Telewizja

Kobieta musi być jak szampan

AP
Z Fanny Ardant rozmawia Barbara Hollender
[b]Czytaj więcej: [link=http://www.rp.pl/temat/355194_Zblizenie.html]Zbliżenie[/link][/b]
[b]Rz: Podobno nie lubi pani wywiadów. To prawda?[/b] Nie całkiem. Nie lubię udzielać wywiadów non-stop, w czasie promocji filmów. Bo wtedy pytania powtarzają się, a we mnie z każdą chwilą pogłębia się wrażenie, że nie mam niczego ciekawego do powiedzenia.
[b]Jakich pytań pani nie lubi?[/b] Nie lubię odpowiadać na drobiazgowe pytania dotyczące moich bohaterek. Ja je gram, a zadaniem widzów jest ich ocena. Nie należę też do tych aktorów, którzy bez hamulców opowiadają o najintymniejszych sprawach. I nie umiem rozprawiać o sztuce i przyszłości kina. Ale poza tym możemy rozmawiać o wszystkim – życiu, pracy. [b]W pokazywanym na ostatnim festiwalu w Cannes filmie „Twarz” Tsaia Ming-lianga po części rozlicza się pani z własnym życiem.[/b] Nie wiem, czy z życiem, na pewno z kinem. To było niesamowite doświadczenie. Tsai Ming-Liang spodobał mi się od razu, gdy tylko go zobaczyłam. To mądry i uroczy człowiek. Na początku bałam się, że będziemy mieli kłopot z porozumiewaniem się. Ja mówię po francusku, hiszpańsku, włosku, portugalsku, trochę po angielsku, jednak on tych języków nie zna. Ale pracowało nam się świetnie. Mieliśmy na planie tłumacza, choć tak naprawdę nawet nie wiem, czy był w naszych kontaktach potrzebny. Raz jeszcze okazało się, że kino nie wymaga słów. Ono samo jest językiem. Przekazuje emocje, które w każdym języku, pod każdą szerokością geograficzną są takie same. Dlatego tam, na planie „Twarzy”, pomyślałam, że wybrałam zawód pozwalający mi porozumiewać się ponad wszystkimi przedziałami. Z ludźmi wychowanymi w innej kulturze. [b]Mówiąc o rozliczeniu z życiem, miałam na myśli co innego: ten film jest przecież hołdem, który tajwański reżyser złożył Francois Truffautowi, pani reżyserowi i życiowemu partnerowi.[/b] Przyjmując rolę, nie zastanawiałam się nad tym. To do mnie dotarło później. I zrobiło mi się ciepło przy sercu. Truffaut był najważniejszym mężczyzną mojego życia. [b]Zagrała pani w jego dwóch ostatnich filmach. Pamięta pani swoje pierwsze spotkania z nim?[/b] Czy pamiętam? Ja mam fotograficzną pamięć. Mój umysł przypomina dzisiaj wielki kocioł, w którym jest wszystko. Każdy reżyser, z którym pracowałam, każdy aktor, z którym grałam, każdy dzień, jaki przeżyłam. Niczego nie zapominam. Więc Truffaut... Przesłał mi scenariusz „Kobiety z sąsiedztwa”. Przeczytałam i zachwyciłam się, bo to była fantastyczna historia o wielkiej miłości. Zadzwoniłam do niego, powiedziałam „To wspaniałe!”. Spytał: „Masz jakieś pytania?”. Odpowiedziałam: „Nie” i usłyszałam: „To świetnie”. Tak już było zawsze. W czasie całego okresu zdjęciowego Truffaut pod koniec tygodnia dawał aktorom kartki z dokładnie rozpisanymi scenami. Uczyliśmy się w weekend dialogów, a w poniedziałek kamera ruszała i graliśmy. Ja, Gerard Depardieu, inni. Bez wielkich dyskusji. I dobrze. Kiedy za dużo się mówi, można coś zgubić. [b]Są reżyserzy, którzy bardzo długo na planie rozmawiają z aktorami.[/b] Ja mam inne doświadczenia. Pamiętam, jak kilka lat temu z Frankiem Zeffirellim kręciliśmy „Wieczną Callas”, on tylko mówił: „Idź tu, potem skręć, na końcu usiądź”. Reszta – interpretacja sceny, emocje – należała do mnie. Pod koniec filmu pocałował mnie w rękę i podziękował. [b]Ma pani w swoim dorobku tytuły, które lubi pani szczególnie?[/b] Zrobiłam filmy dobre i złe, niektóre odniosły sukces kasowy, inne były klapami. Ale jedno mogę powiedzieć: pracując przy wszystkich byłam szczęśliwa. Raz tylko popełniłam błąd. Pracowałam z człowiekiem, z którym nie powinnam była się spotkać. Nigdy. Ale nie powiem, kogo mam na myśli. Generalnie czuję się jako aktorka bardzo spełniona. [b]A jako kobieta?[/b] Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie udało mi się stworzyć takiej rodziny, w jakiej sama się wychowałam. Moi rodzice byli ze sobą przez całe życie. Spokojnie, bezpiecznie. Chyba podświadomie marzyłam o takim związku. Ale nie wyszło. Życie artystów, na przemian euforie i depresje, nie sprzyjają stabilności. Zresztą wiem, że nie bardzo nadaję się do codzienności – dbania o dom, sprzątania, czekania na męża z obiadem. Kobieta musi być jak szampan. Luksusowa, trochę nieobliczalna, trochę kapryśna. W końcu żyje się raz. Tak uważam i nie łudzę się, że ze swoimi poglądami na życie miałam szansę zaszyć się w jakichś domowych pieleszach. Coś za coś. Ale nie mogę narzekać. Przeżyłam niejedną piękną chwilę. [b]No i ma pani troje dzieci.[/b] Bo zawsze wiedziałam, że człowiek poza sztuką musi mieć coś jeszcze. Starałam się żyć nie tylko w świecie wyobraźni. Moje córki są fantastyczne. Zastanawiam się czasem, dlaczego żadna z nich nie jest aktorką. Interesują się sztuką współczesną, psychologią, prawem. Nie wiem, czy tak dobrze je wychowałam, czy może tak źle. Ale jako matka jestem zawsze blisko nich. Najstarsza ma już 34 lata, jest całkowicie samodzielna, ale wie, że w każdej sytuacji może na mnie liczyć. Ja też bardzo wiele moim dzieciom zawdzięczam. To one pozwalały mi przetrwać najcięższe chwile. One i rozliczne zajęcia, na które się rzucałam, kiedy było źle. [b]Kolejne filmy?[/b] Niekoniecznie. Około trzydziestki przeżywałam trudne dni. Wie pani, co wtedy robiłam? Jak szalona uczyłam się grać na fortepianie. Bo kiedy człowiekowi nie chce się wstać rano z łóżka, trzeba sobie wymyślić cel. Rzucić się w nową pasję, uczyć się nowego języka, trenować do upadłego jakiś sport. To pomaga się podnieść. [b]Kino może być taką pasją?[/b] Dla mnie zawsze było. Nigdy nie zagrałabym w filmie tylko dla pieniędzy. Kino to marzenie. Dostawałam i ciągle jeszcze dostaję sporo scenariuszy. Przyjmuję role, które mnie zaciekawią. Głupi tekst? Beznadziejna, papierowa bohaterka? Do widzenia! Nie dla mnie! Liczy się przeżycie. Adrenalina. Najważniejsze, żeby się nie nudzić. I żeby być wolnym. [b]A można być wolnym w zawodzie, który jest tak bardzo uzależniony od innych? Od tego, czy reżyser zadzwoni z propozycją, czy operator dobrze oświetli, czy montażysta nie wytnie sceny...[/b] Wolnym można być zawsze. Ja żyję jak na dworcu kolejowym. Zawsze mogę wybrać pociąg, do którego wsiadam. Na tym polega moja wolność. [b]Boi się pani starzenia?[/b] Absolutnie nie. Starość człowieka widzą inni, przyglądając się zmarszczkom na szyi i wokół oczu albo pochylonej sylwetce. Ale ty sam nie musisz jej odczuwać. Ja nie będę się czuć stara, dopóki będzie mi się chciało żyć pełnią życia. Choć już zupełnie inną sprawą jest godne przyjmowanie tego, co przynosi czas. Dzisiaj jestem inna niż trzydzieści lat temu i nie zamierzam udawać, że jestem seksbombą, która może konkurować z Ludivine Sagnier. [b]Podczas ostatniego festiwalu canneńskiego oprócz filmu Tsai Ming-lianga „Twarz” promowała pani również swój własny debiut reżyserski „Cendres et sang”. Dlaczego postanowiła pani stanąć po drugiej stronie kamery?[/b] Nie wiem, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Aktorzy zwykle mówią, że chcą powiedzieć coś od siebie, wziąć odpowiedzialność za cały film. Ale w moim przypadku chyba tak nie było. Po prostu był taki moment, że grałam tylko w teatrze i miałam sporo wolnego czasu. Zaczęłam pisać scenariusz, a właściwie adaptację powieści albańskiego pisarza Ismaila Kadare. Kiedy tekst był gotowy, dostałam wsparcie od państwa i wszystko stało się bardzo szybko. Zdałam sobie sprawę, że pisząc, myślałam obrazami. Miałam ten film przed oczami i zdecydowałam się go zrealizować. [b]Odtąd będzie już Fanny Ardant reżyserka, nie aktorka?[/b] Nie mam pojęcia, niczego nie planuję. Zawsze żyłam z dnia na dzień, przez długi czas nawet nie miałam domu. Teraz jestem bardziej poukładana, ale nie mogę się zmusić, żeby sobie wyobrazić, co będę robiła za rok czy dwa. To byłoby pogwałcenie siebie samej. Wiem tylko, że w jakiejkolwiek roli na pewno będę blisko kina. [b]Wierzy pani w sztukę filmową?[/b] Tak, bo ona jest jak wino. Stale dojrzewa i nigdy nie umrze. Ciągle rodzą się nowi fantastyczni artyści, autorzy. Nie wierzę, gdy ktoś mówi: „Kino się skończyło”. Nie. Może właśnie teraz jakiś młody chłopiec siedzi zamknięty w swoim pokoju i pisze cudowny scenariusz. We Francji, a może w Chinach, w Ameryce Południowej, nie wiem. Gdzieś ten chłopiec jest na pewno. [b]Ciągle mówimy o kinie. A co pani robi w wolnym czasie?[/b] Dużo czytam, to moja druga pasja. Została mi z dzieciństwa, kiedy wszystkie wakacje spędzałam u dziadków, w wielkim domu pośrodku lasu, pomiędzy Fointainbleau i Montargis. Zaszywałam się w bibliotece dziadka i czytałam. Stale wracam do moich ulubionych lektur. Do Prousta, Marguerite Duras. Ale przede wszystkim do Rosjan – Dostojewskiego, Puszkina. Poza tym słucham muzyki: Mozarta, Pucciniego, Bacha, Wagnera, Calentano...To są chwile prawdziwego szczęścia i ukojenia. [b]A jak zamyka pani oczy i marzy, co ma pani pod powiekami?[/b] Będzie się pani śmiała: wielkie drzewo. Niespełna rok temu przeprowadziłam się do Paryża. Wybrałam mieszkanie, przed którym rośnie takie właśnie wielkie drzewo. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ono daje mi poczucie bezpieczeństwa. [b]Do kina pani chodzi?[/b] Nieustannie. W Paryżu można zobaczyć wszystko, co na świecie powstaje. Albo powstało. Na Champs Elysées królują amerykańskie hity. Ale niedaleko mojego drzewa jest Sorbona i mnóstwo małych kin, gdzie można obejrzeć największe dzieła włoskiego neorealizmu albo skromny, współczesny film koreański. [b]Jaki był najszczęśliwszy czas w pani życiu?[/b] Nie wiem. Odpowiem na to pytanie na łożu śmierci. Na razie żyję, więc wszystko może się zdarzyć. Może ten najszczęśliwszy czas mam jeszcze przed sobą? [ramka][srodtytul]Fanny Ardant[/srodtytul] W tym roku skończyła 60 lat, ale – mimo zmarszczek, których wcale nie ukrywa – stale jest piękna i pociągająca. Ma w sobie to coś, co sprawia, że przykuwa uwagę i zachwyca widzów. Lekkość, wdzięk, wewnętrzną wolność. Fanny Ardant urodziła się we Francji, wychowała w Monako, gdzie jej ojciec, oficer kawalerii, był zarządcą pałacu księcia Rainiera. Fanny chodziła do szkoły z księżniczką Karoliną, ale jako 17-latka wyjechała do Francji, żeby studiować najpierw nauki polityczne, potem aktorstwo. Na scenie debiutowała w wieku 25 lat, zyskała też mocną pozycję w kinie. Zagrała m.in. w filmach „Kobieta z sąsiedztwa” i „Byle do niedzieli” Truffauta, „Jedni i drudzy”, Leloucha, „Życie jest powieścią”, „Miłość po śmierć”, „Melo” Resnaisa, „Miłość Swanna” Schlöndorffa, „Rodzina”, „Kolacja” Scoli, „Lęk i miłość” von Trotty, „Po tamtej stronie chmur” Antonioniego, „Sabrina” Pollacka, „Elizabeth” Kapura, „Wieczna Callas” Zefirelego, „8 kobiet” Ozona. Mieszka w Paryżu, jest matką trzech córek: Lumir (ur. 1975), Josephine (ur. 1983, ze związku z Francois Truffaut) oraz Baladine (ur. 1990).[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL