Muzyka

Paul nie liczy lat

Paul McCartney good evening new york city Universal Music 2009
Rzeczpospolita
McCartney dał porywający koncert w grudniu w Berlinie. Przez trzy godziny grał największe przeboje Beatlesów i solowe utwory. Dla naszych czytelników mamy dwie płyty „Good Evening New York City”.
49 lat temu, 4 grudnia 1960 r., został karnie deportowany z Niemiec. Osiemnastoletniego bigbitowca oskarżono o próbę podpalenia hamburskiego Bambi Kino.
Niesforny liverpoolczyk przybił do sufitu prezerwatywy i podłożył ogień. Była to zemsta na właścicielu sali, który zadenuncjował George’a Harrisona za brak pozwolenia na pracę. McCartneya pojmano na deptaku między portowymi burdelami i wtrącono do celi. Pokazaną żartobliwie ucieczkę z więzienia zobaczyliśmy na telebimie podczas przeboju „Band on the Run”. A na scenie śmiał się i śpiewał najważniejszy, najbogatszy muzyk świata, którego fortuna szacowana jest na miliard dolarów. Największym jego bogactwem są nieśmiertelne przeboje Beatlesów.
[srodtytul]Rockowy superman[/srodtytul] Z hamburskich czasów pozostała Paulowi charakterystyczna, przypominająca skrzypce gitara basowa Höfner. „To mój mały niemiecki bas!” – krzyknął. Właściwie się nie zmienił. Miał kurtkę ze stójką, jaką pamiętamy z filmu „Help”, tyle że czarną. Kiedy ją zdjął, okazało się, że wegetariańska dieta znakomicie konserwuje szczupłą sylwetkę artysty. Siwiznę skrywa farba, więc twarz 67-latka prezentuje się młodziej. A gdy zaintonował „Magical Mystery Tour”, można było się poczuć jak pod koniec lat 60. Zrobił wszystko, by oderwać nas od ziemi. Po ostrym riffie piosenki „Drive My Car”, w której przed laty ogłosił, że chce zostać gwiazdą i podrywać najpiękniejsze dziewczyny, zaprosił widzów do salonki prywatnego odrzutowca: rozpoczął „Jet” Wingsów. Niemiecka publiczność najwyraźniej nie znała dynamicznej, zwariowanej kompozycji „Highway” z solowej płyty „Electric Arguments”. Ale McCartney się tym nie przejmował. Emanował z niego olimpijski spokój. Na początku można było nawet poczuć żal, że nie macha głową jak kiedyś i nie skacze razem z młodszymi, rewelacyjnymi muzykami. Ale jako jedyny nie zszedł ze sceny ani na chwilę. Przez trzy godziny, cały czas, grał i śpiewał. To niesamowite, że po pięćdziesięciu latach na estradzie nie stracił głosu. A tylko raz, podczas „Blackbird”, zafałszował. Ale wystarczył czarujący, przepraszający uśmiech Paula, by 20 tysięcy fanów zareagowało rytmicznymi brawami. [srodtytul]Chwile wzruszenia[/srodtytul] Wywołał ponadpokoleniowe szaleństwo. Tańczył czterdziestoletni ojciec z kilkuletnią córeczką, która śpiewała „Day Tripper”. Fanki wymachiwały kartonami z propozycją ślubu lub wspólnego zdjęcia. Małżeństwo obok utworzyło z dwóch koszulek imię idola „Pa-ul”. Na trybunie widziałem polską flagę z napisem „Pauland” i zaproszenie: „Come to Poland!”. Trudno się dziwić, że fani kupili od września aż 6 milionów zremasterowanych albumów Beatlesów. McCartney udowodnił, że nie jest wyłącznie autorem miłosnych ballad. Takiego ostrego grania jak podczas „Helter Skelter” nie słyszałem od dawna. Pędzący na ekranie rollercoaster porwał nas na pokład i zaczęła się jazda bez trzymanki. Zabrzmiało „Back in the USSR” i telebim wirował od kozackich tańców. A „Let Me Roll It” Macca zakończył solówką z „Foxy Lady” Hendriksa. Opowiedział też o znajomości z Jimem, który już dwa dni po premierze „Sierżanta Pieprza” grał swoją wersję przeboju Beatlesów. Mówiąc to, McCartney parodiował sztuczki króla gitary. Ale ballad nie mogło zabraknąć. „Eleanor Rigby” Paul zaśpiewał przy zgaszonych światłach. Słysząc „Yesterday”, widownia zamilkła. Na twarzach widać było wzruszenie. O Paulu mówi się, że jest wyrachowanym gwiazdorem. Jednak wspominając Harrisona przepiękną wersją „Something”, wyraźnie się rozkleił. Zaśpiewał też „Here Today”, skomponowane po śmierci Lennona, wspomnienie przepłakanej w młodości nocy, gdy zbliżyła ich trauma sieroctwa. Mocno zabrzmiał przebój Johna „Give Peace a Chance”, a przy klawiaturze yamahy widać było hipisowską pacyfkę. Fortepianowe ballady Paul dozował z umiarem, żebyśmy nie umarli z zachwytu. Najpierw usłyszeliśmy „The Long and Winding Road”. Potem „Let It Be”. Refren „Hey Jude” śpiewali wszyscy. I tańczyli przy skocznych akordach „Lady Madonny”. Pióropusze ognia i eksplozja towarzysząca bondowskiemu tematowi „Live and Let Die” zaskoczyła w hali wszystkich. A kiedy fala gorącego powietrza opadła – Macca odpalił środki pirotechniczne jeszcze raz. Cieszył się jak dziecko z psikusa. Finał spełnił marzenia. Po „Get Back” Paul pytał niczym soulowy śpiewak, czy „naprawdę, naprawdę, naprawdę” chcemy, by wrócił na scenę. Po drugiej części „Sierżanta Pieprza”, którą podziękował za naszą obecność, rozpoczął się „The End”. W tej niesamowitej, ostatniej nagranej wspólnie przez Beatlesów piosence, znalazły się także sekwencje gitarowego jamu, jaki wykonali na pożegnanie Paul, John i George. Ledwo wybrzmiał refren „Love You!”, gdy McCartney sypnął przedświątecznym śnieżnym confetti. Fani z całego świata zabierali je do domu jak rockowe relikwie. [ramka]KONKURS [b]płyta[/b] Berliński koncert, jeden z siedmiu w Europie, promował znakomity podwójny album DVD/CD „Good Evening New York City”. Znalazły się na nim 34 największe przeboje Beatlesów i Paula McCartneya. Dla naszych czytelników mamy 2 albumy. Wygrają 2 pierwsze zgłoszenia na adres [mail=kultura@rp.p]kultura@rp.p[/mail]l. Start konkursu: wtorek (16.02), godz. 12.00. [b]Znamy już zwycięzców, poinformujemy ich drogą elektroniczną. Dziękujemy za udział w konkursie :)[/b] [link=http://www.facebook.com/pages/Serwis-Kulturalny-rppl/140157390741]Zostań fanem serwisu na Facebooku[/link] - informacje o konkursach - zaproszenia na koncerty, do teatru, ciekawe książki! [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL