Sztuka

Powolne dochodzenie do mgły

JMW Turner; Crossing the Brook exh 1815; www.tate.org.uk
materiały prasowe
Wystawa „Turner i mistrzowie” w londyńskiej Tate Britain uświadamia, że prekursor impresjonizmu stworzył własny styl dopiero po sześćdziesiątce
Miał kompleks wielkiej sztuki. Żeby wznieść się na malarskie wyżyny, kopiował tych, których podziwiał. Albo raczej – po swojemu interpretował ich dzieła. Często z miernym skutkiem.
Prezentacja w narodowej brytyjskiej galerii bezlitośnie obnaża słabości Turnera, charakterologiczne i artystyczne. To pierwsza w historii konfrontacja angielskiego geniusza z największymi europejskimi twórcami. W drużynie obcych mistrzów znaleźli się m.in.Tycjan, Veronese, Poussin, Rubens, Rembrandt, Ruisdael, Watteau, Canaletto. Prawie trzydziestu. A naprzeciwko stanął samotny londyńczyk, uzbrojony w ambicję, tytaniczną pracowitość oraz… podróżniczą pasję. Dzieła zaaranżowano w duetach – wersja Turnera kontra pierwowzór. W sumie ponad sto obrazów z angielskich i zagranicznych kolekcji.
[srodtytul] Szalona lokomotywa [/srodtytul] Królowa Wiktoria utrzymywała, że był szalony. Podobnego zdania było wielu jego współczesnych. Cóż to za pomysł na życie, nieustannie podróżować? Pieszo, dyliżansem, potem koleją parową? Nie założyć rodziny, tylko gdzieś na boku spłodzić dwie córki? Ostatecznego argumentu na swą niepoczytalność artysta dostarczył w momencie, gdy… zaginął. Celowo. Przeprowadził się do skromnego mieszkania w dzielnicy Chelsea, pod przybranym nazwiskiem Booth. Niewiele brakowało, a odszedłby z tego świata jako nieznany starzec. A dożył jak na swoje czasy wieku sędziwego – 76 lat. Poza tym – gbur, skąpiec, wyrodny ojciec. Cały majątek (niemały, na obecne pieniądze – ponad 15,5 mln funtów) zapisał w testamencie państwu na dom pracy twórczej dla ubogich artystów. Familia podważyła testament, motywując to niepoczytalnością mistrza. Rodacy Turnera utwierdzili się w przekonaniu o jego obłędzie znacznie wcześniej – gdy przestał zabiegać o publiczny sukces i zabrał się za dziwaczne krajobrazowe kompozycje, które na ogół pozostawały bez odbioru. Ale to właśnie dzięki późnej twórczości zyskał pośmiertną renomę i zaszczytne miano prekursora impresjonizmu. Przedtem starał się dogonić klasyków. Zmitrężył ponad pół wieku, zanim doszedł do ulotnych, mgławicowych pejzaży, w których nie było widać linii ani wyraźnych kształtów, a horyzontu można było tylko się domyślać. [srodtytul]Kariera na kompleksach [/srodtytul] Słynnych, typowych „Turnerów” prawie nie ma w Tate Britain. Za to są sceny figuralne, religijne i widoczki ze sztafażem. Nie do uwierzenia, jak ten człowiek męczył się postacią ludzką. I niewiele wychodziło: tu złe proporcje, tam chybiona fizjonomia, ówdzie fałszywa gestykulacja. Prawdy psychologicznej ani na lekarstwo. Na szczęście, sytuację ratował pejzaż, ku któremu Turner wykazywał zamiłowanie od młodości. Najwcześniejsze przedstawione w Londynie prace powstały, gdy autor liczył sobie lat kilkanaście, czyli w latach 90. XVIII stulecia. Potem, krok po kroku widać, jak przebiegała autoedukacja młodego Anglika. Joseph Mallord William czyli Bill, jak wołano go w rodzinie, nie miał łatwo. Wcześnie osierocony syn skromnego londyńskiego balwierza, nauczył się pisać i czytać w domu. Trzynastoletni, zaczął zarabiać rysunkami. Rok potem przyjęto go do Royal Academy Schools, zaś w 1802 — do grona akademików (najmłodszy akademik w historii Anglii). Można powiedzieć – sukces. Wykazał się też sporą smykałką do interesów. Dorobił się sklepu-galerii, gdzie sprzedawał własne prace; produkował albumy przyrodniczo-geograficzne, na które zaczynała się moda. Podobnie jak na wojaże. Ludzie zaczęli interesować się historią, wykopaliskami, dawnymi obyczajami. Wzniosłość mieszała się z praktycyzmem i dociekliwością naukową. Nadchodziła pełna kontrastów epoka romantyzmu. Turner w pewnym sensie ją antycypował. Ale nie pasjonował się historyzmem – ciekawił go świat, fascynowała potęga natury, poruszała walka człowieka z żywiołem morskim, z ogniem. Uwielbiał burze, ulewy, mgły. Od 14 roku życia codziennie pokonywał około 40 kilometrów. Podczas peregrynacji uwieczniał z reporterskim zacięciem wiejskie plenery i miejskie widoki, zabytki, detale architektury. Od 1826 roku publikował tę dokumentację w zeszytach („The Turner’s Annual Tour”). Te wydawnictwa przyniosły mu większą sławę niż coroczne wystawy w Królewskiej Akademii, w których uparcie uczestniczył. W późniejszym wieku, kiedy utracił kondycję wyczynowca, podróżował koleją parową, niebezpiecznie wychylając się z okien, żeby jak najwięcej zobaczyć i zapamiętać. Taki wizerunek Turnera przetrwał w wielu anegdotach. Ryzyko opłacało się – w efekcie powstały najsłynniejsze arcydzieła, wśród nich sztandarowe „Deszcz, para i szybkość”. John Constable, prawie rówieśnik – a także główny konkurent do miana pierwszego angielskiego pejzażysty – określił sposób malowania kolegi jako akwarele „przełożone” na farby olejne. A nawet gorzej: „… zamiast farby zdaje się używać pokolorowanej pary”, zauważył. Nie był to komplement, raczej przytyk. A jaki trafiony! Londyn, Tate Britain, Wystawa czynna do 3 stycznia 2010 [link=http://www.tate.org.uk/britain/exhibitions/turnerandthemasters/default.shtm]www.tate.org.uk[/link]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL