Medycyna i zdrowie

Więźniowie swojego ciała

Rehabilitacja osób w stanie zaburzonej świadomości – hospicjum w Toruniu
Fotorzepa, Roman Bosiacki Roman Bosiacki
Ze świadomością czy bez. Nawet 40 proc. pacjentów w stanie wegetatywnym może być źle diagnozowanych – alarmują naukowcy
Samodzielnie oddychają. Ich serca biją. Są przytomni. Tyle że w wyniku uszkodzenia mózgu nic nie czują: ani głodu, ani strachu, ani bólu. Nie komunikują się z otoczeniem, nie są świadomi tego, że żyją. Chodzi o chorych znajdujących się w stanie wegetatywnym.
Jak wynika z najnowszych badań autorstwa dr. Josepha Giacino z JFK Rehabilitation Institute w New Jersey, nawet 40 proc. chorych może być zaliczanych do tej grupy omyłkowo. W rzeczywistości mogą znajdować się w stanie minimalnej świadomości. [wyimek]Pacjenci nie reagują na nas, lekarzy. A wystarczy, by w pobliżu pojawiła się bliska ich sercu osoba, i dają znak życia[/wyimek]
A to oznacza, że choć nie zawsze potrafią nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym, to jednak zdają sobie sprawę ze swojego istnienia. Jeśli nawet nie przez cały czas, to chociaż przez krótkie chwile. Nieobce jest im odczuwanie emocji czy fizycznego bólu. Czasami potrafią zakomunikować innym, że są. Często im się to jednak nie udaje. A wtedy lekarze stawiają mylną diagnozę: stan wegetatywny. Aż się prosi o pytanie, czy podobna sytuacja mogła mieć miejsce w przypadku Eluany Englaro, Włoszki, która zmarła na początku tego roku w wyniku przerwania sztucznego odżywiania. Wydarzenie to znalazło się na pierwszych stronach gazet. Podobnie jak wcześniej inna, podobna historia. Jej bohaterką była Terri Schiavo, kobieta z Florydy, którą odłączono w 2005 roku od aparatury podtrzymującej życie. Obie kobiety miały się znajdować w stanie wegetatywnym. Na całym świecie chorych w podobnym położeniu są setki tysięcy. [srodtytul]Lustro lepsze niż ołówek[/srodtytul] – Stan wegetatywny bardzo przypomina stan minimalnej świadomości, dlatego ich odróżnienie nastręcza wielu trudności – mówi “Rz” prof. Leon Drobnik z Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego w Poznaniu. – Nie do końca odbywa się to bezbłędnie, ale doprawdy nie chce mi się wierzyć, by skala pomyłek była aż tak duża. W jaki sposób powstały wyliczenia Josepha Giacino? Przez porównanie tradycyjnego sposobu diagnozowania chorych z najnowszymi metodami, opracowanymi zresztą przez niego samego. Problemem tym zajmuje się on już od lat. W roku 2002 wraz ze swoimi współpracownikami jako pierwszy opisał kryteria określające, czym jest stan minimalnej świadomości. Dwa lata później stworzył inne narzędzie diagnostyczne – skalę CRS-R, która miała służyć pomocą w odróżnianiu od siebie stanu wegetatywnego od stanu minimalnej świadomości. Składała się na nią seria behawioralnych testów powtarzanych w określonym odstępie czasu. Kolejnym krokiem naukowca było sprawdzenie owoców swojej pracy w praktyce. Wypróbowano je na kilku oddziałach intensywnej terapii w klinikach neurologicznych w Belgii. To z tego kraju pochodzi współpracująca z Giacino nad projektem Caroline Schnakers, zatrudniona w Coma Science Group przy Uniwersytecie w Liege. Badania prowadzono dwa lata. Przez ten czas naukowcy obserwowali pacjentów, którzy z powodu obrażeń głowy cierpieli na zaburzenia świadomości. Szczególnie interesował ich sposób rozróżniania, w którym z interesujących ich stanów chorzy się znajdują. Belgijscy lekarze używali na przykład w tym celu metody nazywanej wzrokową pogonią. Polega ona na śledzeniu wzroku chorego, a konkretnie tego, czy podąża on za przemieszczającym się przed jego oczami obiektem, na przykład ołówkiem. Następnie badacze sami dokonali rozpoznania, używając do tego skali CRS-R. Jednym z testów składających się nań jest przyłożenie do twarzy chorego lustra. Przedmiot ten jest bowiem bardziej skutecznym narzędziem prowokującym reakcję chorego niż długopis. Co się okazało? Spośród 44 pacjentów, którzy według belgijskich lekarzy znajdowali się w stanie wegetatywnym, Giacino u 18 zauważył sygnały świadczące o zachowaniu przez nich świadomości. [srodtytul]Głos na wagę złota[/srodtytul] – Może to być rozszerzenie źrenic, zmiana mimiki twarzy, przyspieszenie serca czy spływająca po policzku łza – o podobnych sygnałach opowiada prof. Leon Drobnik. – Bardzo często się zdarza, że pacjenci w ogóle nie reagują na nas, lekarzy. A wystarczy, by w pobliżu pojawiła się bliska ich sercu osoba, i chory daje znak życia. Dlatego coraz częściej rodzina staje się sprzymierzeńcem personelu medycznego. Głos, dotyk, zapach kochanego człowieka mają moc stymulowania uszkodzonego mózgu. Jak tłumaczy prof. Drobnik, każda reakcja ciała jest związana z sygnałem, który musi przejść przez korę mózgu. Organ ten dysponuje wspaniałymi możliwościami regeneracji. Nieraz lekarzom się wydaje, że zmiany, jakie zaszły wskutek wypadku czy udaru w ośrodkowym układzie nerwowym, są nieodwracalne. A po pewnym czasie, ku zaskoczeniu wszystkich, chory nawiązuje kontakt ze światem. [srodtytul]Przerwać życie[/srodtytul] Odróżnienie stanu wegetatywnego od stanu minimalnej świadomości ma ogromne znaczenie – podkreślają uczeni. Chociażby dlatego, że często to od tego zależy, na jaką pomoc może on liczyć, na przykład w kwestii rehabilitacji. W niektórych systemach prawnych właśnie to jest czynnikiem decydującym, czy można przerwać sztuczne odżywianie człowieka. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: [mail=i.redlinska@rp.pl]i.redlinska@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL