Służba zdrowia

Wakacyjny koszmar szpitali w kurortach

Lekarze najpierw zajmują się pacjentami wymagającymi natychmiasto- wej pomocy. Pozostali muszą czekać. Na zdjęciu oddział ratunkowy Uniwersytecki e-go Centrum Klinicznego w Gdańsku, do którego trafia wielu turystów wypoczywających nad morzem
Fotorzepa, Piotr Wittman
Chorzy turyści zapełniają oddziały ratunkowe. Lecznice muszą odkładać planowane operacje
Wakacje dla szpitali w chętnie odwiedzanych przez turystów miejscowościach oznaczają natłok pacjentów. Najgorsza sytuacja jest na oddziałach ratunkowych, które są "bramką" przyjmowanych do lecznicy.
[srodtytul]Quad, rajd i kolejki [/srodtytul] – W sezonie mamy kilkakrotnie więcej pacjentów niż zazwyczaj. Sezon to koszmar – przyznaje Krzysztof Szczucki, wicedyrektor Szpitala Miejskiego w Świnoujściu.
Na co dzień szpital opiekuje się 50 tysiącami ludzi ze Świnoujścia i Międzyzdrojów. W sezonie przyjeżdża tam nawet 250 tysięcy. – Ludzi jest więcej, więc i infekcji jest więcej. Ale w tym czasie lawinowo rośnie liczba urazów. Quady, trampoliny, rowery to także rany, złamania i potłuczenia – wymienia Szczucki. Szpital w Koszalinie w letnim sezonie przyjmuje o jedną piątą więcej dorosłych niż zazwyczaj, a dzieci jest 40 proc. więcej. Lecznica w Jeleniej Górze przyjmuje turystów z Karpacza i Szklarskiej Poręby. W sezonie, w zimie i w lecie, liczba pacjentów rośnie nawet o jedną trzecią. To często turyści przywożeni przez GOPR i ofiary adrenalinowych imprez, np. rajdów. W placówkach tworzą się kolejki. – W kolejce do lekarza zdarzają się awantury, skargi, ale musimy w pierwszej kolejności obsługiwać nagłe przypadki – mówi Zbigniew Markiewicz, wicedyrektor szpitala w Jeleniej Górze. Ci, którzy nie wymagają pilnej pomocy, czekają nawet po kilka godzin. – Mają pretensje, trudno tłumaczyć, że to nie nasza wina – opowiada lekarka oddziału ratunkowego z Wielkopolski. A tłok na oddziałach ratunkowych jest nawet wtedy, gdy nie ma inwazji chorych letników. – Wynika z niewłaściwie zorganizowanej, niewydolnej służby zdrowia – ocenia prof. Julian Jakubaszko, krajowy konsultant ds. ratownictwa medycznego. Chorzy przychodzą od razu na oddział, który powinien zajmować się tylko ratowaniem życia, żeby np. tygodniami nie czekać w kolejce na badanie USG. Wiedzą, że jeśli przekonają lekarzy, iż ich stan nagle się pogorszył, badanie będą mieli zrobione od ręki. Ratownicy mają więc nawał pracy, a dodatkowo muszą się zająć też turystami. – Wczoraj przyszła do nas opiekunka z kolonii z dziesięcioma kolonistami skarżącymi się na drobne dolegliwości. I co? Lekarz przecież nie odmówi, nie odeśle, choć powinien – opowiada Szczucki. [srodtytul]Przepuklina czeka, a szpital traci [/srodtytul] Tysiące turystów, którzy przychodzą do lecznic w kurortach, powodują i inne problemy. Na szpitalnych oddziałach wydłużają się kolejki do planowych operacji, bo "zwykłymi" pacjentami, czekającymi np. na operację przepukliny, po prostu nie ma się kto zająć. W dodatku szpitale tracą pieniądze – za pracę oddziału ratunkowego NFZ płaci szpitalowi ryczałtem. To ustalona kwota, niezależna od liczby pacjentów. A leczenie na oddziale ratunkowym jest drogie. – Kontrakt z Funduszem pokrywa tylko cząstkę letniej inwazji. Sezon turystyczny to dla szpitali straty. Finansowa klapa – mówi Szczucki. [srodtytul]Raj dla lekarzy rodzinnych[/srodtytul] Finansowy problem sezonowych pacjentów ma np. szpital w Koszalinie. – Ale organizacyjnie sobie radzimy – zaznacza Monika Zaręba, rzeczniczka Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie. Rzeczywiście: na izbie przyjęć koszalińskiego szpitala cisza i spokój. – Ten spokój może trochę mylić, bo największy ruch mamy wieczorami, jak już dzieci zejdą z podwórek, wrócą z wycieczek, z rowerowych eskapad – opowiada Jerzy Niesłuchowski, lekarz pełniący dyżur na dziecięcej izbie przyjęć. – Ale rzeczywiście, dantejskich scen i tłumów w poczekalniach u nas nie ma. Bowiem w tym regionie do szpitala trafiają już wyselekcjonowani, wymagający pilnej pomocy pacjenci. Gorączki, infekcje załatwiają lekarze rodzinni. – My się z sezonu cieszymy – podkreśla Leon Roszkowski z przychodni Celsus Bis w Mielnie. Za każdą osobę spoza listy stałych pacjentów przychodnia dostaje 20 zł. W sezonie takich osób jest 100 – 150 dziennie. Tylko w Mielnie pracują dwa zespoły lekarzy rodzinnych, bo do miejscowości, takich jak Mielno, Unieście, Sarbinowo czy Chłopy na sezon zjeżdżają dziesiątki tysięcy ludzi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL