Publicystyka

Platforma potrzebuje geniusza

Joanna Lichocka
Rzeczpospolita
Jesteśmy w momencie przesilenia politycznego, które zdecyduje o jakości polskiej demokracji na najbliższe lata
Po wszystkim, co zdarzyło się w ostatnich tygodniach, rząd Donalda Tuska powinien upaść, a Polaków powinny czekać przyspieszone wybory do Sejmu. Ale w naszej polityce owo „powinno” nie zdarza się ani często, ani rychło, zatem i teraz to – wydawałoby się – logiczne następstwo zdarzeń wcale zdarzyć się nie musi. [wyimek]Gdy media rezygnują z kontrolowania rządzących w imię jakichś swoich kalkulacji, rządzący mogą czuć się bezkarnie. Mogą naginać prawo. Lekceważyć standardy demokratyczne[/wyimek]
Nie zmienia to jednak faktu, że Donald Tusk i kierowana przezeń formacja znalazły się w niezwykle trudnej sytuacji. Nieco lepiej od poważnie nadszarpniętej skandalem partii rządzącej ma się główna partia opozycyjna. Nareszcie ma namacalny, gotowy do pokazywania wszem i wobec dowód, że fachowość i standardy Platformy Obywatelskiej to w największym skrócie blef dla wyborców. [srodtytul]Ten trzeci[/srodtytul]
Na miejscu PiS nie cieszyłabym się jednak zbyt entuzjastycznie. Słabość tej partii sprawia, że na kryzysie rządu Donalda Tuska znacznie więcej może zyskać lewica niż ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Zarówno Tusk, jak i Kaczyński muszą zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy toczenie totalnej wojny PiS – PO jeszcze im służy, czy też zaczyna premiować tego trzeciego, który skorzysta tam, gdzie dwóch się bije. Sygnałem alarmowym powinny być zaskakująco wysokie (co z tego, że nieuzasadnione aktywnością w polityce krajowej) notowania Włodzimierza Cimoszewicza w sondażach prezydenckich. Oczywiście takie sondaże robione na rok przed wyborami nie mają wiele wspólnego z przewidywaniem faktycznego wyniku, ale pokazują tendencje. Wystarczy więc, by lewica jakimś cudem dogadała się i wystawiła kandydata, który będzie wizerunkowo znośny dla wyborców, a polaryzacja sceny politycznej na dwie siły postsolidarnościowe odejdzie w zapomnienie. W SLD medialnie coraz lepiej radzi sobie Grzegorz Napieralski. Dobre wrażenie robi też nowa twarz lewicy Bartosz Arłukowicz. Podczas debaty nad informacją rządu o aferze hazardowej Beatę Kempę z PiS przyćmił elokwentny i ze swadą punktujący Platformę Marek Wikiński. Odrodzeniu ugrupowania postkomunistycznego będzie też zapewne sprzyjać obecność lewicy w mediach publicznych i – obym była złym prorokiem – wiele nazwisk, które po aferze Rywina i rządach SLD wydawały się na trwałe wyrzucone poza nawias polityki, ponownie może się okazać witalnymi markami. PiS może więc zapłacić wysoką cenę za pozbycie się doświadczonych polityków i niewykształcenie odpowiedniej grupy nowych, którzy byliby w stanie ich zastąpić. Może też zapłacić, wyższą, niż się spodziewa, cenę za sojusz medialny z lewicą. Platforma zaś, wywołując kolejną wojnę z Prawem i Sprawiedliwością, wyhodować może sobie rywala po lewej stronie, nad którym niekoniecznie uda się jej zapanować. [srodtytul]Wojenka, moja pani[/srodtytul] Jasne jest, dlaczego Donald Tusk ogłasza wojnę z PiS, czyli po raz pierwszy od 2005 roku po imieniu nazywa strategię PO, nie przykrywając jej opowieściami o polityce miłości. Co więcej, premier stawia się w roli tego, który prowadzi wojenną ofensywę. Jednoznaczne zdefiniowanie wroga i otrąbienie gotowości do walki dyscyplinuje własne szeregi i elektorat. Retoryka wojenna wskazuje przeciwnika i kieruje przeciw niemu społeczne oburzenie. Odwraca też uwagę od tego, co faktycznie się wydarzyło, i narzuca korzystną dla PO interpretację zdarzeń. W wulgarnej formie przedstawia ją Janusz Palikot: był zamach stanu braci Kaczyńskich oraz szefa CBA i za to powinni oni wylądować w więzieniu. Słowami Palikota zapewne nie warto byłoby się zajmować, gdyby nie fakt, że właśnie wszedł on do władz Klubu Parlamentarnego PO i jest „drugi po Schetynie”. Trudno zatem nie sądzić, że to jest właściwy przekaz do wyborców Platformy. Cokolwiek się zdarzy przy wyjaśnianiu ostatnich afer, wyborcy mają to interpretować w takt melodii, jaką gra im Donald Tusk z Januszem Palikotem. Już przynosi to znakomite efekty. Na portalu społecznościowym twitter.com furorę robił kilka dni temu wpis w blogu zasłużonego komentatora zagranicznego TVN Jacka Pałasińskiego. Dziennikarz ten napisał z całą powagą: „Być może to nie jest pierwszy spisek, pierwsza próba obalenia porządku konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej, ale z pewnością najgroźniejsza, przeprowadzona z największym rozmachem. Spiskowcy powinni zostać postawieni przed Trybunałem Stanu z oskarżeniem o zamach na porządek konstytucyjny państwa i o terroryzm (…). Zaszczucie pojedynczych polityków, z których żaden – warto to podkreślić – nie dopuścił się czynu zabronionego – zaowocowało co najmniej jedną ofiarą śmiertelną, ale głosów protestu słychać niewiele”. [srodtytul]Media pozwalają odejść od zasad[/srodtytul] Ten wpis, jak i zapewnienia wielu moich kolegów po piórze, że żadnej afery (zwłaszcza stoczniowej) nie ma, a wszystko, co wyszło na jaw, to gra polityczna partyjnego szefa służb w porozumieniu z prezesem PiS, to rzecz smutna i groźna dla państwa. Gdy media rezygnują z kontrolowania rządzących w imię jakichś swoich kalkulacji (na przykład takich, by opozycji nie dopuścić do władzy), rządzący mogą czuć się bezkarnie. Mogą naginać prawo. Lekceważyć standardy demokracji. Tak jak niegdyś czynił to Lech Wałęsa z Lechem Falandyszem. Przy okazji odwołania Mariusza Kamińskiego z funkcji szefa CBA, które nastąpiło ze zlekceważeniem procedur i co najmniej nagięciem zapisów ustawy, przypomniała mi się historia z odwołaniem Marka Markiewicza z KRRiT. Lech Wałęsa odwołał go, mimo że ustawa ani konstytucja tego nie przewidywała. Owszem wybuchło oburzenie, ale media były zbyt słabe lub zbyt niechętne do działania w obronie zasad. Wałęsa mógł więc sobie na to i na jeszcze kilka podobnych ruchów pozwolić. Wprawdzie wiele miesięcy potem wyrok Trybunału Konstytucyjnego orzekł, że prezydent nie miał prawa odwołać Markiewicza, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Podobnie jest teraz. Mariusz Kamiński, gdyby trzymać się litery prawa, został odwołany nielegalnie – bez pisemnej opinii prezydenta i bez wyroku skazującego za umyślne przestępstwo. W ustawie jest też zapis, że szefem CBA może być osoba, która wykazuje nieskazitelną postawę moralną, obywatelską i patriotyczną, ale trudno będzie premierowi udowodnić, że Kamiński takiej postawy nie miał. Ciężkie armaty propagandowe Platformy nie są w stanie zagłuszyć jednak tego, co widać na pierwszy rzut oka – Mariusz Kamiński jest państwowcem, a lekcji etosu służby ojczyźnie mógłby udzielić pewnie większości członków (byłym i obecnym) rządu. Podnoszone przez polityków Platformy zarzuty o przecieki z CBA do mediów można by też przed potencjalnym trybunałem rozbroić – nawet gdyby ktoś udowodnił kiedykolwiek, że pochodziły one z CBA, a nie z sekretariatów któregoś z marszałków, to ujawnienie faktów z afery hazardowej czy skandalu z prywatyzacją stoczni służyły dobru publicznemu i mogły być działaniem w imię wyższej konieczności. Gdyby nie przecieki – dobrze to wiemy – Zbigniew Chlebowski nadal umawiałby się z „Rysiem”, a minister sportu doprowadziłby pewnie do tego, by córka „Rysia” zasiadała w zarządzie Totalizatora Sportowego. Premier mógł sobie pozwolić na odwołanie Mariusza Kamińskiego, bo chroni go potężny front elit i mediów, niechętny CBA od początku jego istnienia. Front pozwalający na przymknięcie oka na naciąganie prawa czy jego łamanie. [srodtytul]Dążenie do autokracji?[/srodtytul] Jesteśmy w momencie przesilenia politycznego, które zdecyduje o jakości polskiej demokracji na najbliższe lata. Jeśli PO uda się wygasić aferę, przykryć ją walką z PiS i zachować dominującą pozycję na scenie politycznej – czeka nas pożegnanie z tym kształtem państwa demokratycznego, jakie mieliśmy lub myśleliśmy, że mamy. Donald Tusk, niekontrolowany ani przez niezależne służby, ani przez media, będzie mógł swe – jak mówi Jan Rokita – ulubione pojęcie „hegemonia” zamienić na mniej lub bardziej nowocześnie podane „autokracja”. Być może jednak dlatego że narysowana powyżej perspektywa autorytarnych rządów jednej opcji wygląda nieszczególnie wesoło, wolę w trwałość tego scenariusza wątpić. Premier nie ucieknie od pytań na temat przecieku-ostrzeżenia dla biznesmenów z lobby hazardowego o akcji CBA. Bez względu na zaklinanie rzeczywistości przez polityków PO, ze stenogramów jasno wynika bowiem, że „Rysio” i kolega dokładnie wiedzieli, że zajmuje się nimi CBA, a nie ABW czy CBŚ. To, skąd o tym wiedzieli, jest najpoważniejszym pytaniem, przed jakim stoi szef rządu, i z całą pewnością będzie jednym z głównych zagadnień komisji śledczej. Także wątek nacisków na prokuratora rzeszowskiego, który postawił zarzuty Mariuszowi Kamińskiemu, nabiera rumieńców. „Dziennik” twierdzi, że ma zeznania dwóch innych prokuratorów mówiące o tym, iż prowadzący sprawę Kamińskiego narzekał na polityczne naciski. Ile jeszcze takich wątków przed nami? A co z próbą umieszczenia przedstawiciela lobby hazardowego w Totalizatorze Sportowym? Ilu członków rządu będzie musiał jeszcze odwołać premier? Od ilu bliskich współpracowników się odciąć? I na jak długo wystarczy sił, by przekonywać wyborców, że Donald Tusk jest oddzielnym bytem zarówno od nieudolnego rządu, jak i od Platformy Obywatelskiej? Na dodatek nie można chyba lekceważyć wewnętrznej walki o władzę, jaka toczy się w Platformie po ewentualnej wygranej Donalda Tuska w wyborach prezydenckich. Gdy jeden dwór, którego liderem był Grzegorz Schetyna, zostaje zastąpiony drugim – silniejszym – Jana Krzysztofa Bieleckiego, rany są bardzo świeże. Nie sądzę, by odsunięty Schetyna chciał toczyć wojnę z liderem PO, ale logika rywalizacji na szczytach Platformy może narzucić nieprzewidziane scenariusze. Dla przypomnienia, SLD upadło między innymi dlatego, że nie umiało powstrzymać własnej wojny na górze. Nie jest też wykluczone, że przynajmniej dla części działaczy PO to, co zdarzyło się ostatnio, także było szokiem. [srodtytul]Odbudować wiarygodność[/srodtytul] Wydaje się więc, że premier Tusk, który już za rok będzie musiał poddać się osądowi wyborców, jak nigdy wcześniej potrzebuje ucieczki do przodu. Najbardziej radykalną jej formą byłyby przyspieszone wybory do Sejmu – przykryją wszystko. Wymaga to jednak podjęcia sporego ryzyka oraz zgody PiS i prezydenta. Ale gdyby premier Tusk zrezygnował z ambicji prezydenckich, nie trzeba by już było tak radykalnych ruchów. W wyborach za rok kandydat PO wygrywa albo przegrywa. Ale jeśli nawet ponosi porażkę, klęska nie jest tak bolesna jak w przypadku lidera partii. Donald Tusk miałby jeszcze dwa lata na odbudowanie wiarygodności i w efekcie wywalczenie kolejnej kadencji rządów. Może zatem ma rację Janusz Palikot, gdy nawołuje, by dla dobra kraju i partii Donald Tusk zrezygnował ze startu w wyborach? Gdyby faktycznie tak się stało, dowiódłby zapewne istnienia owego geniuszu, o którym mówił niedawno Sławomir Nowak. Bo faktycznie przydałby się geniusz do wyciągnięcia Platformy z największych od lat tarapatów. [i]Autorka jest dziennikarką telewizyjną i prasową. Była związana m.in. z „Życiem”, „Ozonem”, „Dziennikiem” i tygodnikiem „Newsweek Polska”. W latach 2006 – 2009 była publicystką „Rzeczpospolitej”. Pracowała w TV Puls oraz w TVP 1 i TVP Info, gdzie prowadziła program „Forum”. Współpracuje z „Gazetą Polską”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL