Plus Minus

Co gryzło Johnny’ego Deppa

Johnny Depp jako gangster John Dillinger w filmie „Wrogowie publiczni”
Universal Studios
Z szalonego aktora niszowego zmienił się w hollywoodzkiego gwiazdora. Z rozrabiaki – w statecznego ojca rodziny
[link=http://www.rp.pl/galeria/9146,1,334965.html]Zobacz fotosy z filmy[/link]
Polscy widzowie od tygodnia mogą go oglądać w gangsterskim filmie „Wrogowie publiczni”. – Kiedy miałem dziesięć lat, byłem zafascynowany postacią Johna Dillingera – mówi Johnny Depp. – Pewnie zresztą nie była to fascynacja zdrowa. Ale on miał w sobie coś niepokornego. Uruchamiał moją wyobraźnię. Od występu w „Piratach z Karaibów” Gore Verbinskiego aktor należy do najbardziej kasowych gwiazd hollywoodzkich. Jego filmy zarobiły w samych Stanach 2,3 miliarda dolarów, na świecie – 4,8 mld.
Ale on sam wydaje się takim sukcesem zdziwiony. Kiedy kilka lat temu rozmawiałam z nim podczas festiwalu weneckiego, powiedział: – Sam nie mogę ochłonąć z szoku. Producenci uważali mnie raczej za aktora nadającego się głównie do kina niezależnego. Kiedy w 2006 roku Jerry Bruckheimer zaangażował mnie do „Piratów...”, szefowie wytwórni bali się, że zrujnuję im film. Podczas zdjęć bez przerwy chcieli oglądać nakręcone materiały. Wreszcie powiedziałem: „Albo zamieńcie mnie na kogoś innego, albo dajcie mi w spokoju pracować i nie wtrącajcie się do mojej roli”. Dokładnie wiedziałem, co chcę robić. I miałem nadzieję, że będę potrafił przekonać do siebie widzów. Tak naprawdę stworzył na ekranie niemal antybohatera. Jack Sparrow jest tchórzem, facetem bez honoru, zdrajcą i półgłówkiem wywracającym oczami. Na dodatek wiecznie podpitym czy może naćpanym. Trudno się dziwić producentowi, że miał wiele obaw. A jednak Depp się nie mylił. Widzowie na punkcie tego pełnego słabości pirata, wzorowanego zresztą po części na postaci Keitha Richardsa, gitarzysty Rolling Stonesów, oszaleli. Dziś powstaje już czwarta część przygód pirata-dziwaka. [srodtytul]Nowy Dean?[/srodtytul] Johnny Depp zawsze miał w sobie niepokorność i chęć wymykania się schematom. Przez lata uchodził za wielkiego buntownika amerykańskiego kina. Krytycy przyklejali mu nawet etykietkę „nowego Jamesa Deana”. Grywał ludzi samotnych, niepozbieranych, niemogących znaleźć swojego miejsca w świecie. – Nie ma w życiu przypadków – powiedział mi w wywiadzie aktor. – Tak mnie reżyserzy widzieli i tak było. Kiedy kręciłem „Co gryzie Gilberta Grape’a”, ciągle myślałem o własnej młodości. To wracało jak koszmar, bo nie mam z dzieciństwa dobrych wspomnień. Nie tworzyliśmy rodziny, każdy był zdany wyłącznie na siebie i inaczej z tym uczuciem osamotnienia walczył. Depp urodził się w 1963 roku w Owensboro, w stanie Kentucky. Matka była kelnerką, ojciec – pracownikiem społecznym. Miał brata i dwie siostry, jedna z nich jest dziś jego menedżerem. Rodzina miała korzenie irlandzkie, niemieckie, a po jednej z prababek – indiańskie. Niektórzy biografowie wywodzą ją również od francuskiego Hugenota Pierre’a Deppe’a, który osiadł w Wirginii w XVIII wieku. W dzieciństwie i młodości Depp przeprowadzał się 30 razy. Miał stałe poczucie wyobcowania. Od samotności i domowych awantur uciekał w muzykę. Zamykał się w pokoju i grą na gitarze zagłuszał krzyki. Kiedy miał 15 lat, rodzice się rozwiedli. Przeżył to boleśnie, zaczął sam się okaleczać. Szramy po cięciach ma do dzisiaj. Jako 16-latek rzucił szkołę i założył zespół muzyczny The Kids, potem przemianowany na Six Gun Method. Postanowił sam się utrzymywać. – Nie było łatwo – wspomina. – Takich grup jak nasza jest na pęczki. Dlatego musiałem imać się rozmaitych prac. Za 100 dolarów tygodniowo pracowałem w telemarketingu. Oszukiwałem ludzi. Mówiłem, że wygrali zabytkowy zegar i dostaną go, jeśli w mojej firmie zamówią produkty za 500 dolarów. Jak zamawiali, wysyłałem im jakiś stary szmelc. Zostało mi poczucie niesmaku. Ale robiłem też i setki innych rzeczy. W 1983 roku ożenił się z Lori Anne Allison, siostrą kolegi z zespołu. Małżeństwo przetrwało zaledwie dwa lata i nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie to, że żona przedstawiła go Nicolasowi Cage’owi. A ten namówił go na poważne poświęcenie się aktorstwu. Depp zadebiutował na ekranie małą rolą w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, wziął udział w „Plutonie” Olivera Stone’a, przede wszystkim jednak trafił do seriali. Jednak nie była to łatwa droga. Depp ma za sobą trudne chwile, kiedy nie dawał sobie rady z samym sobą. Pił, brał narkotyki, robił burdy. Kilka razy został nawet aresztowany. Raz chodziło o awantury w hotelu, innym razem o pobicie fotoreportera. Kiedy indziej sąd w Los Angeles zasądził od niego odszkodowanie za zniszczenie podczas draki w nocnym klubie taśmy, na której były zdjęcia Umy Thurman i Micka Jaggera. – Rzeczywistość różniła się od snów, ciągle byłem outsiderem – tłumaczy dzisiaj. – Wracał strach, że szczytem mojej kariery jest nalewanie benzyny do cudzych wozów na stacji benzynowej. Żyłem w nieustannym strachu, że nie sprostam własnym marzeniom, że to, co zaczyna się dziać wokół mnie, jest tylko chwilową mrzonką. [srodtytul] Galeria odmieńców[/srodtytul] Zwrot w jego karierze nastąpił w 1990 roku. Zagrał tytułową postać w „Edwardzie Nożycorękim” Tima Burtona. Zaczęło mu się wieść. Stworzył na ekranie całą galerię postaci szalonych i niezwykłych. Zagrał w filmach „Don Juan de Marco” Jeremy’ego Levena, w „Truposzu” Jima Jarmusha, „Żonie astronauty” Randa Ravicha, „Fear And Loathing in Las Vegas” Terry’ego Guilliama. Przede wszystkim jednak fantastycznie wpasował się w styl równie szalonego jak on Tima Burtona. Niektórzy krytycy twierdzili nawet, że Depp jest na ekranie alter ego reżysera. Poza „Edwardem Nożycorękim” zagrał w sześciu innych jego filmach. Przyznaję, że mnie najbardziej zapadł w pamięć jako Ed Wood. Wood, który zaczynał karierę reżyserską w 1953 roku, był podobnym ekscentrykiem jak Burton. Tyle że bez talentu. Wszystko, czego się dotknął, stawało się kiczem. Pod maską człowieka czarującego i pełnego wdzięku ukrywał też drobną perwersję – kochał przebierać się w damskie łaszki, a pod garnitur wkładać koronkowe majtki i biustonosz. Ale otaczali go ludzie, którzy mu bezgranicznie ufali i uważali za artystę. Wyblakła gwiazda horrorów Bela Lugosi, szwedzki zapaśnik Tor Johnson, transwestyta Bunny Breckinridge, kilka nieudacznych aktorek trwali przy nim do końca. Depp stworzył na ekranie postać tyleż śmieszną, co tragiczną. Potem zresztą odkupił w Hollywood dom należący niegdyś do Lugosiego. Ta rola wiele mówi o filmowych preferencjach Deppa. – On ma wszelkie dane, by zostać słodką gwiazdą Hollywoodu, a wybiera filmy ostre, prowokujące – powiedziała mi o nim Agnieszka Holland. Znakomite kreacje stworzył Depp w filmach Europejczyków, m.in. w „Arizona Dream” Kusturicy, „Co gryzie Gilberta Grape’a” Hallstroma, „Donnie Brasco” Newella, „Dziewiątych wrotach” Polańskiego. – Depp jest piekielnie utalentowany – mówił o nim Polański. – To samograj. Miałem trochę inny pomysł na jego rolę, chciałem, by była bardziej dowcipna. On zagrał w sposób prosty, ale pozwoliłem mu na to. Mieliśmy z nim tylko jeden problem: Johnny bardzo późno kładzie się spać, dużo pali, lubi dobre wino i bardzo trudno go potem wyciągnąć z łóżka na zdjęcia. „Dziewiąte wrota” okazały się zresztą dla Deppa – jak sam twierdzi – filmem życia. – Zawsze będę dłużnikiem Polańskiego, bo sprowadził mnie do Paryża i poznał z Vanessą – mówi Depp. – Niejako dzięki niemu mam dzieci. Vanessa Paradis jest francuską piosenkarką, śpiewającą zresztą od bardzo wczesnych dziecięcych lat. Depp poznał ją na przyjęciu urządzonym przez Polańskiego w 1999 roku. On miał już wtedy za sobą, poza dwuletnim małżeństwem, sporo romansów, m.in. z Sherilyn Fenn i Winoną Rider. Właśnie rozstał się z modelką Kate Moss. Trzy miesiące później para spodziewała się dziecka. Dzisiaj ich córka Lilly Rose ma dziesięć lat. Jej brat John Jack Christopher – siedem. Depp we wszystkich wywiadach powtarza, że Vanessa i dzieci są dla niego najważniejsze. – Chcę przy nich mądrze trwać, żeby czuły, że mają w rodzinie oparcie i nie musiały nigdzie uciekać. Ja sam spokój znalazłem dopiero teraz. I delektuję się nim, bo po raz pierwszy mam świadomość, że jest jakieś miejsce na ziemi, które jest moim domem. Tych domów ma zresztą Depp sporo. W Los Angeles, ale przede wszystkim we Francji: na przedmieściach Paryża i w Le-Plan-de la-Tour, niedaleko Saint Tropez, gdzie również jest właścicielem winnicy. – Nie odwróciłem się od Stanów, ale najlepiej czuję się we Francji – mówi. – To wspaniały kraj, znacznie bezpieczniejszy od Ameryki. Kiedy czytam o kolejnych strzelaninach w amerykańskich szkołach, cieszę się, że moje dzieci nie muszą rosnąć w chaosie i pustce rodzącej gwałt. We Francji zyskałem dla siebie i dla nich drugą ojczyznę. [srodtytul]Hollywood zdobyte[/srodtytul] Nowe życie zmieniło go jako aktora. Ma tego świadomość. – Już nie muszę grać wyłącznie buntowników i outsiderów. Myślę, że coraz częściej będę się pojawiał w innych rolach – zapewnia. I coraz mniej się wzbrania, gdy wyciąga po niego ręce Hollywood. – Nie muszę zarabiać 20 mln dolarów za rolę. Większą frajdę sprawia mi spotkanie z ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia o świecie. Ale czasem można się zabawić. Kiedyś odmawiał. Nie przyjął m.in. propozycji zgrania w „Speed. Niebezpiecznej szybkości”, nawet w „Wywiadzie z wampirem”. Nagle pokusił się na role w „Dawno temu w Meksyku” Roberta Rodrigueza i w „Piratach z Karaibów” Gore Verbinskiego. Nie ma jeszcze Oscara, ale zaczął zbierać nominacje. Dostał je za zagranie Jacka Sparrowa w „Piratach...” (2004), szkockiego pisarza J. M. Barriego w „Marzycielu” Marka Forstera, wreszcie tytułowego fryzjera ze „Sweeneya Todda” Tima Burtona. W jednym z ostatnich swoich hitów „The Imaginarium of Doctor Parnassus” zagrał obok Heatha Ledgera. I zdobył się na piękny gest. Całe swoje niemałe honorarium przekazał córeczce zmarłego Ledgera – Matyldzie. Za nim poszli inni – Jude Law oraz Colin Farrell. Jeszcze w 1997 roku wyreżyserował swoją pierwszą fabułę. Jako aktor Depp chętnie grał ludzi z marginesu życia, nieudaczników. Jako autor filmu także ich nie porzucił. Pokazał ludzi egzystujących na śmietniku wielkiego miasta. Świat, o którym zamożne społeczeństwa starają się zapomnieć, którego nie zauważają z wygodnictwa i wstydu. Potrafił sportretować gęstniejącą atmosferę śmierci. Ale też zaproponował widzom opowieść o dramacie człowieka, który dla rodziny oddaje własne życie, o granicach poświęcenia i o miłości na dnie. – Reżyseria jest potwornie trudna – twierdzi. – Kręcąc „Odważnego”, czułem się całkowicie wyczerpany. Reżyseria pochłania człowieka całkowicie, nie zostawia czasu na nic. Ale Depp nie ukrywa, że praca nad rolami też dużo go kosztuje. Gra w końcu własnymi nerwami, własną wrażliwością, własną wyobraźnią. – Dopóki trwają zdjęcia, dostaję od organizmu zastrzyk adrenaliny – mówi. – Jak się kończą, padam. Wszystko puszcza. To się często kończy chorobą. Po „Libertine” przeleżałem w łóżku dwa tygodnie. Po Dillingerze też czułem, że muszę uciec. A więc znowu ucieka. Ale już nie w alkohol i narkotyki. Teraz, jak przystało na gwiazdę hollywoodzką, na wyspę na Bahamach. I na własny jacht „Vajoliroja” – nazwany tak od skrótów imion całej jego rodziny: Vanessy, Johnny’ego, Lilly Rose, Jacka. – Szczęścia za pieniądze nie da się kupić – śmieje się. – Ale można za nie kupić statek i popłynąć nim gdzieś, gdzie człowiek czuje się szczęśliwy. Potem też łatwej się wraca. Na Johnny’ego Deppa czekają nowe projekty po obu stronach oceanu. Trudno w to uwierzyć, ale jest ich teraz kilkanaście. Najważniejszy to zapewne kolejny film Tima Burtona „Alicja w krainie czarów”. Jednak nie ulega wątpliwości, że Depp zaczyna się też rozglądać za innymi rolami. – Amerykański przemysł filmowy ciągle czeka na takich młodych buntowników, którzy rozpalą wyobraźnię widzów, a producentom przyniosą miliony – mówi. – Ale ja już z pewnością nie jestem „nowym Jamesem Deanem”. Czekam, żeby zaczęli mi wreszcie proponować role „dla starego Johnny’ego Deppa”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL