Sport

Oni będą w narożniku

Sam Colonna. Pierwszy trener Gołoty w Ameryce
PAP
Gmitruk - Colonna. Pierwszy ma pomagać Tomaszowi Adamkowi, drugi – Andrzejowi Gołocie
58-letni dziś Andrzej Gmitruk, były trener warszawskiej Legii i reprezentacji Polski pracował z Gołotą w jego amatorskich czasach. W klubie, gdy toczył swoje pierwsze walki w gronie seniorów i w reprezentacji, kiedy 20-letni Gołota zdobywał na igrzyskach olimpijskich w Seulu (1988) brązowy medal w wadze ciężkiej (91 kg).
Z Adamkiem Gmitruk zetknął się dopiero pod koniec lat 90. Był wtedy trenerem reprezentacji Norwegii, ale myślał już o utworzeniu zawodowej grupy w Polsce, w której wiodącą postacią byłby utalentowany chłopak z Gilowic. Zobaczył go na mistrzostwach Europy w Mińsku (1998), gdzie Adamek zdobył brązowy medal, jedyny w naszej ekipie. I namówił go na podpisanie zawodowego kontraktu, choć zbliżały się igrzyska w Sydney (2000), a najlepszy wtedy polski pięściarz miał duże szanse, by stanąć na podium. Amerykański trener Sam Colonna jest o prawie dziesięć lat młodszy od Gmitruka. To on przygotowywał Adamka do pierwszej walki z Paulem Briggsem, to on stał w narożniku Gołoty w kilkudziesięciu pojedynkach. – To człowiek niezwykle lojalny, oddany do końca tym, z którymi pracuje – mówi Przemysław Garczarczyk, dziennikarz z Chicago, bliski znajomy Gołoty. – Kiedy trzeba, wstanie o czwartej rano, przyniesie coś do jedzenia albo odda swoje. Całkowite przeciwieństwo Ala Certo, który stał w narożniku Gołoty podczas pamiętnej walki z Tysonem. Andrzej nie potrzebuje nauczyciela boksu. Woli mieć w narożniku człowieka, któremu ufa, a o tym, co zrobi w ringu, i tak decyduje sam – tłumaczy Garczarczyk, który Gołotę i Colonnę zna już 20 lat.
[srodtytul]Wspomnień czar[/srodtytul] Gołota lubi wracać do starych miejsc. Kiedy przyleciał do Polski na walkę z Tomaszem Adamkiem, zamieszkał w Grand Hotelu przy ul. Kruczej, kilkadziesiąt metrów od swojej szkoły podstawowej. Trenował na obiektach warszawskiej Legii, klubu, w którym uczył się boksu. Ośrodek Startu w Wiśle wybrał dlatego, by przypomnieć sobie czasy, gdy zaczynał reprezentacyjną karierę jeszcze jako junior. Najchętniej spędza czas z tymi, których zna od lat. Dlatego wciąż pracuje z Colonną. Poznał go po przyjeździe do Chicago 18 lat temu w słynnym Windy City Gym, gdzie zaprowadził go mieszkający wtedy w Wietrznym Mieście najlepszy polski kickbokser Marek Piotrowski. To Colonna, wówczas współwłaściciel firmy dystrybucji prasy Archer News Agency, stał w jego narożniku, gdy toczył pierwszą zawodową walkę w Millwaukee z Rooseveltem Shulerem. Później wzięli go pod swoją opiekę bogatsi i potężniejsi. Słynny Lou Duva był z zupełnie innej półki. Znał wszystkich i wszyscy znali jego. Jak mówi Gołota, kochał kamery, a trening był dla niego złem koniecznym. Czarną robotę wykonywał Roger Bloodworth, chyba najlepszy fachowiec, z jakim pracował na zawodowych ringach były mistrz Polski wagi ciężkiej. [srodtytul]Powrót do Sama[/srodtytul] Zupełnym niewypałem była za to praca z Alem Certo. Od początku nie mogli znaleźć wspólnego języka. Kiedy więc w pojedynku z Tysonem Certo na siłę chciał zmusić Gołotę do dalszej walki, próbując mu wepchnąć ochraniacz na zęby do ust, ten uciekł z ringu. Ich współpraca zakończyła się skandalem, choć walkę uznano za nieodbytą, gdy w organizmie Tysona wykryto marihuanę. Nic więc dziwnego, że kiedy po trzech latach Gołota zdecydował się wrócić na ring, zapukał do drzwi Colonny. Ten przyjął go bez wahania, bo zdawał sobie sprawę, że wspólnie mogą jeszcze podbić świat. – Niewiele brakowało – mówi Colonna. – Andrew mógł być mistrzem świata dwa razy, najpierw gdy w kwietniu 2004 r. sędziowie orzekli remis w jego walce z Chrisem Byrdem, i kilka miesięcy później, w listopadzie, też w nowojorskiej Madison Square Garden, gdy niesłusznie uznali, że przegrał z Johnem Ruizem. Niewysoki, korpulentny Colonna nigdy nie był zawodowym pięściarzem. Być może zostałby nim, gdyby nie pechowy postrzał w połowie lat osiemdziesiątych. Okolice Windy City Gym nigdy nie należały do bezpiecznych, a strzał w plecy mógł mieć tragiczne konsekwencje. Kula uszkodziła nerw i niewiele brakowało, by syn włoskich emigrantów z Kalabrii bokserskie walki oglądał już z inwalidzkiego wózka. Na szczęście po roku ciężkiej rehabilitacji stanął na nogi i powoli zaczął się poruszać o własnych siłach. [srodtytul]Ojcowie w ringu[/srodtytul] Dziś ma 49 lat i tak jak kiedyś dzień wypełniony pracą od rana do nocy, choć nie ma już Windy City Gym, gdzie wylewał litry potu, przygotowując Gołotę do kolejnych walk. Teraz ma salę w Beachport, można tam spotkać coraz więcej dziewcząt trenujących boks. No i Gołotę, który nie zamierza kończyć kariery. – Po walce z Timem Austinem w Chinach byłem przekonany, że to koniec, ale on wrócił. Nie wiem, co będzie dalej. Jak pokona Adamka, to chyba wszystko jeszcze możliwe – mówił Colonna w rozmowie z „Rz” w Wiśle, gdzie spędza z Gołotą ostatnie dni przed sobotnią walką. – Adamka znam dobrze, stałem przecież w narożniku, gdy zdobywał mistrzostwo świata po dramatycznym pojedynku z Briggsem. Wiem, jak z nim walczyć, ale wiem też, że Tomek jest bardzo inteligentnym pięściarzem i nie będzie łatwo dobrać mu się do skóry. – Obu bardzo lubię dlatego, że dbają o pięściarzy jak ojcowie o swoich synów – mówi o Gmitruku i Colonnie Ziggy Rozalski, nieformalny menedżer obu pięściarzy. – Wolą poddać swojego zawodnika niż dopuścić do nieszczęścia. Zbyt wielu spotkałem w tym fachu wariatów, by tego nie cenić – twierdzi ten, który zaaranżował polską walkę stulecia. A o ich talencie trenerskim mówi tak: – Gmitruk jest chyba sprytniejszy, zawsze wymyśli coś oryginalnego. Sam – dusza człowiek, stosuje prostsze metody. Idź i się bij! – powie Andrzejowi. I jeszcze jedno, o czym mało kto pamięta: Gmitruk to urodzony szczęściarz. Tam gdzie jest on, słońce nigdy nie zachodzi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL