Kolekcje

Dawna sztuka tańsza niż współczesna

Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Istnieje, moim zdaniem mylne, przekonanie, że dzieła sztuki są dobrą lokatą pieniędzy. Rozmowa z Andrzejem K. Koźmińskim, kolekcjonerem
Rz: Zanim porozmawiamy o kolekcjonerskiej pasji pana profesora, proszę powiedzieć, jak inwestować w sztukę?
Andrzej K. Koźmiński: Istnieje, moim zdaniem mylne, przekonanie, że dzieła sztuki są dobrą lokatą pieniędzy. A nie są?!
Nie – jeśli ktoś kupuje dzieła sztuki jako kolekcjoner. To znaczy kupuje to, co mu serce dyktuje, przeciętny przyrost cen w dłuższym czasie nie jest wyższy od przychodów pochodzących z lokat bankowych. W wielu krajach robiono badania na ten temat. Owszem, na tym można zarobić pieniądze, jeśli ktoś zawodowo się tym zajmuje, kupuje i sprzedaje w odpowiednich momentach albo bez reszty poświęci się temu jako prywatny inwestor. Ktoś, kto chce na tym zarobić, powinien stosować kryteria zakupu inne niż kolekcjoner? Można z pewnym prawdopodobieństwem przewidzieć, że malarz, który ma prestiżowe wystawy, o którym dużo się pisze i mówi, za jakiś czas będzie drożał. Najlepiej kupować, zanim wybuchnie wrzawa wokół artysty. Dobrym przykładem jest monograficzna wystawa Józefa Pankiewicza w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wpłynęła ona na wzrost cen i ustabilizowała wysokie ceny tego artysty. Była też np. taka głośna wystawa porównująca malarstwo Wlastimila Hofmana i Jacka Malczewskiego, która bardzo mocno podciągnęła ceny Hofmana. Warto zatem dowiadywać się w muzeach, jakie monograficzne wystawy są przygotowywane, i uprzedzać rynkowe fakty. Wtedy jest gwarancja odpowiedniego wzrostu cen? W żadnej grze rynkowej nie ma gwarancji! Co jeszcze zwiększa prawdopodobieństwo wzrostu ceny oprócz wystawy? Tu jest tak samo jak z grą na giełdzie. Trzeba śledzić tendencje. Krótko mówiąc, to jest zajęcie, które wymaga pracy na pełnym etacie, poświęcenia się temu bez reszty. Jeśli ktoś chce zarabiać na dziełach sztuki, to musi bardzo dobrze znać rynek. Nie sztukę, ale rynek! A najlepiej jego wybrany fragment śledzić cały czas. Jeśli bowiem ktoś specjalizuje się w obrazach np. szkoły paryskiej, to nie musi się znać na notowaniach obrazów wyprodukowanych przez Kossaków. Jeśli ktoś chce zarabiać na dziełach sztuki, musi dobrze znać rynek. Najlepiej jego wybrany fragment śledzić cały czas Niedoszacowane obrazy wybitnych, niesłusznie zapomnianych artystów chyba szczególnie nadają się na inwestycję? Jak obraz ma okazyjną cenę, to przede wszystkim trzeba bardzo uważać. Na rynku jest dużo falsyfikatów. Pewnie dlatego, że w Polsce fałszerstwa dzieł sztuki są łagodnie traktowane przez wymiar sprawiedliwości. Nie ukarano dotychczas fałszerza ani sprzedawcy falsyfikatów. Chyba że mamy do czynienia z typową asymetrią informacji. To znaczy właściciel ma obraz, lecz nie zna jego rzeczywistej wartości. Natomiast kolekcjoner lub inwestor wie, że to wartościowe dzieło. Na pewno odpowiednie przygotowanie teoretyczne i praktyczne stwarza wielką przewagę. Ale na taki okazyjny zakup można czekać latami. To kwestia przypadku. Nie można od tego uzależniać zysków z inwestowania. Co pan zbiera? Mam ograniczone możliwości finansowe. Kupuję tylko to, co mi się podoba. Nigdy na inwestycję i niczego nie sprzedaję. Nie kupuję nowoczesnego malarstwa. Lubię wiek XIX i rzeczy wcześniejsze. Dawna sztuka i z XIX wieku jest w Polsce drastycznie tańsza niż współczesna. Jako wytrawny znawca praw ekonomicznych mógłby pan przy okazji inwestować. Nigdy! Zawsze zastanawiam się, czy mnie stać, i zawsze staram się coś utargować. Nie gram też na giełdzie, ponieważ wiem, że po to, aby na tym naprawdę zarabiać, trzeba się temu poświęcić bez reszty. Jeśli obywatel nie ma wiedzy ekonomicznej i o rynku sztuki, to z czyjego doradztwa może skorzystać jako inwestor? Z tym jest problem, polski rynek generalnie jest niedojrzały, także jeśli chodzi o doradztwo. Był taki moment, że niektóre firmy w Polsce w latach 90., zwłaszcza banki, lokowały pieniądze w dzieła sztuki, korzystały przy tym z doradców. O tym się głośno nie mówi, ale na ogół nie przyniosło to oczekiwanych skutków. Dzieło sztuki trudno sprzedać od ręki. Trzeba trafić na moment, amatora i wysokie są koszty oficjalnej aukcyjnej sprzedaży, o czym także się nie mówi. Oczywiście, zdarzają się inwestycyjne pewniki, na których nie można stracić. U nas w Polsce nadal jeszcze można kupić dzieła tych malarzy, którzy w Rosji cieszą się ogromnym powodzeniem. Skoro mówimy o Rosjanach! Dlaczego nasi antykwariusze nie przewidzieli tak oczywistego faktu, że gdy Rosjanie się gwałtownie wzbogacą, to za każda cenę będą kupowali określonych malarzy, w tym polskich, których uważają za swoich artystów? Można to było przewidzieć stosunkowo łatwo i wcześnie, że po pierwsze, Rosjanie bardzo się wzbogacą i po drugie, że wtedy kupować będą dobra swojej kultury narodowej. Faktycznie nasi marszandzi nie zmagazynowali w porę tych obrazów dla Rosjan. Jeszcze w krótkim czasie, zanim nastąpiła światowa hossa na rosyjskie obrazy, u nas sprzedawano je po umiarkowanych cenach. W Polsce nie nastąpiło aż tak gwałtowne wzbogacenie społeczeństwa i dlatego ceny polskich obrazów są drastycznie niższe niż malarstwa europejskiego. Oligarchów mamy tyle co kot napłakał. Dlatego ceny polskich obrazów odbiegają od cen porównywalnych europejskich dzieł na tym samym poziomie artystycznym. Czy jeśli biznesmen ma w gabinecie dobre dzieła sztuki, to pomaga to w interesach? To jest przede wszystkim sygnał wysokiego statusu materialnego. To jest element budowania wysokiej pozycji w opinii publicznej. Obrazy w gabinecie robią większe wrażenie na krajowych kontrahentach. W świecie to jest norma. A po drugie, w świecie są odmienne niż u nas gusty artystyczne. Tam nie kolekcjonuje się koni ani tematów orientalnych. Tam ceni się malarstwo nowoczesne, sztukę abstrakcyjną. Najważniejsze jednak, że sztuka ludzi uszlachetnia. To nie jest tylko slogan. Naprawdę tak jest! Opłaca się obcować ze sztuką, bo wtedy stajemy się bardziej wrażliwi, bystrzejsi. Byłem na wspaniałej wystawie w Luwrze „Rywalizacja w Wenecji: Tycjan, Tintoretto i Veronese”. Pokazano m.in. walkę o rynek między tymi trzema geniuszami sztuki. Obejrzenie tych arcydzieł i poznanie przy okazji pewnych odwiecznych praw rynkowych na pewno czyni człowieka bogatszym. W służbowym gabinecie pana profesora wisi portret konny hetmana Stefana Czarnieckiego, namalowany przez cenionego artystę Stanisława Kaczora Batowskiego (1866 – 1946). To jest fragment wycięty z większej całości. Obraz jest nie sygnowany. Chętnie kupuję obrazy niesygnowane, jeśli mi się podobają. Niesygnowane są istotnie tańsze, a ja widzę i czuję, że to jest ten autor. W zupełności wystarcza mi fakt, że obraz mi się podoba. Ma pan zabytkowe auto. Myśli pan o kolejnym? Mój mercedes ma 50 lat. Gdybym miał pieniądze, kupiłby kolejny zabytek motoryzacji. To znakomita zabawa. Auto jest w pełni użytkowe, jeżdżę nim na rajdy. Nie ma tu elektroniki! Skąd wzięła się pana kolekcjonerska pasja? Odziedziczyłem ją po ojcu. W kolekcjonerstwie tradycja domowa ma ogromne znaczenie. Miałem też znajomych, którzy byli wytrawnymi zbieraczami, jak np. ekonomista prof. Edward Lipiński, u którego w domu często bywałem przez długie lata. Kolekcjonerem był prof. Józef Pajestka. To była dla mnie inspiracja. Tego typu wzory w najbliższym otoczeniu są bardzo ważne dla kolekcjonerstwa i pośrednio dla rozwoju rynku. rozmawiał Janusz Miliszkiewicz    
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL