Publicystyka

Narzędzia Donalda Tuska

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W porównaniu z Platformą sprzed kilku lat partia Tuska jest dziś ugrupowaniem dużo mniej ciekawym, dużo mniej twórczym, mniej inspirującym, a co za tym idzie, mniej pożytecznym dla Polski – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Donald Tusk największy kryzys swej partii przekuł w utwierdzenie potęgi swej władzy. Gdański polityk przebył daleką drogę w swojej partii. Od odsunięcia od wpływu na PO Macieja Płażyńskiego po pozbycie się z rządu Grzegorza Schetyny. W Platformie jest dziś hegemonem. W państwie jest bliski zdobycia podobnej pozycji.
[srodtytul]Uderza i straszy[/srodtytul] Obecny premier uczył się przez lata mechanizmów rządzących polityczną grą i posiadł je w sposób niemal doskonały. Trzeba przyznać – w sytuacjach dramatycznie trudnych umie sobie radzić świetnie. W chwili potężnego kryzysu, kiedy jego potężna partia stanęła na granicy katastrofy, finezyjnie wybrnął z dołka i przeszedł do ofensywy. Umiał przekazać odpowiedni komunikat i do wewnątrz – do swojej partii, i na zewnątrz – do wyborców. To, że te komunikaty były czasem wzajemnie sprzeczne, to już inna sprawa; jak się ma tak wielki elektorat, to widocznie inaczej nie można...
[wyimek]Premier nie odczuwa potrzeby posiadania władzy i związanych z tym splendorów. Uważa jednak, że to jedyny sposób na sukces w polityce. Na zrealizowanie wielkiego celu[/wyimek] On i jego pretorianie jednego dnia mówili, że afera hazardowa to właściwie sprawa ataku PiS i CBA i dlatego trzeba się przygotować do walki, jednoczyć i „przegrupować siły”, a drugiego (kiedy już udało się dokonać „przegrupowania sił”) uderzali bardzo mocno we własną partię na posiedzeniu klubu parlamentarnego. O elektorat musi cały czas zabiegać, ale w PO może robić praktycznie to, na co ma ochotę. Więc uderza i straszy. Ma bowiem w Platformie Obywatelskiej taką pozycję, że może sobie pozwolić na wszystko. Celem premiera jest pełna osobista hegemonia wewnątrz partii. I podejrzewam, że nie wynika to z osobistej pychy, potrzeby poczucia siły władzy i związanych z tym splendorów, ale z przekonania, że to jedyny sposób na sukces w polityce. Na zrealizowanie wielkiego politycznego celu. [srodtytul]Model nieskuteczny[/srodtytul] Przypomnijmy sobie, jak powstawała Platforma Obywatelska. Najpierw było trzech tenorów: Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Donald Tusk. Z tyłu za nimi Paweł Piskorski, który organizował całą machinę, gdzieś dalej silni gracze: Grzegorz Schetyna, Jan Rokita, Zyta Gilowska, Marek Biernacki. Pełna silnych osobowości sprawna drużyna, która miała być odpowiedzią na zgniliznę rządów pseudolewicowych i marazm po klęsce AWS. Dość szybko można było dostrzec, jak atrakcyjna to formacja, jak barwna i twórcza. I – co ważne – obywatelska. Nieprzypadkowo nie powstała jako partia. Miała być odwrotnością tego, co obserwowaliśmy w życiu publicznym. Złych, często mało demokratycznych, partyjnych mechanizmów. Projekt zaskoczył, ale Donald Tusk coraz bardziej dochodził do przekonania, że choć taki model wygląda atrakcyjnie, to niekoniecznie musi być skuteczny. Pierwszym szefem PO – o czym dziś już mało kto pamięta – został Maciej Płażyński. Tusk dosyć szybko doprowadził do przejęcia rządów, zmarginalizowania Płażyńskiego i osłabiania kolejnych konkurentów, których krok po kroku najpierw delikatnie, potem coraz bardziej stanowczo spychał na bok. Po Płażyńskim stopniowo, ale konsekwentnie zaczął tracić swą pozycję w partii Andrzej Olechowski. Następny był Paweł Piskorski. Kiedy się okazało, że jest ostro krytykowany przez media – został wysłany do Brukseli, co oznaczało praktycznie pozbycie się go z partii. To było jeszcze wytłumaczalne. Olechowski i Płażyński nie byli tytanami partyjnej pracy. A Piskorski zbudował model rządów w Warszawie, który symbolizował to, z czym Platforma chciała walczyć. Pojawili się jednak nowi liderzy. Podczas prac w komisji śledczej badającej sprawę Rywina na politycznego tytana wyrósł Jan Rokita. Silną pozycję miał Marek Biernacki, ceniony przez media ekspert od spraw bezpieczeństwa wewnętrznego. Rosła pozycja Bogdana Zdrojewskiego, szefa Klubu Parlamentarnego PO. Tusk wokół siebie gromadził jednak inną grupę osób – określano ją złośliwie „dworem”. Nieprzypadkowo była ona złożona z nie tak silnych osobowości, bo dzięki temu pozwalała mu zachowywać poczucie władzy i budować silny ośrodek przywódczy, któremu nie zagrożą wybijający się nowi liderzy. Dbał o równowagę, by nikt nie zagroził jego pozycji. Wzmacniał równocześnie kilka konkurencyjnych ośrodków w partii. Rokitę, pozwalając mu tworzyć zaplecze przyszłego rządu. Zdrojewskiego, zabiegając, aby szef klubu nie został zdominowany przez premierowski „dwór”. Pilnował, by jego najbliższe otoczenie też nie czuło się zbyt mocno. Lubił od czasu do czasu pokazać, jaką ma pozycję. Kiedy jedna z pierwszych twarzy partii, Zyta Gilowska, popełniła stosunkowo drobne przewinienie, zatrudniając w biurze poselskim swoją synową, nie miał żadnych oporów, by ukarać ja dyscyplinarne i de facto doprowadzić do jej odejścia z partii. Czuł coraz bardziej, że partia, jeśli ma odnieść sukces, musi mieć silne przywództwo. A los złożył to przywództwo w jego ręce. [srodtytul]Karbowi zamiast liderów[/srodtytul] Kiedy Tusk ostatecznie zdecydował o zmianie modelu swojej partii? Prawdopodobnie było to po podwójnej porażce wyborczej w 2005 roku, kiedy to lider PO był pewny zwycięstwa i Platformy w wyborach parlamentarnych, i swojego – w prezydenckich. Polityczny projekt: mocny kandydat na premiera (Rokita), mocny kandydat na prezydenta (Tusk) i mocne zaplecze, jednak nie wypalił. Okazało się, że dużo lepiej sprawdził się bardziej autorytarny model partii, jaki wybrali Jarosław Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość. Tusk uznał, że naprzeciwko silnego okrętu zarządzanego przez twardego kapitana musi stanąć równie silny okręt, podobnie skutecznie zarządzany. Od tego czasu coraz bardziej bezwzględnie budował jedność partii wokół swojej osoby. Działacze Platformy, zwłaszcza ci z terenu, zwłaszcza ci najbardziej ideowi, coraz częściej opowiadali po cichu o brutalnych rozgrywkach na partyjnych dołach. Nie dokonywał ich osobiście Tusk, ale jego zbrojne ramię – Grzegorz Schetyna. Lokalni działacze, którzy zdobywali się na zbyt dużą samodzielność, byli usuwani albo degradowani. Podobnie jak zdarzało się w PiS. Tyle tylko, że w partii Kaczyńskiego robiono to otwarcie, a w partii Tuska po cichu, choć równie skutecznie. Pozycję zaczęli tracić ci politycy, których jeszcze niedawno Tusk sam wzmacniał. Choć wykonawcą tych działań był Grzegorz Schetyna, to działo się to z pełną akceptacją Tuska. Jan Rokita, niedoszły „premier z Krakowa”, od wyborczej porażki był skutecznie marginalizowany w partii. Kiedy PO w 2007 roku wygrała wybory i doszło do tworzenia rządu, nie dostał żadnej poważnej propozycji. Osłabiono także Bogdana Zdrojewskiego – choć jako przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony przygotowywał się do stanowiska szefa MON, został odstawiony na boczny tor – bo tak trzeba traktować kierowanie resortem kultury. Jarosław Gowin, rosnąca gwiazda konserwatywnego skrzydła Platformy, otrzymał podobno propozycję zostania ministrem edukacji narodowej, ale była ona tak mało atrakcyjnie sformułowana, że nie pozostało mu nic innego, jak wycofać się do Krakowa. Władzę w klubie przejął bezbarwny wykonawca poleceń Zbigniew Chlebowski, który nadawał się idealnie do roli pozbawionego własnej inicjatywy, karbowego w klubie. A właściwie – nadawałby się, gdyby nie afera hazardowa. [srodtytul]Przesuwacze pionków[/srodtytul] Donald Tusk nie miał oporów, by przesuwać polityków swej partii jak pionki na szachownicy. Dawało mu to coraz większą kontrolę nad ugrupowaniem. A partyjna masa Platformy, szczęśliwa z wielkiego sukcesu, jakim ciągle jest gigantyczne poparcie – nie protestowała. Ktoś jednak musiał dla Tuska te pionki przesuwać. Dlatego na potężnego gracza wyrósł Grzegorz Schetyna. Coraz większą rolę zaczął odgrywać Sławomir Nowak. Obaj – poniekąd – na swoją zgubę. Przyjaźń Donalda Tuska z Grzegorzem Schetyną trwała od lat i wydawało się, że ten tandem jest niemal tak zgrany jak bracia bliźniacy z konkurencyjnej partii. Kiedy nadeszła odpowiednia okazja, lider PO pokazał jednak, że ważniejsza od tych związków jest jego silna pozycja w partii. Nie zawahał się przed ciosem niemal bratobójczym. Pozbycie się Schetyny z rządu było dla niego na pewno bolesne. Tusk nie mógł pozbyć się go na dobre, bo to jednak wciąż za silny gracz. Nikt inny w PO nie zdobył dotychczas takich wpływów w partyjnym aparacie jak Grzegorz Schetyna. Pójście z nim na totalną wojnę mogłoby być zbyt ryzykowne. A Tusk się nauczył, że nie należy brać udziału w ryzykownych przedsięwzięciach. W swej walce o pozycję jest stanowczy, twardy, ale roztropny. Dlatego na osłodę dał swojemu wieloletniemu współpracownikowi nie najgorszą funkcję szefa klubu parlamentarnego. Dla Schetyny, tego bardzo twardego zawodnika, była to bolesna i upokarzająca decyzja. A żeby po odejściu wicepremiera nie poczuł się za mocny Sławomir Nowak, Tusk pozbył się także jego. Zapewne teraz przyjdą nowi doradcy, powstanie nowy dwór. Może będzie lepszy i ciekawszy od poprzedniego. Ale jego członkowie będą teraz dobrze wiedzieli, by uważać dzień i noc. Bo Tusk chce mieć pozycję hegemona. Wierzy, że tylko w takiej sytuacji będzie w stanie osiągnąć wielki polityczny cel. [srodtytul]U progu zdobycia wszystkiego[/srodtytul] Należy jednak zadać pytanie zasadnicze. Co jest tym celem? Niestety, na razie ciągle wygląda na to, że władza dla władzy jest celem samym w sobie. Bo od silnej pozycji Donalda Tuska Platforma nie stała się partią lepszą. Wręcz przeciwnie – w porównaniu z partią sprzed kilku lat PO jest dziś ugrupowaniem dużo mniej ciekawym, dużo mnie twórczym, mniej inspirującym, a co za tym idzie, mniej pożytecznym dla Polski. Gdzie te czasy, kiedy partia Tuska pisała opasłe tomy programów, kiedy zespół złożony z setki wybitnych ekspertów sporządzał opracowania z rozmaitych dziedzin, które miały przygotować partię do rządzenia? Tusk zdaje się deklarować: „Chcę coś zrobić dla Polski, chcę ją zreformować, aby była państwem czystym, wolnym od korupcji, blokad dla przedsiębiorców, by przeskakiwała kolejne stopnie cywilizacyjne. By radziła sobie z realnymi, wielkimi wyzwaniami. Ale żeby zacząć to robić – zdaje się myśleć – muszę mieć narzędzie. To narzędzie to partia. Wielka. Musimy rządzić sami, by móc coś zrobić. Musimy mieć urząd prezydenta, by zacząć realnie reformować. Ja muszę w partii mieć pełną władzę, by żadne sprawy nie wymykały się z rąk. Jeszcze jeden ruch, jeszcze jedne wybory i wtedy zaczniemy naprawdę. No, jeszcze drugie, bo musimy mieć i prezydenta, i większość w Sejmie. Ale potem już naprawdę zaczniemy”. W ten sposób Donald Tusk już od 20 lat walczy o swoją pozycję na polskiej scenie politycznej. Jest u progu zdobycia wszystkiego. Tylko jeszcze reformować nie zaczął.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL