Publicystyka

Państwo w opłakanym stanie

Ryszard Bugaj
Rzeczpospolita
Platforma Obywatelska porzuciła idee IV Rzeczpospolitej i coraz bliżej jej do środowisk, które meblowały III Rzeczpospolitą
CBA jest zbudowane na partyjnej, pisowskiej diagnozie, błędnej, wręcz paranoicznej" – pisze Waldemar Kuczyński w "Rzeczpospolitej" i dodaje: "owocem zabiegów o potwierdzenie faktami politycznej paranoi jest dzisiaj także grób Barbary Blidy". Tego samego dnia w "Gazecie Wyborczej" ukazał się inny tekst tego autora. "Ktoś chce sprawdzić, jak łatwo i jak szybko dziennikarze zaczną wychodzić z roli wypytujących, a wchodzić w rolę podobną do oficerów śledczych, prokuratorów, a może i katów" – stwierdza. Kuczyński (posługując się w piśmie językiem, jakim zwykle mówi Stefan Niesiołowski) twierdzi, że nie ma realnego zagrożenia korupcją na szeroką skalę, a nieformalne struktury decyzyjne nie odgrywają w państwie istotnej roli.
CBA to po prostu polityczny instrument PiS urządzający prowokacje w interesie tej partii. Szefa CBA trzeba oczywiście usunąć. Strasznych rzeczy dopuszczają się też dziennikarze, choć Kuczyński nie proponuje weryfikacji. [srodtytul]Obóz odnowy[/srodtytul]
Kilka lat temu, gdy pod ciężarem skandali schodził ze sceny SLD, nie było zasadniczych wątpliwości co do diagnozy. Do postulatu IV Rzeczypospolitej co prawda były zgłaszane zastrzeżenia, ale dominowało przekonanie, że w Polsce zagnieździły się niejawne struktury oligarchiczne, które wypierają formalne mechanizmy demokracji. Ten punkt widzenia podzielała znaczna część elit intelektualnych, pewnie większość społeczeństwa, a przede wszystkim partie PO i PiS, które wkrótce zdominowały naszą scenę polityczną. Krytycy polskiej rzeczywistości – także umiarkowani – dostrzegli szansę naprawy. Wkrótce jednak wielobarwny "obóz odnowy" zaczął tracić nadzieję. Po części dlatego, że nadzieja ta była ufundowana na przekonaniu, że między PO oraz PiS nie ma znaczących różnic i wspólnie dokonają sanacji. Różnice jednak były. Niektóre miały charakter merytoryczny. PiS odwoływał się do środowisk plebejskich (liczących na opiekuńcze państwo i raczej konserwatywnych). PO reprezentowało "ludzi sukcesu" (uprzywilejowanych i akceptujących indywidualistyczny system). Ale ważniejsza była pewnie rywalizacja między dwiema grupami przywódczymi uwikłanymi w konflikty dużo wcześniej. Zamiast oczekiwanego współdziałania między PO i PiS doszło więc do ostrej rywalizacji. PiS zdecydował się na rządzenie z pomocą chuligańskiej Samoobrony i obskuranckiego LPR. W zachowaniach PiS coraz silniej dominował motyw utrzymania władzy, a poczucie rosnącej izolacji popychało ich do postępków, którymi zrażali do siebie coraz więcej wyborców. Zanim jednak PiS przegrał wybory, kilka rzeczy – wpisujących się w postulaty sanacji – zostało zrobionych. Nieraz mimo wszystko za zgodą PO. Tak było przede wszystkim, o czym wielu chce dziś zapomnieć, z lustracją. Ale odnotować trzeba także powołanie CBA i weryfikację w WSI. [srodtytul]Walka ze świętymi krowami[/srodtytul] Pisowska sanacja budziła jednak coraz silniejszy sprzeciw. Po części dlatego, że podejmowane kroki były wątpliwe, ale i dlatego, że spór polityczny między PiS a PO pozwalał interpretować wszelkie działania Prawa i Sprawiedliwości jako podporządkowane tej rywalizacji. Znaczenie miało i to, że interesy sporej części twardego rdzenia elektoratu Platformy kolidowały z surowymi działaniami sanacyjnymi. Na pewno więc przedsięwzięciem wątpliwym (choćby z powodu kosztów) było powołanie CBA, a obsadzenie partyjnego działacza PiS w roli szefa tej instytucji było decyzją zgoła fatalną. Skandaliczny komentarz Mariusza Kamińskiego po aresztowaniu za korupcję posłanki PO został przez wielu uznany za potwierdzenie czysto partyjnego charakteru CBA. Krytycy pisowskiej sanacji otrzymali też poważne argumenty w związku z przebiegiem weryfikacji w WSI. Ale ocena przebiegu weryfikacji w WSI ani działania IPN i CBA nie może być jednoznacznie negatywna. Krytyka nie może być budowana tylko na porównaniu podejmowanych działań z wyidealizowanym wzorcem. Punktem odniesienia musi być "praktyka III Rzeczypospolitej". A jest faktem, że WSI była świętą krową i matecznikiem postkomunistycznych układów. Faktem jest, że – z punktu widzenia lustracji – Lech Wałęsa był świętą krową IPN. Łatwo można sobie też wyobrazić, że w strukturach III Rzeczypospolitej nie byłoby możliwe rozpoczęcie "sprawy Leppera" – niezależnie od tego, że okoliczności są niejednoznaczne (na marginesie: krytycy PiS skłonni są nawet tę sprawę zinterpretować jako dowód podłości i partyjnej stronniczości CBA). [srodtytul]Patologiczny styk [/srodtytul] Po wyborach w 2007 roku i objęciu władzy przez PO program naprawy III Rzeczypospolitej nie został werbalnie odrzucony, ale też trudno dostrzec wyraźne symptomy jego kontynuowania. Dziś musimy niestety stwierdzić, że wiele aferowych spraw pozostało niewyjaśnionych (przynajmniej niektóre z nich są starej daty i bezczynność obciąża też rządy PiS). Na przykład nadal nie wiemy, dlaczego Aleksander Kwaśniewski ułaskawił (na wniosek Hanny Suchockiej) zwyrodniałego mordercę Piotra Vogla. Nie wiemy, czy dr Kulczyk pojechał na spotkanie z Władimirem Ałganowem wyłącznie na swój rachunek. Daleka od wyjaśnienia wydaje się afera gruntowa (Andrzej Lepper, Janusz Kaczmarek, Ryszard Krauze). Czy to po prostu skutek tego, że polskie młyny sprawiedliwości mielą wyjątkowo wolno? Nie jestem skłonny akceptować tego wyjaśnienia po trosze dlatego, że obserwuję zachowania rządzących w związku z aferą hazardową. W tej sprawie są rzeczy oczywiste i jest wiele kwestii niewyjaśnionych. Afera pokazała, że w PO styk świata polityki i biznesu ma w znacznej mierze patologiczny charakter. Nie sądzę, by można było przyjąć, że Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki to po prostu czarne owce, choć ich zachowania są pewnie skrajne. Najważniejsza jest jednak daleka od pryncypialności reakcja Donalda Tuska (i innych działaczy). Premier rozprawia o pułapce, którą na niego zastawił Kamiński, przynosząc mu dokumenty i – rzekomo – sugerując, że nie uzasadniają one kroków prawnych. Nawet przyjmując, że taka była intencja Kamińskiego, trudno uznać takie zachowanie za adekwatne do sytuacji. Te materiały są przecież porażające i premier mógł Chlebowskiego i Drzewieckiego (o innych już nie wspominając) wyrzucić natychmiast. Byłby to najlepszy sposób na "zabezpieczenie prawidłowego procesu legislacyjnego". Szef rządu mógł także "zabezpieczyć prawidłowość legislacji" w taki sposób, by była gwarancja, że "kręcący lody" bardzo ważni działacze PO nie dowiedzą się, iż coś się dzieje. Tusk nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Za to wyrzucił Kamińskiego, co przecież oznacza, że w toku dociekań sejmowej komisji dysponentem materiałów zgromadzonych w CBA będzie "człowiek Tuska". Jest jeszcze jedna okoliczność: w przeszłości Tusk i PO działali dużo bardziej zdecydowanie (sprawa senatora Misiaka czy usunięcie Pawła Piskorskiego). Czy dlatego, że tamci działacze nie byli dla PO (i dla Tuska) tak ważni? I na koniec: nikt w PO Tuska nie krytykuje, choć jego działania są wątpliwe. Partyjny establishment powszechnie uznał, że wszystko toczy się właściwie? [srodtytul]Zabetonowana scena [/srodtytul] Afera hazardowa (jak poprzednio afera Rywina) jest bardzo ważna, bo mówi nam o stanie polskiej polityki – opłakanym. Nie ma niestety powodów, by unieważniać diagnozy sprzed kilku lat. Zmienili się tylko niektórzy aktorzy, ale nie zasady działania. Zawiodła (bo została zanegowana przez znaczną część społeczeństwa) strategia a la PiS, a PO swoją strategię dostosowało do – tak mi się wydaje – wyobrażeń swojego aktywu i znacznej części swojego elektoratu. PO porzuciło idee IV Rzeczypospolitej i jest jej coraz bliżej środowisk, które meblowały III Rzeczpospolitą. Ich wspólną rację Waldemar Kuczyński wyraża bardzo dobrze. Przeciwnicy apologetów III RP nie widzą dziś szansy na sanację państwa. Faktycznie, główny rzecznik tej naprawy – PiS, skutecznie zniechęcił do siebie wielu ludzi (Paweł Śpiewak pytany, za co ludzie cenią PO, odpowiada trafnie: za to, że nie jest PiS), a scena polityczna została zabetonowana najpierw przez ordynację wyborczą, a potem przez obfite finansowanie partii parlamentarnych z pieniędzy budżetowych. Gdyby jakieś środowisko (spoza politycznego establishmentu) chciało dziś się ubiegać o poparcie wyborców, musiałoby wcześniej zgromadzić znaczne zasoby materialne. Bez spełnienia tego warunku może się o to pokusić tylko SLD, no ale kto jeszcze złapie się na ten zużyty lep. Natomiast warunek ten może spełnić pewnie tylko Paweł Piskorski. Też śmieszne. Premier ogłosił, że będzie wojna o prawdę. Moim zdaniem to będzie wojna polityczna między PO i PiS. Nie o prawdę, tylko o to, która partia zdoła przeciągnąć więcej niezdecydowanych na swoją stronę. Ta wojna – choć ryzykowna – jest zarówno dla PO, jak i dla PiS do pewnego stopnia korzystna. Mogą się zmienić udziały tych partii w podziale wyborczego tortu, ale żaden intruz nic nie uszczknie. [i]Autor jest ekonomistą i publicystą, był twórcą i liderem Unii Pracy. Obecnie społecznie doradza prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w sprawach gospodarczych[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL