Analizy

Czy szefom służb specjalnych łatwiej wygrać prywatny proces

Wiceszef ABW, sięgając w procesie cywilnym po informacje zdobyte metodami operacyjnymi, stawia się w dwuznacznej sytuacji
Wyobraźmy sobie ordynatora szpitala mającego z racji swojego stanowiska dostęp do lekarskich akt pacjentów. Z jednym z nich popada w konflikt i spór przenosi się do sądu. Wkrótce ordynator radzi swojemu pełnomocnikowi: "zwróć się o udostępnienie historii chorób, bo wiem, że Kowalski przechodził załamanie nerwowe, to podważy jego wiarygodność przed sądem". Ordynator wygrywa proces, a pomaga mu w tym wiedza zawodowa chroniona tajemnicą lekarską, którą za sprawą jego pełnomocnika została "lekko uchylona".
W sprawie podsłuchowej można się dopatrzyć analogii, ale z udziałem jednego z najwyższych funkcjonariuszy ABW. Pełnomocnik wiceszefa Agencji Jacka Mąki, który prowadzi spór sądowy o ochronę dóbr osobistych z redakcją "Rz", zwrócił się bowiem do prokuratury o udostępnienie części materiałów z podsłuchów sporządzonych w innej sprawie. Informacje w nich zawarte mają podważyć wiarygodność przeciwników wiceszefa ABW w procesie cywilnym.
Niebywałe nie tylko z punktu widzenia etyki, ale i prawa. Wszyscy funkcjonariusze ABW, jak również innych służb specjalnych, związani są tajemnicą państwową. Wszelka wiedza, jaką uzyskają w związku z wykonywaną funkcją, nie może wyjść na zewnątrz – ani informacje w danej sprawie, ani o sprawie. Grozi za to odpowiedzialność karna (art. 231 i 265 kodeksu karnego). Jacek Mąka w sobotnim oświadczeniu przesłanym mediom napisał, że idąc do sądu przeciwko "Rz", skorzystał z takiego samego prawa jak każdy inny obywatel. Szkopuł w tym, że wykorzystując za pośrednictwem swojego adwokata wiedzę o istnieniu tajnych stenogramów, postawił się ponad przeciętnym Kowalskim. Jego przeciwnicy procesowi nie wiedzieli przecież, że takie stenogramy z podsłuchów w ogóle mogły istnieć. Postępując w ten sposób, wiceszef ABW stawia się w dwuznacznej sytuacji i może się narazić na bardzo poważne zarzuty. To niejedyny skandal w tej sprawie. Niebywałe jest również to, że rozmowy osób postronnych nie zostały usunięte ze stenogramów podsłuchów. Art 238 § 3 kodeksu postępowania karnego stwierdza jasno: jeżeli zapisy nie mają znaczenia dla postępowania karnego, sąd zarządza ich zniszczenie. Rozmowy panów Gmyza i Rymanowskiego nie dotyczyły sprzedaży aneksu do raportu o WSI ani płatnej protekcji podczas weryfikacji funkcjonariuszy. Dlatego te zapisy nigdy nie powinny się znaleźć w aktach. Oburzony całą sytuacją jest mecenas Jacek Kondracki (pełnomocnik "Rz" w sprawie), którego zdaniem sąd karny z własnej inicjatywy powinien ocenić materiał, oczyszczając go z rzeczy nieistotnych dla sprawy i kwestii stricte prywatnych. Co więcej, zarówno orzecznictwo sądowe, jak i stanowisko doktryny wskazuje kategorycznie, że nie wolno w żadnym postępowaniu wykorzystywać nagrań z innego postępowania. Potwierdził to zresztą Sąd Najwyższy. Zgodnie z jego postanowieniem z 26 kwietnia 2007 r. materiały z kontroli rozmów telefonicznych niebędące dowodem popełnia przestępstw tzw. katalogowych, a więc wymienionych w art. 237 k.p.k., nie mogą stanowić dowodu w innym postępowaniu. [ramka][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/10/18/czy-szefom-sluzb-specjalnych-latwiej-wygrac-prywatny-proces/]Skomentuj[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL