Polityka

Czwarte życie złotego chłopca

Paweł Piskorski i Andrzej Olechowski
Fotorzepa, Jerzy Gumowski Jerzy Gumowski
Gdy jeden z warszawskich radnych wygadał się w radiu, że przed Pałacem Kultury będzie publiczne lodowisko, ówczesny prezydent stolicy napadł na niego: „Jak śmiałeś o tym powiedzieć! To mój sukces!”
Paweł Piskorski, rocznik 1968, był „złotym dzieckiem polityki”. Jako trzydziestolatek został uznany za człowieka, który z powodzeniem może kandydować na urząd prezydenta Polski. A dziś, gdy jest w najlepszym wieku do odnoszenia sukcesów, musi walczyć o powrót na scenę polityczną. W sporcie o takich ludziach jak Paweł Piskorski mówi się, że szczyt formy osiągnęli za szybko i w efekcie przegrali igrzyska.
[srodtytul]Młodzi zdolni[/srodtytul] Andrzej Halicki z PO poznał Piskorskiego pod koniec lat 80., gdy obaj działali w podziemnym NZS. – Paweł był szefem Akademickiego Biura Interwencji – wspomina. – Organizował pomoc dla studentów zatrzymanych w czasie demonstracji i ich rodzin. Był niezwykle energiczny oraz skuteczny. Poświęcał się całkowicie temu, co robił.
Według Halickiego wcale nie zanosiło się na to, że Piskorski zostanie liberałem, bo nie miał takich poglądów. Jednak przyłączył się do Kongresu Liberalno-Demokratycznego już w 1990 r. I przyjęto go tam z otwartymi ramionami. – Partie bardzo wówczas ceniły młodzieżówki, a Paweł ją zorganizował liberałom, a że do tego był błyskotliwy, to szybko awansował – opowiada dawny działacz KLD. Ale nie tylko na tym opierała się kariera Piskorskiego. – Był mistrzem zakulisowych gier, działał w dwóch planach jednocześnie: jako polityk pierwszoplanowy i kuluarowy. Chętnie też współpracował z ludźmi dużo starszymi od siebie, stąd jego zażyłość z Andrzejem Olechowskim – mówi jeden z warszawskich polityków. W 1991 r. Piskorski został doradcą ds. młodzieży premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego. Miał wówczas niewiele ponad 20 lat. Jesienią zdobył mandat poselski z ramienia KLD. Awansował też w hierarchii partyjnej – był sekretarzem generalnym, a później wiceprzewodniczącym partii. To od tamtych czasów datuje się jego znajomość z najważniejszymi politykami dzisiejszego rządu: premierem Donaldem Tuskiem i wicepremierem Grzegorzem Schetyną. – Ze Schetyną był zaprzyjaźniony jeszcze od czasów NZS – mówi Ryszard Czarnecki, europoseł PiS. Twierdzi, że to Piskorski wprowadzał Schetynę do Kongresu. – A potem Schetyna razem z Tuskiem wyrzucili go z PO – dodaje. Europoseł PiS również zetknął się z Piskorskim w NZS. – Kandydowałem na rzecznika Zrzeszenia i cieszyłem się dużym poparciem – wspomina Czarnecki. – Piskorski miał jednak swojego faworyta na to stanowisko i jako przewodniczący NZS tak przekabacił ludzi, że wynik wyborów był 8:8. Do drugiej tury nie stanąłem. Takie było nasze pierwsze spotkanie – konfrontacyjne. [srodtytul]Chodzony z Wieteską[/srodtytul] Gdy KLD przegrał wybory w 1993 r., jego działacze musieli znaleźć dla siebie miejsce poza parlamentem. Piskorski postawił na warszawski samorząd. Rok później zdobył mandat radnego i rozpoczął marsz po władzę w stolicy. Rzucił się też do pracy w Unii Wolności powstałej z połączenia KLD z Unią Demokratyczną. Bronisław Geremek, szef mazowieckiej UW, wytypował na swojego zastępcę Marka Balickiego. Piskorski miał chrapkę na to stanowisko, tak rozegrał sprawę, że Balicki przegrał głosowanie. Później obaj zostali zastępcami Geremka. – Lubię Piskorskiego, choć kiedyś rywalizowaliśmy – mówi Balicki. – Jest jednym z niewielu ludzi, którzy dotrzymują w polityce słowa. Poza tym potrafi układać się z partnerami politycznymi. To przecież on zbudował bardzo spójną koalicję UW – SLD. O tej koalicji krążą w Warszawie legendy – okrzyknięta mianem sitwy warszawskiej lub układu warszawskiego, wyniosła Pawła Piskorskiego na stanowisko prezydenta Warszawy. Młody polityk miał wówczas 31 lat. Media opisywały, jak to w 1998 r., gdy próbowano w Warszawie zawiązać prawicową koalicję, Piskorski już spacerował z Janem Wieteską z SLD wokół warszawskiego budynku Intraco – obaj zaczęli dbać o linię, stąd chodzone spotkania – i rozmawiali o ewentualnej współpracy. Ale wtedy nie było jeszcze klimatu do współpracy ludzi „Solidarności” z postkomunistami. Radni z prawicy dogadywali się z trudem. Koalicja upadła, gdy Piskorski przegrał wybory w Radzie Warszawy na prezydenta stolicy, bo dwie prawicowe radne (m.in. Julia Pitera) wyłamały się z uzgodnień i nie poparły jego kandydatury. – Paweł wybiegł z sesji wściekły jak diabli – opowiada uczestnik tamtych wydarzeń. – Wtedy podszedł do niego Wieteska i zaproponował rozmowy. [wyimek]Ostrzegaliśmy, że Schet planuje go załatwić, ale on wierzył,że Grzegorz jest jego przyjacielem – mówi współpracownik Piskorskiego[/wyimek] Tak powstała nowa koalicja UW – SLD, a Piskorski zdobył upragniony urząd, który zarazem był początkiem końca jego kariery. Wielu warszawskich radnych do dziś uważa, że Piskorski był najlepszym prezydentem stolicy. Andrzej Golimont z SLD z góry zastrzega, że o Piskorskim może powiedzieć wyłącznie dobre rzeczy. – Rozruszał inwestycje, potrafił pokonać każdą przeszkodę w ich realizacji – wylicza Golimont. Na dowód przytacza następującą historię: miasto chciało uruchomić monitoring uliczny w stolicy, ale potrzebowało akceptacji Telekomunikacji Polskiej. Ta zaś zwlekała z rozpatrzeniem sprawy. – Piskorski zaprosił do siebie dyrektora okręgowego telekomunikacji i tłumaczył, że miastu to potrzebne, że chodzi o bezpieczeństwo, a dyrektor na to, że chciałby pomóc, ale nie może, bo procedury – opowiada Golimont. – Piskorski bierze za telefon i dzwoni przy swoim gościu do dyrektora Zarządu Dróg Miejskich z pytaniem, czy Telekomunikacja zgłasza się do niego z różnymi sprawami. „Stale do nas dzwonią – odpowiada dyrektor. – A my pomagamy, jak możemy, nawet w nocy wysyłamy ekipy”. Na to Piskorski: Panie dyrektorze, mamy przecież procedury i proszę ich przestrzegać. Na drugi dzień rano miał już na biurku podpisane uzgodnienia z TP – śmieje się Golimont. Według radnego SLD Piskorski był też mistrzem PR. Gdy w polityce nic się nie działo, bo panował sezon ogórkowy, potrafił zrobić wydarzenie z położenia pierwszego podkładu w budowanym metrze. Były współpracownik Piskorskiego z ratusza dodaje, że jest on tytanem pracy, a za czasów jego prezydentury miasto po raz pierwszy zaczęło się rozwijać. [srodtytul]Most, tunel i tajemniczy majątek[/srodtytul] Inwestycje rzeczywiście powstawały jak grzyby po deszczu – dwa mosty, tunel pod Wisłostradą, obwodnica stolicy, sprzedaż działki pod dzisiejszą galerię handlową Złote Tarasy. Najgłośniejsza stała się budowa mostu Siekierkowskiego, przy której rzekomo zawyżano koszty. Sprawa, którą badała prokuratura, została umorzona. – Gazety stale dopatrywały się w tym przekrętów, a celowała w tym „Gazeta Wyborcza” – mówi dawny współpracownik Piskorskiego. – Moim zdaniem miało to podtekst polityczny. Starzy unici nie znosili takich ludzi jak Paweł i starali się go utrącić. Ale według mnie on niczego nie ma na sumieniu. Tajemnicą pozostaje jednak, jak Piskorski w tak młodym wieku zgromadził ogromny majątek. Z oświadczenia, które ujawnił, wynikało, że miał dwa apartamenty w stolicy, wkłady na budowę czterech mieszkań, działkę o powierzchni ponad 2 hektarów pod Warszawą, 2 tysiące akcji spółki Irena, kolekcję zabytkowych obrazów i książek oraz 337 tysięcy złotych. Gazety wyliczały, że jego majątek przekraczał 2 miliony złotych. Na pytania, skąd takie bogactwo, Piskorski opowiadał o grze na giełdzie i w kasynie, o szczególnie udanych lokatach w kolekcję dzieł sztuki, którą miał sprzedać z ogromnym zyskiem. Aż wreszcie, żeby mieć spokój, podzielił majątek z żoną i większość na nią przepisał. To jeszcze bardziej zaciekawiło dziennikarzy. Rzutkiego polityka wzięły na celownik CBA, CBŚ, prokuratura i urząd skarbowy. Ten ostatni dopatrzył się w 2001 r. różnicy 100 tys. złotych między deklarowanymi dochodami a posiadanym majątkiem i obłożył te pieniądze karnym 75-procentowym podatkiem. Spór w tej sprawie ciągle się toczy. Za to prokuratura umorzyła śledztwa w sprawie jego majątku. Piskorski odszedł ze stanowiska prezydenta miasta i rzucił się w wir budowy Platformy Obywatelskiej. Do dzisiaj wielu działaczy tej partii uważa, że to on zbudował jej struktury. – Nie wydaje mi się, żeby tak było – mówi sceptycznie Maciej Płażyński, jeden z założycieli Platformy. – Ale jedno jest pewne: w owym czasie nikt w PO nie wyobrażał sobie partii bez Piskorskiego. W 2004 r. Piskorski umknął do Brukseli, zdobywając mandat europosła. Znów zrobiło się o nim głośno, gdy kupił ponad 300 hektarów ziemi na Pomorzu, które przeznaczył na zalesianie (na takie tereny są dotacje z Unii Europejskiej). To stało się pretekstem do wyrzucenia go z PO. Piskorski twierdził, że gros pieniędzy na zakup ziemi zaoszczędził z pensji europosła, ale z wyliczeń „Dziennika” wynikało, że nie było to możliwe. Donald Tusk uznał, że nie może tolerować w szeregach partii osoby, wokół której nieustannie są jakieś niejasności finansowe. – Nic mu nie zrobili, gdy prasa rozpisywała się o aferze mostowej i innych podejrzanych inwestycjach w Warszawie – wytyka byłym kolegom z PO Płażyński. – A wyrzucili go kilka lat później. Dawni współpracownicy Piskorskiego z PO uważają, że wyrzucił go osobiście Schetyna. – Nawet go ostrzegaliśmy, że Schet planuje go załatwić, ale to bagatelizował. On do końca wierzył, że Schetyna jest jego przyjacielem i stoi po jego stronie – wspomina jeden ze współpracowników Piskorskiego. – Żaden z ówczesnych europosłów PO nigdy go nie bronił, nawet w prywatnych rozmowach – dodaje Czarnecki. – A mnie Paweł zaimponował, bo wykazał się odwagą cywilną, jadąc z delegacją Parlamentu Europejskiego do Afganistanu, w którym akurat toczyły się walki. Dodam, że chętnych na ten wyjazd nie było zbyt wielu. [srodtytul]Od prezesa do gajowego[/srodtytul] Współpracownicy Piskorskiego przez lata mówili o nim „prezes”. Od afery z zalesianiem mówią „gajowy”, co byłego prezydenta Warszawy doprowadza do szału. Piskorski jednak nigdy nie chowa długo urazy. Jan Lityński, polityk dawnej UW, żądał kiedyś usunięcia Piskorskiego z funkcji wiceprzewodniczącego Klubu Unii za to, że powiedział, iż partia powinna połączyć się z AWS. Piskorski się obraził, ale po trzech miesiącach sam zadzwonił do Lityńskiego i zaproponował rozmowę o przyszłości partii. – W owym czasie on był technologiem władzy, nie liczyły się dla niego idee, tylko szable, na które mógł liczyć – mówi Lityński. – Gdy UD łączyła się z KLD i wybieraliśmy władze nowej partii, to u nas trwała walka wyborcza, a od liberałów Piskorski przyszedł z gotową listą kandydatów na poszczególne funkcje. Lityński podkreśla, że sposób prowadzenia Warszawy przez Piskorskiego niezbyt mu odpowiadał. – Ale z całą pewnością był to dobry okres dla stolicy – zaznacza. Pytany o liczne zarzuty dotyczące rzekomych nadużyć odpowiada: – Nikt Pawła za rękę nie złapał. 41-letni Piskorski reaktywował niedawno Stronnictwo Demokratyczne. Czy zdoła rozwinąć w nim skrzydła? – To poważny przeciwnik dla Tuska, myślę, że ciągle ma wielu znajomych w Platformie i jeżeli zechce, potrafi do nich dotrzeć – ocenia dawny polityk PO. – Wiem, że wydzwania do naszych ludzi i zaczyna ich kaptować – irytuje się polityk SLD. – Napędza go chęć pokazania, ile jest wart – uważa Czarnecki. – Na dodatek jest najbardziej prześwietlonym politykiem na scenie politycznej, wszystkie jego sprawy zostały umorzone i niczego nie można mu już wyciągnąć – przypomina Lityński. – Polityka jest jego życiem, a w Unii Wolności uważano go za polityka zdolniejszego od Tuska, a więc nie wiadomo, jak to się wszystko skończy – konkluduje dawny polityk UW. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: [b][mail=e.olczyk@rp.pl]e.olczyk@rp.pl[/mail][/b]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL