fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dlaczego patrzą na nas z góry

Rzeczpospolita
W kręgach zachodnich elit spotykamy antypolonizm ideologiczny. Odnajdziemy go w niemieckich mediach i na amerykańskich elitarnych uniwersytetach, w licznych publikacjach historyków i politologów oraz na portalach internetowych – pisze filozof społeczny
Czy rzeczywiście istnieje antypolonizm? Nikt nie przeczy, że istnieją uprzedzenia wobec Polaków, że w niektórych krajach rozpowszechnione są negatywne stereotypy nas dotyczące. W końcu każdy słyszał o „polish jokes” w USA czy nieprzyjemnych incydentach w Wielkiej Brytanii lub Niemczech.
Jednak mówienie o antypolonizmie wielu z nas wydaje się przesadą. Sugeruje bowiem, że mamy do czynienia nie z godnymi ubolewania przypadkowymi zdarzeniami, lecz ze stałą postawą czy nawet ideologią. Można przy tym zaobserwować pewną prawidłowość – im ktoś jest bardziej skłonny do przejmowania się uprzedzeniami Polaków wobec innych, im gorliwiej je piętnuje, tym bardziej bagatelizuje uprzedzenia innych wobec Polaków i antypolskie akty dyskryminacji.
Naturalnie nie powinniśmy niefrasobliwie szafować pojęciem antypolonizmu, nie powinniśmy przykładać nadmiernej wagi do jednostkowych zdarzeń czy przypadkowych wypowiedzi. Nie jest też antypolonizmem wszelki negatywny sąd o Polsce, nie jest nim także wszelka krytyka polskiej polityki lub reprezentantów państwa polskiego. Nie musi być nim również niechęć do poszczególnych Polaków, każdy nieprzyjazny gest i każde nieprzychylne słowo.
W końcu rzeczywiście nie brakuje wśród nas – podobnie jak wśród innych nacji – ludzi antypatycznych, obmierzłych, wulgarnych, uciążliwych, chamskich, tępych, niedomytych, nieuczciwych itd. Nawet ci, którzy nie mają takich wad, miewają gorsze chwile, a nawet najbardziej otwarci i tolerancyjni ludzie mogą popaść na moment w irytację.
[srodtytul]Utopijna Europa[/srodtytul]
Opublikowane w poniedziałek w „Rzeczpospolitej” rezultaty badań demoskopijnych pokazują jednak, że prawie połowa z nas jest przekonana, iż niechęć do Polaków jest faktem. Aż 18 proc. badanych stwierdziło, że odczuło osobiście jej skutki. Respondenci sądzą ponadto, że antypolonizm jest rozpowszechniony bardziej niż antysemityzm, antyrosyjskość czy antyamerykanizm.
To dane, które trudno lekceważyć, choć oczywiście z tych badań nie dowiadujemy się, o jakich przejawach niechęci jest mowa ani co uznawane jest za antypolonizm.
Na pewno o antypolonizmie można mówić, gdy występuje niechęć trwała i głęboka, zgeneralizowana, dobrze zinternalizowana, czasami niemal aprioryczna. To niechęć do Polski i do Polaków wywołana tym, że są Polakami lub że pochodzą z Polski. Taki antypolonizm nie jest tylko pasywną niechęcią, lecz wyraża się w działaniach, jest postawą czynną.
Przybiera on co najmniej dwie formy. Jedna z nich to odruchy niechęci i dyskryminacja ze strony przedstawicieli innych narodów w codziennych kontaktach z Polakami. Spotykają się z nimi polscy pracownicy czy turyści za granicą, a także, lub przede wszystkim, emigranci. Nie jest przypadkiem, że – jak wynika z tych badań – szczególnie często przejawy niechęci zauważają młodzi Polacy.
To oni są najbardziej ruchliwi i najczęściej wyjeżdżają za granicę. Co więcej, mogą wyjeżdżać przekonani, że w Europie panuje powszechna tolerancja, wzajemna życzliwość, że czasy konfliktów narodowych, uprzedzeń etnicznych, bezwzględnej walki o miejsca pracy i ksenofobii minęły bezpowrotnie, że wystarczy być dobrym pracownikiem, spokojnym turystą lub gotowym do asymilacji imigrantem, aby zostać zaakceptowanym. Nikt ich bowiem nie uprzedził, że Europa postnarodowa, postpolityczna i postkonkurencyjna jest tylko mrzonką, nową utopią rozideologizowanych elit nadwiślańskich.
[srodtytul]Dorobkiewicze nie budzą sympatii[/srodtytul]
Nie wiedzą też, że istnieje niejawna hierarchia prestiżu narodów i że Polacy usytuowani są na tej skali nisko – niżej niż wiele narodów, na które sami Polacy często patrzą z wyższością. Kraje biedne, niemające wielkich osiągnięć technicznych czy naukowych, kraje eksportujące siłę roboczą nie cieszą się prestiżem, podobnie jak ludzie wykonujący najgorsze prace, których nie chcą wykonywać tubylcy – nawet jeśli zarabiają dużo więcej niż w kraju i wyjazd wydaje im się awansem społecznym, chociaż jest oczywistą degradacją.
Taka forma niechęci powstaje wszędzie tam, gdzie pojawiają się masowo imigranci. Wtedy, gdy przekroczona zostaje pewna masa krytyczna, zwłaszcza w czasach kryzysu. I choć media z początku donosiły, jak bardzo dobrze przyjmowani są Polacy w Irlandii i Wielkiej Brytanii, to konflikty były nieuniknione.
Trzeba dodać, że niechęć jest po części zawiniona przez samych Polaków. Często lekceważą miejscowe prawa, zwyczaje i reguły. Bierze się to z braku rozeznania w świecie, ale także z rozluźnienia obyczajowego i moralnego charakterystycznego dla emigrantów zarobkowych z warstw niższych. Wiemy, choćby z klasycznego socjologicznego dzieła Williama I. Thomasa i Floriana Znanieckiego, którzy na początku XX wieku badali losy polskich emigrantów chłopów w Ameryce, że emigracja prowadzi do kulturowej i społecznej dezorganizacji i demoralizacji.
Zresztą to nie tylko lud kształtuje niezbyt pochlebny wizerunek Polski i Polaków, także nowe warstwy średnie. Dzisiaj Polacy mają wszystkie cechy społeczeństwa będącego na dorobku. A dorobkowicze rzadko wzbudzają sympatię. Niestety, brak nam stylu – pisał o tym niedawno Ryszard Legutko w głośnym „Eseju o duszy polskiej”.
Szczególnie męska połowa Polaków może przygnębić swoim widokiem – ogolone głowy z założonymi na płaskie ciemię przeciwsłonecznymi okularami, jakieś potworne majty po kolana oraz głośne konwersacje biznesowe przez komórkę przeplatane wulgaryzmami. Kiedyś wielką przyjemnością była możliwość spotkania za granicą ludzi z dawnej, przedwojennej emigracji, którzy – mimo że często ubodzy i słabo przystosowani do warunków panujących w krajach, w których się osiedlili – zachowali godność i klasę. Niestety, pokolenie to już odeszło.
Istnieje także inna, groźniejsza forma antypolonizmu – antypolonizm jako ideologia. Nie chodzi tu o stosunek do poszczególnych Polaków, lecz stosunek do Polski, do polskiej tożsamości zbiorowej, do polskiej historii i kultury. Nikt nie przypuszcza oczywiście, by Polacy dążyli do opanowania świata, by to oni potajemnie rządzili światem, tworzyli rdzeń plutokracji lub wymyślili i zaprowadzili komunizm. Nie ma czegoś w rodzaju „Protokołów mędrców Polonii” – na to za mało jest u nas mędrców. Nikt (może poza niektórymi Litwinami czy Ukraińcami) nie podejrzewa nas o próbę budowy imperium.
Panuje natomiast przekonanie, że Polacy są wyjątkowo skłonni do zbrodniczego nacjonalizmu. Są też wyjątkowo ortodoksyjnymi katolikami, prześladującymi z tego powodu artystów i mniejszości seksualne. Są zajadłymi antysemitami, germanofobami, rusofobami – i w ogóle fobami wszelkiego rodzaju. Stąd też pomyłki, jakie się zdarzają w nazewnictwie obozów koncentracyjnych, nie są przypadkowe, lecz wynikają z automatyzmu myślowego, są logicznym, choć empirycznie fałszywym, zwieńczeniem tej pełnej złej woli opowieści.
Nie wyraża się w niej niechęć do silniejszego, bogatszego czy inteligentniejszego, lecz pogarda dla niżej stojącego, któremu odmawia się prawa do walki o swoje interesy, o istnienie i tożsamość, które z całą oczywistością przyznawane są jego przeciwnikom.
[srodtytul]Pogarda dla niżej stojącego[/srodtytul]
Niestety, taki wizerunek Polski i Polaków można spotkać często w USA. Jednym z powodów jest wyeskportowanie przedwojennego konfliktu polsko-żydowskiego za ocean. W Polsce pozostały po nim tylko niedobre wspomnienia, spory o historię, pewne niezałatwione od końca zaszłości, w Nowym Jorku jest on realnością.
Antypolonizm ideologiczny spotykamy w kręgach elit zachodnich. Odnajdziemy go w niemieckich mediach, i to nie tylko w listach czytelników konserwatywnych gazet jak „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, na amerykańskich elitarnych uniwersytetach, spotkamy w licznych publikacjach historyków i politologów, na portalach internetowych. Ten antypolonizm tli się stale, a wybucha żywym ogniem wtedy, gdy pojawia się konflikt interesów lub różnica zdań. Tak było w latach 2005 – 2007, gdy większość mediów niemieckich dała upust swemu długo tłumionemu resentymentowi – rzekomo przeciw Kaczyńskim, a tak naprawdę przeciw tradycyjnej formule polskości i polskiej suwerenności.
[srodtytul]Wszyscy słyszeli o Jedwabnem[/srodtytul]
Jednak, jak wiadomo, w pewnych kręgach nie wypada mieć uprzedzeń. Są więc kamuflowane jako ich przeciwieństwo, używane pod hasłem walki o bardzo słuszne sprawy i niezwykle cenne wartości. Resentyment przybiera formę walki z resentymentem, nacjonalizm – czy wręcz rasizm – prezentuje się jak wróg nacjonalizmu. Mniej zdolni do autorefleksji uczestnicy takich kampanii nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że powtarzają utarty wzór, którym kiedyś ich przodkowie zakończyli nie tylko ideową eliminację polskich „nacjonalistów”.
Nic dziwnego, że skonfrontowani z przejawami niechęci rozsądni Polacy kapitulują. Starają się wykazać, że jest wręcz przeciwnie – że nie są Polakami, a jeśli są, to nie bardzo, że nie są katolikami, a jeśli już, to postępowymi, niemającymi nic wspólnego z reakcyjnym Janem Pawłem II itd. Do ocieplenia jednostkowego wizerunku przydaje się także babcia Żydówka, a nawet dziadek komunista. W Niemczech użyteczny może być także jakiś krewny z volkslisty, „wypędzony” lub „autochton”. Także w USA lepiej uchodzić za Niemca, a jeszcze lepiej za Włocha czy Francuza, a gdy jest się Polakiem, to lepiej być gejem niż hetero.
Pochodzący z Polski doktoranci starają się zadowolić swoich promotorów krytyczną postawą wobec polskości, wybierając tak „kontrowersyjne” tematy jako różne złowieszcze formy polskiego nacjonalizmu. Służy to karierze. Politolog czy historyk, który latami wegetuje na podrzędnym uniwersytecie, gdy pisze w zbyt klasycznym polskim „narratywie”, może – jak pokazuje znany przykład – zrobić światową karierę na jego energicznej dekonstrukcji.
Nie jest w każdym razie przypadkiem, że Norman Davies nie został profesorem w Stanford, a został nim Norman Naimark. I gdy dzisiaj nie wypada pisać już o Niemcach jako o kolektywnych sprawcach, to należy tak pisać o Polakach. Hitler, który doszedł do władzy w rezultacie wyborów i którego władzę jako Führera potwierdziło w plebiscycie w sierpniu 1934 r. 90 proc. głosujących, słusznie nie uchodzi za reprezentanta współczesnych Niemców, natomiast mordercy z Jedwabnego (nazwę tego miasta zna już niemal każdy student, a aktualny przykład pokazuje, że odmowa ostentacyjnej ekspiacji za ten mord może mieć poważne konsekwencje) są jak najbardziej reprezentantami nas wszystkich obecnie żyjących i urodzonych po wojnie – i to tym bardziej, im bardziej odrzucamy ich jako typowych wyrazicieli polskości.
Oczywiście nie należy przesadzać i popadać w czarny pesymizm. Na szczęście większości Europejczyków czy Amerykanów jesteśmy zupełnie obojętni. Niewiele o nas wiedzą. Można też spotkać ludzi bardzo nam życzliwych czy wręcz polonofili. Ale nie należy – jak to się często zdarza – chować głowy w piasek i negować faktów, z którymi musi się spotkać każdy, kto trochę jeździ po świecie, czyta zagraniczne publikacje i rozmawia z ludźmi, choć osobiście nie miał powodu się uskarżać.
We wspomnianych badaniach pojawia się frapująca sprzeczność. Otóż z jednej strony respondenci podkreślali, że antyniemieckość jest najbardziej rozpowszechnioną formą ksenofobii, z drugiej twierdzili, że to Niemcy powinny być dla nas wzorem kraju dbającego o swój wizerunek. Albo więc działania te mimo wszystko nie przynoszą pożądanych skutków, albo respondenci sądzą, że mimo utrzymującej się niechęci Niemcy potrafią realizować swoje cele i chronią swych obywateli przed konsekwencjami germanofobii.
Godny odnotowania jest także fakt, że tylko 10 proc. badanych sądzi, iż rozpowszechnionym zjawiskiem jest antysemityzm, choć w największej polskiej gazecie mogą o nim czytać na okrągło. Ale też jest to realistyczna ocena – dzisiaj, mimo tego, co się zdarzyło w XX wieku, Żydzi stoją niezwykle wysoko w hierarchii narodów, nie sposób nie docenić ich osiągnięć gospodarczych, intelektualnych i artystycznych, co budzi nie tylko podziw, ale i zawiść.
[srodtytul]Szacunek dla siebie samych[/srodtytul]
Polacy zdają się nie dostrzegać również antyamerykanizmu. Zapewne dlatego, że doceniają pozycję USA w świecie. Amerykanie – tak nielubiani w Ameryce Łacińskiej, Europie i w krajach arabskich – są ciągle narodem numer jeden i mają tego świadomość.
Podstawą szacunku innych jest bowiem szacunek do samych siebie. Nie jakaś przesadna duma, nie samochwalstwo i brak samokrytycyzmu, ale szacunek i godność. Godne zachowanie i godna postawa, która nie pozwala wykonywać poniżających prac poniżej kwalifikacji i która każe zdecydowanie reagować na próby poniżania Polski i Polaków. Tego Polacy słusznie oczekują od polskich instytucji państwowych, szczególnie placówek MSZ, które niestety źle spełniają tę funkcję. Ale powinni też oczekiwać tego od samych siebie
[i]Autor jest socjologiem i filozofem społecznym, profesorem Uniwersytetu w Bremie i UKSW w Warszawie. Współpracuje z „Rz”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA