Styl życia

Na film wszędzie, byle nie do kina

Plenerowe kino w Warszawie
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Zdewastowane wejście na stadion Warty, zrujnowana kamienica, sąsiadujący z nią żulerski park. W tych miejscach strach się znaleźć nawet za dnia. Ale to właśnie tu odbyła się projekcja filmu „Sin City”. W całkowitych ciemnościach, w szczelnie zamkniętych samochodach i z radiem ustawionym na częstotliwość 88 Mhz
O pokazie filmu w niecodziennym plenerze widzowie – 100 znajomych Mieczysława Gryzy – dowiedzieli się z e-maila. Gryza lubi zaskakiwać przyjaciół. Czuje się artystą, choć studiował na poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym.
Kilka tygodni wcześniej, w swoje urodziny, zabrał gości na projekcję „Znikającego punktu”, która odbywała się na pędzących po autostradzie tirach. Widziała ją zaledwie garstka widzów. Gryz wpadł na pomysł, by tym razem jego interaktywny pokaz zobaczyło więcej ludzi. Dlatego wymyślił „Sin City” w mrocznych miejscach Poznania. – Chciałem wprowadzić coś innego, niż oglądanie filmów w kinie, jedzenie popcornu i siorbanie coli. Zależało mi na tym, by znaleźć takie miejsca projekcji, które odpowiadają klimatowi filmu. Taki zabieg wzmacnia odbiór – wyjaśnia Gryza. Chodząc po Poznaniu, odkrył kilka miejsc zapomnianych przez Boga i ludzi. – Poznańska Wilda to dzielnica, o której się mówi, że mieszka tu szatan. Jest więc w klimacie „Sin City”.
Tuż po zmroku w chaszcze na tyłach targowiska przy ul. Bema zaczęły się zjeżdżać samochody. Kierowcy wjeżdżali w mroczną czeluść, nie do końca wiedząc, gdzie dojadą. W e-mailu, który dostali od Gryza, był wprawdzie opis drogi dojazdowej, ale miejsce zbiórki większości było nieznane. Na placu zebrało się kilkadziesiąt samochodów. Wszystkie miały na tylnych szybach przyklejony żółty krzyż. – To znak rozpoznawczy dla uczestników, by się nie pogubili, przejeżdżając do kolejnej stacji pokazu – wyjaśnia Gryz. Wszystkie auta ustawiły się przed wejściem na stadion niedbale pomalowanym na biało – to był ekran. By oglądać film, potrzebne było radio samochodowe, które należało ustawić na częstotliwość 88 Mhz. Tylko tak była słyszalna ścieżka dźwiękowa. Tą drogą z widzami kontaktował się też organizator zabawy. 21.30. Rozpoczyna się się projekcja „Sin City”. Po półgodzinie kawalkada samochodów rusza do kolejnej stacji. Ulica Łaziebna na Garbarach to po zdewastowanym stadionie najlepsze miejsce na oglądanie mrocznego filmu. Tu za ekran posłużyła elewacja zrujnowanej kamienicy z zaledwie kilkoma zakratowanymi oknami. Stoi w sąsiedztwie przeznaczonego do rozbiórki domu. Z żulerskich Garbarów samochody ruszają do centrum miasta. Finał filmu, a tym samym imprezy, przypadł na ścianę nowoczesnej fasady nowego gmachu Muzeum Narodowego. – Zaskoczyło mnie, że na dwie ostatnie minuty filmu musieliśmy przejechać w inne miejsce. Ale rzeczywiście był to dobry pomysł, bo bądź co bądź kiczowate zakończenie świetnie się oglądało na murach niezniszczonego gmachu – opowiada Agata, uczestniczka prezentacji. To nie ostatnie słowo Gryzy tego lata. Za trzy tygodnie planuje film dla co najmniej kilku setek widzów. Miejscem projekcji będzie Powidz, wypoczynkowa miejscowość nad Jeziorem Powidzkim, 70 km od Poznania. Widzowie będą siedzieć na kajakach, rowerach wodnych i żaglówkach. Pokaz odbędzie się na środku jeziora o zmroku, na pełnych żaglach, które posłużą jako ekran. Co zobaczymy? – Oczywiście „Nóż w wodzie”. Jezioro i żaglówka to najlepsze miejsce na oglądanie tego filmu – zapewnia Gryza.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL