Kraj

Czyja broń miała trafić do Gwinei

Gwardia kpt. Moussy "Dadis" Camary, rannego w zamachu
AFP
Były oficer polskich służb pomagał w sprzedaży czołgów do Afryki
W Gwinei doszło w czwartek do próby zamachu na szefa junty wojskowej
Okazuje się, że władze tego afrykańskiego kraju chciały kupić broń z Białorusi, a w przygotowaniu tej transakcji uczestniczył płk Zygmunt C., były dyplomata, emerytowany oficer polskiego wywiadu. Oficerowie służb, z którymi rozmawiała "Rz", twierdzą, że posiadał on na to nieformalną zgodę Agencji Wywiadu (nie odpowiedziała ona na pytania "Rz" w tej sprawie).
– Moja firma nie była stroną tej transakcji. Działała tylko pomocniczo, z tej racji, że znam język francuski – mówi "Rz" płk C. Podkreśla, że jego udział w całej sprawie ograniczył się do tłumaczenia, m.in. dokumentów. O kontrakty na dostawy uzbrojenia do Gwinei od wielu lat zabiegał polski koncern zbrojeniowy Bumar. Na przełomie 2007 i 2008 r. toczyły się w tej sprawie intensywne negocjacje. Do transakcji jednak nie doszło, a miejsce polskiej spółki zajęła białoruska firma zbrojeniowa Belvneshpromservice. Z dokumentów, do których dotarła "Rz", wynika, że w lutym 2008 r. Ministerstwo Obrony Gwinei, kierowane przez Bailo Diallo, wystawiło białoruskiej firmie tzw. świadectwo końcowego użytkownika (dokument wymagany przy legalnym handlu bronią, zaświadczający, że nie trafi ona do innego kraju) dla 40 czołgów T72M1 oraz tysiąca kałasznikowów wraz z amunicją. – Transakcja nie doszła jednak do skutku, bo Gwinea nie miała pieniędzy, a teraz na ten kraj jest nałożone embargo na sprzedaż uzbrojenia – dodaje C. Udziałem w białoruskogwinejskiej transakcji byłego oficera polskiego wywiadu nie jest zaskoczony gen. Gromosław Czempiński, były szef Urzędu Ochrony Państwa. – Mogę się domyślać, że gdy rząd tnie nam emerytury, trzeba gdzieś dorobić – mówi "Rz". Dlaczego płkC. zaangażował się w sprzedaż białoruskiego uzbrojenia? – A co można zrobić, gdy polskie władze nie zgadzają się na sprzedaż do Gwinei polskiej broni – mówi. – Należy znaleźć kogoś, kto będzie w stanie wypełnić kontrakt – zaznacza C. Dodaje, że gdy Bumar nie otrzymał zgody na sprzedaż broni do Gwinei, strona afrykańska zaczęła szukać firmy, która zrealizowałaby dostawę. Płk C. nie ma wątpliwości, że winę za niepowodzenie realizowanej przez Bumar transakcji gwinejskiej ponoszą polscy urzędnicy. – Gdyby pracownicy Zakładów Mechanicznych Bumar Łabędy wiedzieli o stanowisku polskich władz, to z oponami przyszliby nie pod siedzibę premiera, ale Ministerstwa Gospodarki albo MSZ – mówi. O sprawę zapytaliśmy te dwa resorty. Do momentu zamknięcia gazety nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Monika Koniecko, rzecznik prasowy Bumaru, sprawę komentuje krótko: "Rozmowy nie zostały sfinalizowane ze względu na brak jasnego stanowiska rządu polskiego w sprawie zgody na dostawę sprzętu wojskowego do Republiki Gwinei". Nasz rozmówca z Agencji Wywiadu przyznaje, że działania w sprawie Gwinei niektórych polskich urzędników państwowych budzą poważne kontrowersje. – Niewykluczone, że mogły się w tej sprawie dziać dziwne rzeczy – mówi. – Faktycznie nie chodzi o sprzedaż broni do Gwinei, ale całkowite zablokowanie naszego kraju w tym regionie. Gwinea posiada bardzo bogate złoża, m.in. ropy naftowej, o co od lat toczy się walka przedstawicieli służb z różnych krajów. W końcu chodzi o miliardy dolarów – tłumaczy. Dodaje, że sprawa niepowodzenia kontraktu gwinejskiego jest badana przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Starania Bumaru o kontrakt w Gwinei w 2008 r. opisał renomowany portal [link=http://www.africaintelligence.com/" "target=_blank]Africaintelligence.com[/link]. Z jego informacji wynikało, że sprzedaż broni szefowie spółki uzależniali od przyznania koncesji na poszukiwania ropy firmie Summa Energy, kierowanej przez polskiego biznesmena z branży paliwowej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL