Wiadomości

Wybory to walka z kolegami

Dotąd wszystkie zmiany ordynacji były przeprowadzane, by ograć oponentów – mówi Jarosław Flis. Na zdjęciu liczenie głosów w jednej z komisji w Poznaniu podczas ostatnich wyborów parlamentarnych
Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
Lokalni kandydaci rywalizują dziś z liderami swojej partii. Trzeba więc innej ordynacji – uważa politolog
[b]Rz: Donald Tusk wezwał do wprowadzenia ordynacji mieszanej w wyborach do Sejmu. „Rz” pisała, że PO zbiera ekspertyzy, które pozwolą jej na wprowadzenie tego rozwiązania bez konieczności zmiany konstytucji. Czy warto wprowadzać nowe zasady?[/b]
Dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego: Tak. Ta ordynacja ma zbyt wiele wad. Stosunki lokalnych kandydatów i liderów partii są w ciągłym napięciu. Jedni i drudzy wciąż próbują się ogrywać. Największym problemem kandydata z Olkusza nie jest to, jak rywalizować z kandydatem z innej partii, tylko to, czy zapraszać do siebie krakowskiego lidera listy. Bo może się okazać, że ten zbierze w Olkuszu zbyt wiele głosów. Jeśli jeszcze kolega z tej samej listy ze Skawiny czy Krzeszowic lidera nie zaprosi, to może zebrać więcej głosów od olkuskiego kandydata i odebrać mu mandat. [b]Chce pan powiedzieć, że na szczeblu lokalnym międzypartyjna rywalizacja wyborcza nie istnieje?[/b]
Jest bez znaczenia. Z perspektywy posła szansa na stratę mandatu na rzecz innej partii jest czysto matematycznie o rząd wielkości mniejsza niż szansa na stratę mandatu na rzecz innego kandydata z własnej listy. Nie ma powodu, by wchodzić w konflikt z kandydatami z innych list. Łatwiej jest przekonywać twardy elektorat własnej partii, że powinien głosować na kandydata lokalnego, a nie na lidera listy. Jeden z posłów opowiadał mi, że kiedyś spotkał się z dwoma innymi kandydatami do Sejmu – wszyscy byli z tego samego powiatu, każdy z nich był z innej partii. Spojrzeli sobie w oczy, uścisnęli ręce i skonstatowali, że nie są dla siebie rywalami. Nie rywalizują ze sobą, tylko z kolegami z sąsiednich powiatów. [wyimek]Obecny system wyborczy krzywdzi mniejsze partie. Co czwarty głos na PSL został zmarnowany[/wyimek] [b]Jak wygląda taka bratobójcza walka?[/b] Za większością afer związanych ze zrywaniem plakatów w kampanii kryją się właśnie partyjni koledzy. Rozgrywane są też różne gierki. Jeśli ktoś ma lepszą pozycję w partii, to potrafi, dzięki kilku zabiegom, zwiększyć swoją szansę na wygraną, np. wyczyścić swój powiat z poważnych konkurentów i sprawić, żeby takie silniejsze nazwiska kumulowały się w sąsiednim powiecie. Wtedy głosy wyborców z tego powiatu się podzielą i żaden z tamtejszych kandydatów nie dostanie mandatu. Wielu posłów mówi mi, że okres kampanii jest dla nich czasem bardzo stresującym właśnie dlatego, że muszą walczyć ze swoimi kolegami. [b]I ordynacja mieszana ma być na to lekarstwem?[/b] Ta w wariancie, który mamy m.in. w Niemczech czy Nowej Zelandii – tak. Wyborca ma dwa głosy. Jednym wskazuje znanego sobie kandydata w swoim niewielkim okręgu, drugim wskazuje ugrupowanie, oceniając je według jakości liderów znanych z telewizji. Mandaty rozdzielane są potem proporcjonalnie do liczby zdobytych głosów. Wyraźnie oddzieloną część zdobywają kandydaci lokalni, pozostałe zaś – „lokomotywy wyborcze”. Jest to na rękę wszystkim. Działania ogólnopolskich liderów i lokalnych kandydatów wzajemnie mogą się wspierać, a nie wchodzić w konflikt. Ci drudzy dostają swoje poletko – macierzysty okręg – i mogą tam swobodnie walczyć o wyborców. Już tylko z kandydatami z innych partii. [b]Przeciwnicy okręgów jednomandatowych przypominają stację we Włoszczowie, na której minister Przemysław Gosiewski zatrzymał pociągi ekspresowe. Czy taki poseł wybrany w okręgu jednomandatowym nie będzie przedkładał swojego lokalnego interesu nad państwowy?[/b] Właśnie dlatego warto zrobić oddzielną listę, na której partia umieszcza swoich liderów-ministrów. Włoszczowy mamy w obecnym systemie. Taki minister Cezary Grabarczyk w 2005 roku startował z jedynki w Sieradzu, potem z trzeciego miejsca w Łodzi. Mogę się założyć, że to, gdzie teraz wystartuje, będzie zależało od tego, którędy przebiegnie trasa S8. Jeśli ominie Sieradz, to nie będzie się miał po co tam pokazywać. [b]Partie o mniejszym poparciu, PSL i SLD, uważają, że ordynacja mieszana jest tylko w interesie dużych ugrupowań. Im może tylko zaszkodzić.[/b] Można zrozumieć, że się boją ordynacji większościowej, lecz tutaj są w błędzie. Tak naprawdę to mniejsze partie byłyby największymi beneficjentami takiej ordynacji. Obecny system je krzywdzi. W każdym z obecnych okręgów jest naturalny próg wyborczy, sięgający 10 proc. Jeśli partia nie przekracza tego progu, oddane na nią głosy są marnowane. W przypadku PSL taka sytuacja zachodzi prawie w połowie okręgów. Co czwarty głos na PSL został w ten sposób zmarnowany, a partia zdobyła właśnie o jedną czwartą mniej mandatów, niż by to wynikało z samej proporcji głosów. Po zmianie systemu mandaty byłyby dzielone według wyniku w całym kraju, ewentualnie w województwie. Efekt marnowania głosów byłby zniwelowany. Każdy głos oddany na PSL liczyłby się do wyniku, według którego byłyby dzielone mandaty. Zamiast 31 mandatów PSL mógłby ich mieć nawet 38. [b]Czyli mieszany system niemiecki jest bardziej proporcjonalny niż nasz proporcjonalny?[/b] Właśnie tak. Sama nazwa „system mieszany” jest myląca. Wynika chyba ze złego przetłumaczenia angielskiej nazwy tego systemu – „Mixed-Member Proportional”. To wszak oznacza „proporcjonalny o różnych rodzajach posłów”. Właściwa jego nazwa brzmi „spersonalizowany system proporcjonalny”. [b]Platforma i SdPl uważają, że zmianę ordynacji dałoby się wprowadzić bez zmiany konstytucji. Czy pan się z tym zgadza?[/b] Tak. Konstytucja mówi o wyborach proporcjonalnych i taka ordynacja je zapewnia. Konstytucjonalista prof. Piotr Winczorek mówi jednak, że byłoby to naginanie konstytucji. Bo ustawodawca, pisząc o systemie proporcjonalnym, miał na myśli właśnie taki, jaki mamy teraz w Polsce. Gdyby chciał, żeby ordynacja była mieszana, napisałby to wprost. Zarzuty profesora są prawdziwe w przypadku systemu segmentowego, który jest stosowany na Litwie czy w Rosji. Tam mandaty w okręgach i na listy dzielone są osobno i to istotnie zaburza proporcjonalność. Jednak najnowsze publikacje poświęcone systemom wyborczym, czy to Jacka Hamana czy Dietera Nohlena, wyraźnie oddzielają taki system od spersonalizowanego systemu proporcjonalnego, który jest szczególnym przypadkiem ordynacji proporcjonalnej. Wedle wszystkich analiz i wszystkich danych – bardziej proporcjonalnym od głosowania na listy przy podziale na niewielkie okręgi. Czyli od tego, który znamy. [b]Powiedział pan, że PSL i SLD zyskałyby na ordynacji mieszanej po kilka mandatów. Kto straciłby te miejsca w Sejmie?[/b] Pierwszy przegrany, czyli drugi na mecie. W 2007 roku byłby to PiS, w 2005 (a wedle zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego, także w 2011) – Platforma. Obecnie największą premię zgarnia nie zwycięzca, lecz ten, kto był w stanie wygrać miażdżąco w jakiejś części okręgów. Ponieważ obie duże partie liczą na zwycięstwo, nie powinny być przeciwne zlikwidowaniu takiego efektu. Dla nich nie są to istotne straty, lecz te kilka mandatów może przekonać do zmiany mniejsze partie. [b]Czy wprowadzenie ordynacji mieszanej jeszcze przed najbliższymi wyborami jest możliwe?[/b] PiS też proponował w przeszłości wprowadzenie zbliżonej ordynacji. Tak naprawdę opłaca się ona wszystkim, bo uzdrawia życie partyjne. Nieufność ludowców może być rozwiana, jeśli dostrzegą, co jest największą różnicą pomiędzy obydwoma systemami. Jest faktem, że dotąd wszystkie zmiany ordynacji były przeprowadzane, by ograć oponentów. To jednak nie jest jedyna możliwa motywacja. Można rozwiązać kłopoty każdej partii z osobna, nie zmieniając układu sił pomiędzy nimi. Gdyby wszyscy zaakceptowali takie założenie, byłaby duża szansa na zmianę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL