Sport

Co niesie Usaina Bolta

Szkoda, że nikt nie porozmawiał z Leszkiem Kołakowskim na temat sportu. Może sam powinienem się zdobyć na odwagę i podjąć taką próbę, gdy mniej więcej dziesięć lat temu dowiedziałem się, że wybitny filozof jest kibicem. Umiarkowanym wprawdzie, ale jednak. Oglądał raz na cztery lata rywalizację lekkoatletów podczas igrzysk olimpijskich, od czasu do czasu turniej wimbledoński oraz boks.
[b][link=http://blog.rp.pl/fafara/2009/07/21/co-niesie-usaina-bolta/]Skomentuj na blogu[/link][/b]
Zadziwiające, że tę ostatnią dyscyplinę zmarły niedawno profesor uważał za „sport szlachetny i wymagający, bynajmniej nie zaś prostackie mordobicie”. Nigdy natomiast nie potrafił zrozumieć (!) bejsbolu i krykieta, mimo iż przez wiele lat mieszkał w Stanach i na Wyspach Brytyjskich. Wszystko to wiem dzięki lekturze tekstu profesora Kołakowskiego „O rekordach” zamieszczonego na początku dekady w „Gazecie Wyborczej”. „Należę do tej klasy ludzi – pisał filozof – gdzie naturalna byłaby nie tylko obojętność względem wszelkich sportów wyczynowych, ale także kompletne lekceważenie tej dziedziny życia, a więc jakby przemieszkiwanie na małej wysepce kulturalnej całkiem wyobcowanej z normalnego żywota. A jednak nie: staram się, choćby abstrakcyjnie, sport docenić, choć sam nigdy w życiu żadnych sportów nie uprawiałem”.
Teraz, gdy czytam ten tekst powtórnie, tym bardziej jestem ciekaw, jakie konkurencje lekkoatletyczne profesor wyróżniał, czy oglądał w zeszłym roku fantastyczny finał Wimbledonu Nadal – Federer i jakie było jego zdanie na temat wzlotów i upadków Gołoty. We wspomnianej rozprawie opublikowanej przez „Wyborczą” zakreśliłem fragment, który zrobił na mnie największe wrażenie: „I chociaż ubieganie się o rekordy jest napędzane pragnieniem, by się lepszym niż inni okazać, by się wyróżnić, samoutwierdzić pychę swoją i zawiść nakarmić, to jednak jest w tej pasji, by tak rzec – »drugie dno«. Być może kryje się w tym jakiś korzeń metafizyczny: potrzeba wykraczania poza to, co jest, jakaś dziwnie wyrażona, nieraz w groteskę i absurd przechodząca – jak wszystko co ludzkie, złe i dobre – nadzieja nieskończoności”. Jednak to może lepiej, że sami rekordziści nie zdają sobie sprawy z powyższych uwarunkowań. Podejrzewam, że gdyby Usain Bolt, fenomenalny sprinter z Jamajki, miał świadomość, że jest napędzany nadzieją nieskończoności z niewielkim dodatkiem pychy i zawiści, nie zszedłby poniżej 10 sekund w biegu na 100 metrów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL