Film

Lament nad losem bandyty

„Bonnie i Clyde” (1967) obalił zasady kodeksu Haysa
AFP
Czasy, gdy gangsterzy byli idolami masowej wyobraźni, dawno minęły. Odtwarza je superprodukcja o rabusiu Johnie Dillingerze, która właśnie wchodzi do kin
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/9131,1,334965.html" "target=_blank]Obejrzyj galerię fotosów z filmu "Wrogowie publiczni"[/link][/b]
Reżyser Michael Mann nakręcił "Wrogów publicznych" za 100 milionów dolarów, by z rozmachem pokazać życie największych złoczyńców Ameryki lat 30., m.in. Baby'ego Face'a Nelsona i Pretty'ego Boya Floyda. Królem wśród nich był jednak John Dillinger. Jego kariera zaczęła się na dobre w 1933 roku i trwała zaledwie 12 miesięcy. Ale w tym czasie Dillinger osiągnął szczyt listy najbardziej poszukiwanych przestępców w Stanach Zjednoczonych. Wraz ze swoim gangiem zabił dziesięć osób, a siedem ranił. Miał na koncie ataki na policyjne arsenały z bronią, ucieczki z więzienia i liczne napady na banki.
Dla Federalnego Biura Śledczego był wrogiem publicznym numer jeden. Jednak prasa opisywała Dillingera przede wszystkim jako nowe wcielenie Robin Hooda, który odbiera bogatym w imię biednych. Ludzie znękani szalejącym kryzysem gospodarczym chcieli wierzyć w tę legendę. Gangster umiał zadbać o popularność i wizerunek. Przeszedł kilka operacji plastycznych. Pisano, że ma bogartowski wyraz twarzy, choć on sam starał się bardziej przypominać Clarka Gable'a, co podkreślał cienki wąsik i drwiący uśmiech. Skończył marnie. Pewnego niedzielnego wieczoru wychodził z chicagowskiego kina Biograph. Musiał być w dobrym nastroju. Obejrzał gangsterski melodramat "Manhattan Melodrama" V. S. Van Dyke'a z ulubioną aktorką Myrną Loy i Clarkiem Gable'em. Doborowa obsada i reakcje publiczności świadczyły o tym, że mafiosi nadal są bohaterami masowej wyobraźni. Wychodząc z kina w towarzystwie dwóch pań, Dillinger pewnie nie zauważył, jak stojący w przejściu mężczyzna zapalił w tym momencie cygaro. To był znak od agenta specjalnego Melvina Purvisa, że można zacząć obławę. Kilka chwil później Dillinger został zastrzelony na chodniku. Śmierć wroga numer jeden była przełomowym momentem w walce FBI z plagą gangsteryzmu. Oznaczała również ważną zmianę dla amerykańskiej kinematografii. W tym czasie dużym powodzeniem cieszyły się opowieści o losach mafiosów, często inspirowane życiem Dillingera, ale nigdy nienawiązujące wprost do jego przestępczej kariery. Choć w 1929 roku powstał w Hollywood kodeks producencki autorstwa Williama Haysa, który cenzurował w filmach treści mogące godzić w powszechnie obowiązujące normy moralne i obyczajowe, studia filmowe go nie przestrzegały. Zabijając Dillingera, władze wysłały wyraźny sygnał: nie będzie pobłażania dla zbrodni i występku, także na dużym ekranie. Kodeks Haysa miał być odtąd bezwzględnie przestrzegany. Złota era gangsterskiego kina dobiegła końca. [srodtytul]Filmy nie dla dzieci [/srodtytul] Trwała zaledwie kilka lat. Moda na filmy o ludziach wyjętych spod prawa wybuchła na początku lat 30. Optymizm poprzedniej dekady już w Stanach Zjednoczonych wygasał. Ludzie z dnia na dzień lądowali na bruku. Ich majątki topniały w oczach. Amerykański sen o szczęściu i materialnym sukcesie okazywał się złudzeniem. Wówczas pojawili się na ekranach faceci w garniturach z karabinami w garści. Drogę od pucybuta do milionera pokonywali na skróty. Szli po swoje wbrew prawu, na przekór moralności. Nie mieli urody amantów, a ich zacięte twarze świadczyły o tym, że gotowi są osiągnąć cel za wszelką cenę. Tak jak pyszałkowaty Enrico Bandello (Edward G. Robinson) z "Małego Cezara" (1931) Mervyna LeRoya. Obraz o małomiasteczkowym przestępcy, który stopniowo pnie się po szczeblach mafijnej kariery, był kasowym sukcesem. W następnym roku w Hollywood powstało około 50 gangsterskich filmów! W zamierzeniu kręcono je ku przestrodze. Z jednej strony opisywały realistycznie – jak na konwencje kina lat 30. – społeczne tło przestępczości. Z drugiej, miały zbrodnie potępiać. Dlatego, gdy w zakończeniu "Wroga publicznego" (1931) Williama A. Wellmana bohater grany przez Jamesa Cagneya ginie zabity przez rywala, na ekranie pojawia się napis: "Los, który spotkał Toma Powersa, jest losem każdego przestępcy. Wróg publiczny to nie jest człowiek lub postać, ale problem, z którym wszyscy musimy się zmierzyć". Widzowie nie zważali jednak na zgrabne formułki i dydaktyzm. Dla nich filmowi gangsterzy nie byli typami spod ciemnej gwiazdy, ale – tak jak Dillinger – straceńcami, którzy z powodu biedy i wykluczenia rzucają wyzwanie światu. Publiczność opłakiwała więc śmierć Toma Powersa, tak jak wcześniej lamentowała nad smutnym końcem Ricka Bandello z "Małego Cezara". Jednocześnie pojawiały się głosy oburzenia. Kinu gangsterskiemu zarzucano gloryfikację przemocy, odwoływanie się do najniższych instynktów. W piśmie "Parent's Magazine" skrytykowano "Wroga publicznego" jako zagrażającego normom moralnym. Rodziców ostrzegano, że jest "zbyt brutalny" i "zbyt ekscytujący dla dzieci". W połowie 1931 roku presja ze strony organizacji społecznych spowodowała, że zakazano wyświetlania filmów o gangsterach, m.in. w Worcester, Massachusetts, Syracuse, Illinois, Nowym Jorku i New Jersey. Burmistrz Chicago także zagroził, że wprowadzi u siebie zakaz, jeśli Hollywood nie przestanie wykorzystywać miasta jako tła dla mafijnych opowieści. Nie wiedział jeszcze, co planuje Howard Hawks... [srodtytul]Hollywood ulega presji[/srodtytul] Tymczasem w 1932 roku reżyser zrealizował "Człowieka z blizną", film inspirowany życiem Ala Capone. Chicagowski boss podziemia zdawał sobie sprawę, że kino może zapewnić mu nieśmiertelną sławę. W trakcie zdjęć przychodził na plan. Otoczony gorylami przypatrywał się scenom akcji kręconym na wolnym powietrzu. A przy okazji pilnował, by wzorowany na nim Tony Camonte (Paul Muni) nie był banalny, ale miał charyzmę właściwą szefowi wszystkich szefów. To był najgorętszy, a zarazem najbrutalniejszy obraz roku. Komisja cenzorska doliczyła się w nim 43 morderstw i nie wydała zgody na emisję. Po kilku drobnych zmianach film ostatecznie wypuszczono pod tytułem "Człowiek z blizną: Hańba narodu". Podobno Alowi Capone zaimponował autentyzm przekazu, ale społeczność Amerykanów włoskiego pochodzenia uznała, że fabuła godzi w ich dobre imię. Rok po premierze "Człowieka z blizną" Narodowy Komitet Badań Społecznych Wartości opublikował raport dotyczący przestępczości. Wynikało z niego, że opowieści o gangsterach stanowiły znakomity materiał poglądowy dla przestępców we wczesnym etapie ich kariery. Zachęcały ludzi do wejścia na ścieżkę występku. Nad Hollywood zaczęły się zbierać czarne chmury. Katoliccy biskupi, policja, a także wpływowa organizacja Legion Przyzwoitości, która nawoływała do bojkotowania niemoralnych filmów i pikietowania kin, gdzie są wyświetlane, naciskały coraz mocniej na hollywoodzkie studia, by skończyły z epatowaniem przemocą. Wytwórnie miały dylemat. Fabuły gangsterskie przynosiły im krociowe zyski. Ale nie mogły dłużej ignorować ostrej krytyki, zwłaszcza po spektakularnym sukcesie FBI, które "upolowało" Dillingera. Obawiając się interwencji ze strony rządu, podporządkowały się w końcu kodeksowi Haysa. W jego preambule można było przeczytać: "Zbrodnia zostanie napiętnowana, a życie kryminalisty potępione. Prawo zawsze będzie triumfować". Producenci gorliwie przestrzegali tej maksymy, przystosowując się do nowej sytuacji. Błyskawicznie zaczęły powstawać filmy, których bohaterami byli dzielni stróże prawa, szczególnie agenci FBI (m.in. "G -Men" z 1935 roku). Choć opowieści o rabusiach i mafiosach nie zniknęły z ekranów, to koniunktura na kino gangsterskie wygasła. Kodeks Haysa określił granice moralności na lata. Zmiany przyniosła dopiero epoka dzieci kwiatów i związana z nią rewolucja obyczajowa. [srodtytul] Epoka przeciętniaków[/srodtytul] Rygorystyczne zasady obalił dramat "Bonnie i Clyde" Arthura Penna (1967). Tytułowi przestępcy zostali w nim ukazani jako para romantycznych buntowników, którzy giną z rąk okrutnych stróżów prawa. Efekt był piorunujący, zwłaszcza że bohaterów zagrali najprzystojniejsi aktorzy tamtego czasu: Warren Beatty i Faye Dunaway. Nic dziwnego, że młoda publiczność odnalazła w Bonnie i Clydzie własnych idoli – wolnych i niepokornych. Film utorował drogę innym produkcjom. Kilka lat później Francis Ford Coppola nakręcił "Ojca chrzestnego", w którym nie tylko zmitologizował obraz mafii, ale także przedstawił porachunki między jej szefami w konwencji szekspirowskiego dramatu. Gangsterzy zagościli w panteonie kultury popularnej na dobre. Dziś zbrodnia pokazywana w kinie nie rozpala takich namiętności jak kiedyś. Widzowie przyzwyczaili się do oglądania aktów przemocy, m.in. dzięki relacjom mediów na temat wojen, zbrodni ludobójstwa, terrorystycznych zamachów. Filmowi mafiosi nie mają w sobie buntowniczej iskry sprzed lat. Są raczej przerażająco banalni, co pokazał Quentin Tarantino w swoich pierwszych filmach – "Wściekłe psy" i "Pulp fiction" – a ostatnio David Chase w serialu "Rodzina Soprano". Tony, głowa tytułowej familii, kieruje organizacją przestępczą, ale jego życie osobiste nie różni się zbytnio od powszechnych wyobrażeń o codzienności Amerykanina z bogatego przedmieścia. Kłótnie z żoną, kłopoty z dziećmi. Regularne wizyty na kozetce u psychoanalityka, by jakoś poukładać sobie prywatny świat. Słowem – kwintesencja przeciętności. Na tym tle John Dillinger z "Wrogów publicznych" Michaela Manna wydaje się facetem nie z tego świata. Stylowy kapelusz, prochowiec. Wdzięk i klasa. Ucieleśnia mit bandyty o dobrym sercu, który chce żyć szybko, kochać na zabój i nie bierze pod uwagę, że może umrzeć młodo. Pojawia się na ekranach akurat w momencie, gdy świat, tak jak 80 lat temu, pogrążony jest w finansowym kryzysie. Choć widzowie pewnie nie będą płakać po jego śmierci, to jedno jest pewne. William Hays przewraca się w grobie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL