Publicystyka

Lot nad kukułczym gniazdem

Mariusz Max Kolonko
Rzeczpospolita
Ameryka wprost uwielbia oglądać dzieci głupich rodziców ratowane cudem z opresji. Dzięki temu Richard Heene, oszołom z Fort Collins, zrobił całe Stany Zjednoczone w balona – pisze publicysta
Amerykańscy widzowie, którzy mają kłopoty, aby przez pół godziny skupić się na przygodach wiedźm z serialu „Eastwick” na kanale ABC, potrafili przez 180 minut gapić się na srebrny spodek dmuchany przez oszołoma z Fort Collins.
[srodtytul]Media takie jak kraj[/srodtytul] Ameryka patrzyła, bo tak naprawdę wszyscy bardzo chcieliśmy, żeby w balonie dryfującym nad polami hrabstwa Larimer rzeczywiście było dziecko i żeby po wspaniałej akcji ratunkowej policji, straży pożarnej, myśliwców NORAD i unoszącego się nad wszystkim duchem Steve’a Fossetta zrobił się nam happy end. A kiedy się okazało, że dziecka w balonie nie ma, poczuliśmy się oszukani, krzyczymy: „lipa!”, i rzucamy teraz popcornem w ekran.
Publicystki Arianna Huffington z jednej i Laura Ingraham z drugiej strony atakują media za to, że ojciec chłopca, 40-latek z Kolorado, zrobił całą Amerykę w balona. Tymczasem nie ma powodu, aby winić media. Media są takie, jaki jest kraj. Ameryka po prostu uwielbia oglądać dzieci głupich rodziców ratowane cudem z opresji. Pamiętacie 11-latka z Ocean City w Maryland, który minionego lata kopał na plaży tunel tak długo, aż ten się na niego zawalił? Albo pięciolatka z Hawthorne w Kalifornii, którego głowa (podkreślam: głowa, a nie ręka) zakleszczyła się w studzience kanalizacyjnej, gdy wpadły mu tam klucze? Wszyscy oni byli bohaterami wieczornych wiadomości w Ameryce. Nikt bowiem w tutejszej prasie nie pyta, czy niewiarygodna historia nie jest przypadkiem historią niegodną wiary. Nikt nie pyta także, gdzie byli rodzice tych dzieci. Nie pyta, bo telewizja edukacyjna się nie sprzedaje. Amerykańskie newsroomy wolą strażaków z dziećmi na rękach i zwierzęta wyciągane przez ekipy ratownicze z potrzasków. Niesłychane historie amerykańskich bohaterów zakończone amerykańskim happy endem. [srodtytul]Telefon do telewizji[/srodtytul] Ojciec chłopca z Fort Collins dobrze zna tę prawdę. Jego „Fort Collins Project” kręcony tanią kamerą przez 11-letniego syna z trzyosobową ekipą produkcyjną uzyskał łączną publiczność równą wysokonakładowej produkcji kinowej. Odkąd srebrny obiekt w kształcie spodka (dlaczego spodka?) zerwał się mu „przypadkiem” z postronka, rzekomo z dzieckiem w środku, dział public relations oszołoma z Fort Collins zadziałał jak dobrze naoliwiona hollywoodzka maszyna, wykonując po zdarzeniu sześć telefonów – pierwszy do lokalnej stacji TV, dopiero trzeci na policję. Po tej akcji bohaterski tatuś i jego syn odwiedzili program Larry’ego Kinga, oblecieli telewizje śniadaniowe Ameryki, gdzie gospodarze do mdłości wynosili pod niebiosa naszego sześcioletniego bohatera, który – w całkiem już ziemski sposób – sam dostał mdłości ze zmęczenia i zwymiotował na podłogę telewizyjnego studia. Nie ma co narzekać. Dostaliśmy dobry show. Teraz Nowy Jork najpewniej wprowadzi strefy bezprzelotowe nad miastem dla srebrnych balonów z sześciolatkami w koszach. A FAA (Federalna Służba Lotnicza) poprosi zapewne Baracka Obamę o pakiet stymulacyjny, aby wykupić sześciolatki z lotów balonowych planowanych przez żądnych sławy rodziców. Będą to też pieniądze potrzebne na pokrycie 2 milionów dolarów kosztów poniesionych przy akcji ratunkowej i pogoni pustego balonu: dwóch myśliwców NORAD, helikoptera Gwardii Narodowej, policji i zespołów opieki medycznej na lądzie. Z perspektywy Hollywood to pikuś. [i]Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA, publicystą, prezenterem i producentem telewizyjnym. W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku[/i] [link=http://www.maxkolonkoblog.com]www.maxkolonkoblog.com[/link]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL