Literatura

Koncert utalentowanych nieudaczników

materiały prasowe
„Klezmerzy” to mistrzowskie dziełko. Joann Sfar spróbował zrekonstruować klimat żydowskich miasteczek wschodniej Europy sprzed pierwszej wojny. Znakomita lektura – żywe rysunki, barwne typy, porywająca fabuła. Plus trochę żydowskich sentymentów
Chłonęłam „Klezmerów” z największą frajdą. Czegoś takiego jeszcze nie było: opowieść graficzna, w której rozbrzmiewa (dosłownie) muzyka. Widać ją też w gestykulacji i mimice bohaterów; w sekwencjach choreograficzno-koncertowych; w dymkach, które są swoistym zapisem dźwiękowym. Jeśli komuś te piosenki nie grają w duszy, może wspomóc się płytami. Lista utworów i wykonawców – na końcu książki.
Joann Sfar, autor komiksu, to wszechstronnie utalentowany erudyta: tworzy komiksy, scenariusze filmowe, gra na ukulele, śpiewa, komponuje, komentuje teksty filozoficzne… Urodzony w Nicei 38 lat temu, ma we krwi klezmerską muzykę: jego przodkowie pochodzili z małych miasteczek Ukrainy i Polski. Niestety, nie zna konkretów z ich życia – jakoś nie dawali namówić się na wspomnienia.
Wymyślił więc sobie „rodzinę zastępczą”, wzorując się na bohaterach Chagalla i Singera. Po malarzu z Witebska przejął pastelową kolorystykę i ulotny, trochę niematerialny sposób malowania postaci; od warszawsko-nowojorskiego pisarza zapożyczył kilka wątków, a przede wszystkim – charaktery. Resztę dośpiewał sobie z żydowskich legend i dowcipów. [srodtytul]Farty i niefarty[/srodtytul] Sfar od małego chłonął kulturę żydowską, studiował hebrajski, uczył się praw Tory. Potem ukończył filozofię w Nicei, następnie studia plastyczne w Paryżu. Jego artystyczne ciągoty objawiły się wcześnie. Miał piętnaście lat, gdy zaczął nękać wydawnictwa komiksami, tworzonymi w maniakalnym tempie. Przez wiele lat odsyłano go z kwitkiem. Passa odwróciła się, gdy w 1993 roku wszedł do zespołu Atelier Nawak – nagle aż trzy oficyny zaproponowały mu współpracę. Postaci Sfara to indywidualiści, nie dający wtłoczyć się w przypisane im społeczne role. Lubią wadzić się Bogiem,postępować wbrew obyczajom i tradycji. Ich skłonność do filozofowania idzie w parze z potrzebami twórczymi. Słowem, ulepieni są na podobieństwo autora (nomen omen, jego nazwisko wywodzi się od słowa „sofer”, po hebrajsku – „pisarz”). W „Klezmerach” mieszają się metafizyka, poczucie humoru, czułość, okrucieństwo, optymizm i dramat. Historia zaczyna się tragicznie. Niejaki Baron Tyłka Swego, potężnie zbudowany łysol, traci kumpli z wojska, z którymi po demobilizacji uformował wędrowną orkiestrę. Band nie przetrwał długo. W jednej z wiosek lokalni klezmerzy pozbyli się w sposób ostateczny niepożądanych konkurentów. Z dziesięciu osób ocalał tylko Baron; z instrumentów grupy – harmonijka ustna. Tak wyposażony, bohater samotnie wyruszył w trasę. Na pierwszym napotkanym po drodze weselu odniósł spektakularny sukces: miejscowy rabin, zachwycony artyzmem grajka, ogłosił go szefem muzyków. Jednak Baron oferty nie przyjął, wyżej ceniąc sobie niezależność. Dołączyła do niego piękna Hava, zwiewając przez perspektywą przymusowego i nudnego małżeństwa. Potem duet – bo dziewczyna okazała się obdarzona dźwięcznym głosem i dobrym słuchem – powiększył się o Yaakova, wyrzuconego przez rabina z jesziwy. Za co? Za kradzież płaszcza mistrza. Bowiem zapowiadający się na geniusza chłopak usiłował zbadać zakres możliwości Najwyższego – sprowokował Go przestępstwem… Kolejnymi członkami zespołu stali się Cygan Tchocola, cudem ocalony z kozackiej rzezi, oraz Vincenzo – osobnik zasmarkany i zakompleksiony, lecz wybitny skrzypek. [srodtytul]Czym różni się sztuka od rzemiosła [/srodtytul] Losy kapeli niepokornych nieudaczników toczą się ze zmiennym szczęściem, ale ogólnie – nie jest źle. W czasie wędrówek zaprzyjaźniają się, dojrzewają, poznają swoje możliwości i robią z nich coraz lepszy użytek. W sumie, optymistyczne. Polecam „Klezmerów” nie tylko fanom tradycyjnej żydowskiej muzyki. Napisana z werwą fabuła zawiera wiele ponadczasowych prawd dotyczących sztuki. A także kwestii dorastania i łączącą się z tym odpowiedzialnością za życiowe wybory. „Ten sam refren zagrany tysiąc razy, tysiąc razy się różni. Tymczasem nasi ukochani muzycy są przewidywalni. Poprawnie wykonują gesty na swych instrumentach. Ja nie nazywam tego muzyką. Dla mnie to rzemiosło” — tak stary rabin komplementuje improwizacje Barona na harmonijce. Ma rację, na tym właśnie polega twórczość. Sfar z pewnością o tym wie. Dlatego tak doskonale udały mu się sceny koncertowe. Mało kto umie tak wiarygodnie narysować muzykę – no, poza Chagallem. Dalsze dzieje grupy Barona Tyłka Swego poznamy w kolejnych tomach, bo na razie dostaliśmy część pierwszą, z podtytułem „Podbój Wschodu”. Z pewnością sięgnę po następne zeszyty z klezmerskiej serii. [i]Joann Sfar Klezmerzy Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL