fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pionki w amerykańskiej grze

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Darek Golik
Tak fetowana, zwłaszcza w Europie, administracja Baracka Obamy jest dla nas wybitnie nieprzychylna. Nie wynika to z jakichś problemów emocjonalnych, ale z przyjętej strategii. I nic na to nie poradzimy – twierdzi publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/09/09/lukasz-warzecha-pionki-w-amerykanskiej-grze/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Stany Zjednoczone autentycznie by nas szanowały i się z nami liczyły, gdyby nie nasz do nich lekceważący stosunek, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat – [link=http://www.rp.pl/artykul/357210.html]taką tezę postawił w swoim tekście prof. Zbigniew Lewicki[/link], wybitny amerykanista. Trudno się z nią zgodzić z jednego zasadniczego powodu: w niej samej kryje się sprzeczność.
Z jednej strony prof. Lewicki głosi słuszną skądinąd tezę, że dla Ameryki jesteśmy jednym z niezliczonego grona państw, które zabiegają o jej uwagę. Czas, gdy Polska była w centrum wydarzeń, skończył się bezpowrotnie. Z drugiej jednak strony źródła nastawienia Waszyngtonu do Warszawy prof. Lewicki upatruje niemal wyłącznie w naszym postępowaniu, całkowicie pomijając wewnętrzne czynniki amerykańskie i globalną sytuację.
Innymi słowy, teza prof. Lewickiego brzmi trochę megalomańsko: mała z punktu widzenia Ameryki Polska jest w stanie tak bardzo ubóść potężnego sojusznika tym czy innym dyplomatycznym nietaktem, że determinuje to całą politykę Stanów Zjednoczonych wobec niej.
[srodtytul] Sojusz ponad wszystko? [/srodtytul]
W niektórych ocenach nie sposób się z prof. Lewickim nie zgodzić. Faktycznie ogłoszenie przez Donalda Tuska naszego wstrzemięźliwego stanowiska wobec tarczy i negocjacji jej dotyczących w dniu amerykańskiego Święta Niepodległości było ewidentnym despektem.
Faktycznie nieratyfikowanie do dzisiaj umowy o tarczy jest niepoważne. Faktycznie niektóre stawiane przez stronę polską żądania mogły się wydawać Amerykanom zbyt wygórowane. Możliwe, że graliśmy zbyt wysoko.
Nie można się jednak zgodzić z generalnymi wnioskami. Po pierwsze – trzeba sobie zadać pytanie, jak widzimy nasze stosunki z Ameryką. Zbigniew Lewicki stawia sprawę jasno, pisząc, że wartością powinien być dla nas sam sojusz z najpotężniejszym krajem świata, a więc, że tarczę trzeba było przyjmować, nie dbając o szczegółowe warunki i nie stawiając wymagań. Jak można z tej deklaracji wywnioskować, prof. Lewicki rekomenduje podobne zachowanie w innych sytuacjach, a także uważa, że słuszne było natychmiastowe wysłanie polskich żołnierzy do Iraku, bez śladu publicznej dyskusji na ten temat. To postawa spójna i logiczna, jeżeli wychodzi się z przedstawionych wyżej założeń.
Pytanie brzmi, czy są one słuszne. Czy aby na pewno w naszym interesie leży utrzymywanie sytuacji nierównoprawnego sojuszu, w którym USA stawiają kolejne żądania lub wysuwają życzenia, a Polska je spełnia, nigdy nie żądając niczego w zamian? Czy takie podejście może się stać fundamentem silnego sojuszu? Czy można w ten sposób zasłużyć sobie na szacunek sojusznika?
[srodtytul]Kto siebie szanuje[/srodtytul]
Przecież jedynie najwięksi idealiści mogliby sądzić, iż Ameryka daje cokolwiek komukolwiek z czystej sympatii. Jej potęga zasadza się m.in. na tym, że idee wolności i demokracji są uzupełnione bezwzględnym często pragmatyzmem. Ameryka liczy się z tymi, którzy siebie szanują. To banał, ale prawdziwy.
Kilka lat temu w restauracji Kongresu French fries mogły zostać przemianowane na Freedom fries jako gest sprzeciwu wobec kapitulanctwa i nielojalności Francji. Nie zmieniło to faktu, iż Francja była nadal tym punktem na mapie świata, z którym trzeba się było liczyć.
Inny przykład to Turcja, która w swoich stosunkach z Ameryką bywa skrajnie interesowna. W czasie wojny w Iraku za możliwość korzystania z tureckiego terytorium w celu rozmieszczenia wojsk Ankara wynegocjowała 6 mld dolarów. Tę umowę obalił następnie turecki parlament, co nie przeszkodziło potem prezydentowi George'owi W. Bushowi przyznać Turcji miliarda dolarów pomocy.
Jeśli teraz pojawiają się informacje, że Waszyngton rozważa instalację elementów tarczy antyrakietowej właśnie w Turcji, można być pewnym, że pragmatyczni Turcy postawią na swoim i tanio tej lokalizacji nie sprzedadzą. Udało im się już doprowadzić do tego, że w kwietniu, podczas swojej europejskiej podróży na szczyt G20 w Londynie, Barack Obama bardzo nietaktownie pouczał Europejczyków, iż powinni przyjąć Turcję do Unii (George'owi W. Bushowi takiego pouczania by nie wybaczono, ale Obamie najwyraźniej wybacza się więcej). Na dodatek Obama zahaczył wtedy o Ankarę.
Oczywiście Turcja ma inny geopolityczny potencjał niż Polska i nikt nie może oczekiwać, że będziemy mieć podobną siłę przekonywania. Nie znaczy to jednak, że mamy wszystko dawać darmo. Nasze postulaty powinny być po prostu proporcjonalne do naszych możliwości. A nie jest niczym niezwykłym stwierdzenie, że jeśli Ameryka nie będzie musiała, to nie da nam nic. Tak postępowałby każdy kraj kierujący się swoim dobrze rozumianym interesem.
[srodtytul]Inaczej niż poprzednicy[/srodtytul]
Druga sprawa, o której prof. Lewicki nie wspomina, to założenia polityki administracji Baracka Obamy. Już w czasie jego kampanii wyborczej było widać, że kandydata demokratów kompletnie nie interesuje nasza część Europy. Po wyborze na prezydenta spośród krajów naszej części kontynentu gościł jedynie w Czechach, a i to tylko dlatego, że akurat sprawowały one prezydencję w Unii Europejskiej.
Zachował się zresztą wtedy w sposób mało elegancki, redukując do absolutnego minimum czas swojego spotkania z p.o. szefa czeskiego rządu Mirkiem Topolankiem i łącząc je ze spotkaniem z prezydentem Vaclavem Klausem. A przecież Czesi byli w kwestii tarczy znacznie bardziej zdecydowani niż my.
Politykę zagraniczną administracji obecnego prezydenta USA skaził ten sam czynnik, który ma wpływ na politykę zagraniczną rządu Donalda Tuska: robić wszystko inaczej niż nielubiani poprzednicy. O ile rząd Jarosława Kaczyńskiego uznawał za dogmat potrząsanie szabelką przy każdej okazji, o tyle rząd Tuska za dogmat uznaje nienarażanie się nikomu. Rząd PiS wyraźnie stawiał sojusz z Ameryką ponad lojalnością wobec partnerów w Unii, wobec czego rząd Tuska robi odwrotnie.
Rząd Busha, przynajmniej w deklaracjach, wychwalał środkowoeuropejskie demokracje i krytykował Rosję za naruszanie praw człowieka, wobec czego rząd Obamy chce zresetować stosunki z Moskwą, a na środkowych Europejczyków zwraca mniej uwagi niż na mieszkańców Afryki.
Czy jakieś gesty z polskiej strony lub ich brak mogłyby to zmienić? Wątpliwe, bo nie chodzi tu o taktyczne szpilki, ale o strategiczne założenia. Administracja Obamy traktuje Polskę i w ogóle Europę Środkową jako pionki w grze z Rosją o bezpieczeństwo swoich żołnierzy w północno -zachodnim Afganistanie oraz o realizację ideologicznego postulatu powszechnego rozbrojenia.
W szerszym planie dochodzą jeszcze stosunki z Chinami czy kwestia Korei Północnej. Cyrk, jaki amerykański rząd odstawił z powołaniem delegacji na 1 września, był elementem tej gry, a nie jakimś "odwetem" za polskie nieuprzejmości. Być może dały one tylko wygodny pretekst zwolennikom resetu w stosunkach z Rosją w wewnętrznych dyskusjach w Białym Domu.
[srodtytul]Koniki Obamy[/srodtytul]
Z dwiema kwestiami można się ostatecznie pogodzić i uznać, że są to czynniki, na które mamy znikomy lub zgoła zerowy wpływ. Po pierwsze – nie możemy liczyć na przywrócenie Polsce w stosunkach z USA takiego statusu, jaki mieliśmy w połowie lat 90. Okoliczności się zmieniły i trudno nawet stwierdzić, czy zmarnowaliśmy swoją szansę. Być może sytuacja wyglądałaby dziś tak samo, nawet gdybyśmy wykorzystali koniunkturę lepiej.
Po drugie – administracja Baracka Obamy, tak fetowana zwłaszcza w Europie, jest dla nas wybitnie nieprzychylna. Nie wynika to z jakichś problemów emocjonalnych, ale z przyjętej strategii i przewagi taktycznych pragmatyków. Nic na to nie poradzimy.
Republikanie są tradycyjnie bardziej nastawieni na historyczną lojalność, a ich ideologiczne koniki to demokracja, wolność i walka o nią. To potencjalnie daje nam pewne atuty, choć żadnej pewności, że coś konkretnego osiągniemy.
Administracja Obamy także ma swoje ideologiczne koniki. Są nimi traktowana jak religia kwestia globalnego ocieplenia i zmian klimatu lub wspomniane globalne rozbrojenie. Są to zagadnienia, które nie dają nam żadnej możliwości zaistnienia.
Wniosek jest oczywisty: przyszedł czas skupienia się na wzmacnianiu naszej pozycji wewnątrz UE, już choćby dlatego, że jeżeli obecny Biały Dom zauważa Europę, to najchętniej jako całość. Szkopuł w tym, że w tej akurat dziedzinie rząd Tuska jest całkowicie pasywny. W przeciwnym bowiem wypadku musiałby zrezygnować ze swojej strategii nienarażania się nikomu. I to jest problem, o którym dzisiaj warto dyskutować.
[i]Autor jest publicystą dziennika "Fakt"[/i]
[link=http://www.rp.pl/artykul/357210.html]Policzki wymierzone Amerykanom[/link]
Od pewnego czasu niektórzy polscy politycy i polskie instytucje czynią wiele, by zrazić do nas Waszyngton. 2.09.2009
[b]Michał Sutowski[/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/360044.html]Serwilizm wobec amerykańskiego Wielkiego Brata[/link]
Dobrym sojusznikiem USA może być tylko silna i zjednoczona Europa, swą jednością zmuszająca Rosję do ucywilizowania polityki zagranicznej. Tylko w takim układzie Polska i Europa Środkowa mają szansę na podmiotowość. 8.09.2009[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA