjonistów, niekiedy dla nich krępujących, miał obowiązek przeciwstawienia się ustawie w wersji gwarantującej igrzyska dla brukowców. Gdyby ją przyjęto, co tydzień mielibyśmy w prasie przegląd kochanek, kochanków, orientacji seksualnych i zwyczajów łóżkowych ludzi z pierwszych stron gazet.

Seks nośnikiem ideologii

Można oczywiście założyć, że nie ma w tym nic złego, a naród ma prawo wiedzieć o wszystkim, co robią ludzie wpływający na jego życie. Jednak – i to jest przy okazji sprawy Piesiewicza najważniejsze – nie wolno nam się godzić na likwidację sfery życia prywatnego, nawet polityków. Owszem, w przypadku księdza parafianie mają prawo znać jego obyczaje seksualne. W przypadku polityka albo dziennikarza prowadzącego kampanię przeciwko aborcji, zdradzaniu żon, legalizacji kokainy albo wzmocnienia praw prostytutek, opinia publiczna ma prawo znać ich prywatne życie w tych sferach. Jednak prawo do wchodzenia w życie prywatne osób publicznych musi mieć swoje granice. O ile mi wiadomo Krzysztof Piesiewicz nie zajmował się żadną z wyżej wymienionych spraw. Nie ferował ocen moralno-obyczajowych, chyba że w scenariuszach, które są akurat pełne zrozumienia dla ludzkich słabości. Wyprodukowanie kompromitujących go filmów przez szantażystki, a następnie upublicznienie ich przez "SE" jest niegodziwym atakiem na człowieka, który nikomu nic złego nie zrobił. Krzysztof Piesiewicz zrobił krzywdę co najwyżej samemu sobie, a upadek przyzwoitego człowieka, nawet tak groteskowy, nie powinien budzić rechotu, tylko szczere współczucie. Przyłączanie się do chóru oburzonych kierowanego przez obrońców moralności z "SE" jest też, jak dla mnie, przejawem krótkowzroczności i zaniku instynktu samozachowawczego. Żyjemy w świecie, w którym sfera prywatna powoli przestaje istnieć. Państwo dba o to, żebyśmy nie palili, pili w umiarze, stosowali prawidłową dietę i wychowywali dzieci według schematu wymyślonego w ministerstwie. Kiedyś człowiek sam regulował takie rzeczy, dziś państwo stopniowo ogranicza nam sferę prywatnej odpowiedzialności i prywatnych praw. Np. seks nie tylko przestał być tematem tabu, ale stał się wręcz nośnikiem ideologii politycznych takich jak obrona praw gejów i lesbijek czy feminizm. Amatorzy orgii masowo publikują w sieci zdjęcia pornograficzne z udziałem własnym i znajomych. Wkrótce ludzie, którzy chcieliby się pokochać z wybraną partnerką/partnerem w wybrany sposób w wybranym miejscu bez wiedzy innych należeć będą do mniejszości. Może w ogóle wymrą, a seks stanie się wyłącznie aktem politycznym lub/i nacechowaną moralnie deklaracją o charakterze publicznym. Będziemy się nawzajem podglądać i wystawiać oceny. Tomasz Terlikowski pisze, że bliskie mu jest zachowanie Amerykanów wobec Tigera Woodsa, którego zdrada małżeńska została ukarana przez firmę produkującą żyletki. "To zdrowsze dla życia społecznego" – pisze Terlikowski. Można i tak – częściowo Woods sam sprzedał swój wizerunek i prawo do oceny życia, decydując się na granie roli idola Ameryki, dobrego ojca i męża. Mnie jednak bliższy jest świat, w którym karę za zdradę małżeńską wyznacza żona albo teściowa, albo spowiednik. To zdrowsze dla życia prywatnego.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL