Literatura

Stąd do wieczności albo Miron Białoszewski nadaje z Pragi

materiały prasowe
Wyniesienie Nastąpiło! Pierwszy wers to tytuł, drugi – treść wiersza Mirona Białoszewskiego z jego tomiku „Odczepić się” wydanego po przeprowadzce z leżącego w centrum Warszawy placu Dąbrowskiego do wzniesionego w szczerym polu blokowiska na prawym brzegu Wisły, na dziewiąte piętro, skąd rozciągał się inspirujący autora widok na Pragę, Saską Kępę, Wisłę, lewy brzeg Wisły, czyli Siekierki z elektrociepłownią, niebo, mgły, chmury, śniegi, lasy ostów, błoto, kałuże, glinianki, gołębie itd.
Lakoniczny wiersz wzbudzał szyderczy śmiech felietonistów. Ile było w utworze goryczy i sarkazmu, możemy pojąć, gdy czytamy dziennik-powieść „Chamowo” pochodzący z tamtych czasów, ale wydany dopiero teraz. W „Chamowie” znajdujemy podobne fascynacje, jakie znamy z późniejszych utworów Białoszewskiego, tym razem utrwalone w formie dziennika, zapisu drobnych wydarzeń, snów, wrażeń, refleksji i olśnień. Ale „Chamowo” nie jest żadnym dzienniczkiem-notesem, co najwyżej taki udaje, tylko kunsztowną kreacją literacką, metaforą, tak jak wiersze.
Wydane po latach przez PIW jako kolejny 11. tom „Utworów zebranych” Mirona Białoszewskiego (poprzednie tomy wydano ponad 20 lat wcześniej) obejmuje jeden rok życia autora „Pamiętnika z powstania warszawskiego”, pierwszy rok zesłania ze Śródmieścia na Pragę. Na skutek różnych okoliczności, które nie mają tu nic do rzeczy, Białoszewski opuścił Śródmieście w 1975 roku, co było dlań większym problemem niż był skłonny przyznać. Wiele razy, ogarniając ze swojego dziewiątego piętra podmiejski widok, zapytuje sam siebie z goryczą: to już nigdy nie wrócę do Śródmieścia? Ostatnia linijka „Chamowa”: „Chce mi się stąd wyprowadzić. Z tych mrówek”. Edward Stachura deklarował, że „wszystko jest poezją”. Starszy od niego Białoszewski nie zadowoliłby się taką konstatacją, zresztą słowa poezja nie używał. Białoszewski zachwycał się rzeczami, na które nikt nie zwróciłby uwagi: witał się z rysą na suficie, podziwiał zaciek, w którym dostrzegał mapę starożytnych cywilizacji, podziwiał czarnowłosą sąsiadkę, osobę prostą, prowincjonalną, w której widział nowe wcielenie cesarzowej Teodory, urodzonej w ubogiej rodzinie na Cyprze, czyli na zabitej dechami prowincji cesarstwa, żony cesarza bizantyńskiego Justyniana I Wielkiego, która do Konstantynopola przybyła za chlebem, była aktorką, a kronikarz Prokopiusz z Cezarei utrzymuje, że też kurtyzaną. W mrówkowcu z jednej strony strony mieszkania poety mieszka rodzina blondynów, z drugiej brunetów. „...ta ciemna to z wyglądu cesarzowa bizantyjska Teodora, z mowy peryferyjka, co się zgadza z pochodzeniem cesarzowej Teodory. I że jak mi wczoraj ci obok stukali za dużo i stukali, i jeździli czymś po ścianie, to ja ikoną. Jadwiga pyta: – To do Teodory walisz ikonami? – Nie, do tych jasnych”. Przypomnijmy sobie jego wiersze z pierwszego tomiku „Obroty rzeczy”, w których wyprowadzał mityczne genealogie, pokrewieństwa i powinowactwa między jarmarczną karuzelą, wielkanocnymi pokracznymi baranami z bazaru a starożytnymi cywilizacjami Asyrią, Babilonem... Fantazjo warszawskiej Pragi, masz assyryjskie rogi Babilony trefione w srebra z tłuczonego lusterka (...) A dalej: barany w koronkach brabanckich i barany z Bizancjum, i barany w koronach oryniackich Jaki zwrotnik? Wiek który? Czas który? Magie – religie – rytuały. A to wszystko z jaskiń pod miastem (...) nieprzerwane dylu-dylu dyluwium peryferyjne. Poeta zapuszcza się coraz głębiej w czas: przez Bizancjum, czasy prehistoryczne aż do czasów przedludzkich, zamierzchłych epok geologicznych, a zarazem mitycznych – diluvium to przecież potop, bazarowe śmieci to w twórczości Białoszewskiego resztki zgładzonego przez potop tandetnego świata, który zawsze się samoczynnie odradza. Jak na piewcę peryferyjności dość zaskakujące interpretacje. Bo też piewcą był przewrotnym, szyderczym, rzekomym. W budce z piwem widział stajenkę betlejemską, a to, co się pod nią dzieje, było dorocznym obrzędem: Budka piwa – stajenka Wołomina, (...) Dla kogo szopa? Wiem, sprawdziłem: dla trzech pasterzy w waciakach, stebnowanych króli, dla nich tylko codnieje. Dla Białoszewskiego każdy drobiazg, najbardziej prozaiczny odpadek, połamane krzesło czy sęk w stole nie tyle, albo nie tylko, był poezją, lecz odzwierciedlał tysiąclecia cywilizacji i ludzkiego mitotwórstwa, kosmosu, nieobjęty świat. Dlaczego więc, skoro zawsze miał upodobanie do osób i rzeczy przyziemnych, peryferyjnych i prowincjonalnych, tak boleśnie zaczął odczuwać zesłanie na peryferie, na tę straszliwą ziemię niczyją: nie-miejskie, nie-wiejskie przedmieście? Właśnie dlatego. Z gościa zmienił się w stałego rezydenta. Stąd dość obcesowe określenie Chamowo, jakim usiłował odgrodzić się od Przyziemności, w której nędzny zaśmiecony trawnik był tylko trawnikiem, a nie stepem, las ostów kupą chwastów, a nie dżunglą, zaciek na ścianie dowodem na tandetność socjalistycznego budownictwa, a nie Peloponezem, znakiem z innego porządku świata jak odbicie na całunie turyńskim. Autor narrator spaceruje, a właściwie robi wyprawy na brzeg Wisły. Pewnego razu, w gąszczu wybujałych chwastów przypominającym zapuszczony ogród z opowiadania Schulza „Pan”, wśród fali łąk szumiących, wśród kwiatów powodzi, wśród naturalnych w takich miejscach śmieci, odpadków i pustych butelek (piwa w puszkach jeszcze nie było) napotyka wielką, sparciałą szmatę, może stary worek. W jego przechadzce to zgubiony płaszcz Króla Leara. Powieść „Chamowo” jest w istocie manifestem skrajnej elitarności i bezwzględnego kulturalnego eksluzywizmu. Dopóki nie było tej książki, mogliśmy przypuszczać, że Białoszewski romantyzuje peryferie. Teraz widać kosmiczny dystans, by nie powiedzieć odrazę. „Chodzi dziś za mną smród śmietnikowy. Nasz zsyp śmierdzi na całe schody. Ale ja go czuję wszędzie. Słuchałem Haendla”. Takich zestawień (smród versus Haendel) nie było w jego wcześniejszej twórczości. Była bardziej pogodna, a w każdym razie tak się nam, czytelnikom, zdawało. Ale na ulicy Tarczyńskiej, gdzie powstał słynny teatr, i na placu Dąbrowskiego, gdzie Teatr Osobny kontynuował swą działalność, czuł się u siebie. Na ulicy Lizbońskiej, w blokowisku – nie. A zatem „Chamowo” rzuca nowe światło na całą dotychczasową twórczość Mirona Białoszewskiego. Wiersze są pełne cichego szyderstwa. Wiedzieliśmy, że Białoszewski, wyrafinowany intelektualista, meloman, znawca sztuki żyjący we wszystkich wiekach naraz, jest samowystarczalny. Widzi więcej i głębiej. Piękna dostarczają mu: gra chmur z księżycowym światłem, lśnienia światła na wiślanych falach i balustradach mostów, odbicia w kałużach. Cokolwiek widzi układa mu się w epizod, scenę, która już wydarzyła się niegdyś. Albo została namalowana: „Pojechaliśmy na dworzec. Na dworcu sceny, układy jak z Matejki. Tylko że samo pospólstwo”. Jest trochę zgorzkniały. Nawet z dzieckiem. Oto scena z Justynką, córką przyjaciół: „Do misia coś przemawiała. Potem przytachała dwie malusieńkie, nagie lalunie w wielkim pudle. Mówię cicho – Jak nieślubne dzieci. Ze spirytusu, Wyglądają. Albo nowo narodzone szczurki. Justynka wyrzuciła raptem lalki pod drugą ścianę. Wszyscy się przelękli. A ona – Idźcie. Brzydkie jesteście”. W „Chamowie” wrzucony w obcy świat Białoszewski najchętniej przebywa w Bizancjum, niby Żyd wieczny tułacz przebiega stulecia, jeździ autobusami ze swojej Saskiej Kępy do końca trasy, aby zobaczyć, co jest po drugiej stronie, czyli na przeciwległej pętli, rozprawia o malarstwie, filozofii, poezji: od pierwszego znanego polskiego zdania „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” do Mickiewicza. A oto „Lilje” w Białoszewskiego wydaniu napisane na zesłaniu w Chamowie: Same dzioby. W krzyku bab, milicji. Niosę. Dzień. Noc. Pootwierały się: zabiją (zbrodnia niesłychana) pana! Nieprzypadkowo pierwszy, może najlepszy tomik Białoszewskiego, nazywa się „Obroty rzeczy”. Jest to kopernikański przewrót w poezji (rzeczy jako sfery niebieskie). Bohaterami wierszy są zwykłe rzeczy chociaż oglądane jak prześwietlone promieniem rentgenowskim ze swoimi nakładającymi się w czasie słojami. Albo widziane jako symbole: „Szafo Semiramido” czy „Mam piec podobny do bramy tryumfalnej”. A podmiejskie domostwa, ozdobione – noszącą antyczne i prehistoryczne ślady – tandetą, przyrównane są do pierwotnych jaskiń. A prości ludzie w nich bytujący w poezji istnieją, jeśli w ich zachowaniach dają się dostrzec, odczytać powtarzalne prastare rytuały, gesty, ryty cywilizacji, kultury, echa zamierzchłych historii. Nie przypisuję Białoszewskiemu żadnej rozgoryczonej pogardy dla ludzi. Tylko rozpacz i współczucie. W swoim blokowisku napisał wiersz: Ja stróż latarnik nadaję z mrówkowca Nie zabłądźcie. Bądźcie. Mijajcie, mijamy się, ale nie omińmy. Mińmy. My! Wy! co latacie i jesteście popychani! [i]Miron Białoszewski „Chamowo” („Utwory zebrane”, tom 11.). Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009[/i]

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL