Publicystyka

Feminizm salonowy

Małgorzata Bilska
Tygodnik Powszechny
Celem organizatorek Kongresu Kobiet nie było autentyczne spotkanie ponad podziałami, lecz stworzenie skutecznego lobby na rzecz realizacji feministycznych postulatów
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/07/08/malgorzata-bilska-feminizm-salonowy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Feminizm, jak podkreślają jego zwolenniczki, staje w obronie praw człowieka. Zgodnie z socjologiczną definicją celem ruchu jest poprawa statusu kobiet jako zbiorowości, a nie godność jednostki. Aby można było mówić o feminizmie, musi być zatem spełnionych kilka warunków: trzeba mieć świadomość, że kobiety są nierówno traktowane, przyczyny dyskryminacji upatrywać w czynnikach społecznych (konstruowanych w działaniach ludzi), a nie naturalnych, oraz aktywnie dążyć do wyeliminowania ograniczeń. Nie każde działanie na rzecz poprawy sytuacji kobiet jest feminizmem. Ze zdumieniem czytam wypowiedzi Magdaleny Środy, która wmawia aktywnym i samodzielnie myślącym kobietom, że wszystkie są feministkami, chociaż o tym nie wiedzą.
Feminizm wciąż zmienia oblicze – nowy image, język, styl bycia, staranne public relations. Wszyscy wiemy, że kreowanie się na ofiarę, istotę słabą i cierpiącą powoduje poczucie winy i jest sprawdzonym sposobem forsowania swojej woli. Feminizm długo stosował tę strategię. Pojawił się nawet stosowny do zjawiska termin: "feminizm ofiary" (z ang. victim feminism). [srodtytul] Parcie na władzę[/srodtytul] Z czasem pojawił się feminizm siły (lub władzy). W Wielkiej Brytanii i USA w latach 90. XX w. sporego szumu narobiły analizy Naomi Wolf, autorki określenia "power feminism". Jak pisze Kazimierz Ślęczka w pracy "Feminizm", power feministki "feminizm traktują jako siłę polityczną zdolną pomóc im w sukcesie politycznym lub jako źródło inspiracji twórczych. Robią karierę jako dziennikarki, pisarki, artystki, cechuje je indywidualizm. Popierają ambicje polityczne kobiet, łącząc się wówczas w grupy wspierające kampanie wyborcze i promujące kandydatki". Dochodzi do tego postulat wyrównania liczby kobiet i mężczyzn w instytucjach władzy poprzez parytety. Według prof. Ewy Malinowskiej ruch kobiet traci rację bytu, szuka więc kolejnych celów. Obecnie najważniejszym jest wprowadzenie demokracji parytetowej. Po 150 latach walki feministki nie są zadowolone z danych statystycznych: we wszystkich krajach Europy i USA kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, rzadziej rządzą, więcej czasu poświęcają na pracę w domu i troskę o dzieci. Kobiety nie garną się do walki o najwyższe stanowiska. W feministycznej interpretacji jest to efekt socjalizacji do uległości oraz sprytne urządzenie przestrzeni zawodowej: "szklane sufity", "szklane ruchome schody" (niewidoczne bariery w osiąganiu sukcesu), "lepkie podłogi" (przywiązanie kobiet do mniej prestiżowych zawodów, takich jak sekretarki czy kosmetyczki). Założenie, że na ten stan rzeczy wpływ mają naturalne predyspozycje płci, jest sprzeczny z doktryną ruchu o kulturowej determinacji różnicy płci (z ang. gender) i nie przemawia im do przekonania. Propaganda komunistyczna zachęcała kobiety do pracy na pełnym etacie i w męskich zawodach, a jednak kobiety uparcie preferują kierunki i zawody humanistyczne. Są znakomicie wykształcone, zaradne, przodują w Europie, jeśli chodzi o zakładanie własnych firm, ale nie palą się do walki o stołki. [srodtytul]Salon i służbówka [/srodtytul] Polski feminizm od 1989 r. był ofiarniczy. Izabela Kowalczyk, poznańska feministka, w styczniu 2005 roku napisała "List otwarty do środowisk feministycznych". W jej opinii skuteczny lobbing i walka o władzę są równie ważne jak manifestacje i konferencje. Przywołała słowa Wolf: "najważniejsze w "feminizmie siły" to przełamać lęk przed używaniem władzy. Musimy żądać więcej i chcieć więcej; przestać się wzajemnie wykańczać, stawiając w centrum pytanie: "co sprawia przykrość", ale zacząć się zastanawiać, "co możemy zrobić"". Dlaczego to jest ważne? Feministki planują zmienić kulturę i prawo "dla dobra kobiet". Chwytliwe hasła o "solidarności płci" trzeba jednak widzieć w kontekście programu ruchu i jego wartości. Czy naprawdę wszystkie kobiety mają ten sam interes? [wyimek]Gwiazdy estrady czy teatru „po znajomości” poprą projekty koleżanek ze swojej sfery, nawet jeśli nie kwapią się do walki wprost[/wyimek] Kobiety dzieli stan posiadania, miejsce zamieszkania, doświadczenia życiowe, ale też wyznawane wartości. Nie wszystkie uważają, że aborcja jest jak wyrwanie zęba. Feminizm walczy o pakiet praw reprodukcyjnych i nigdy nie zrezygnuje z proaborcyjnej ustawy, popiera wszystkie postulaty sojuszniczego ruchu mniejszości seksualnych. Ktoś, kto sprzeciwia się tym celom, nie jest feministką. Szafowanie hasłem "solidarność" jest nadużyciem. Etos ruchu kobiet radykalnie odbiega od etosu "Solidarności". Feministyczna tradycja nakazuje mówić o siostrzeństwie, ale ten język źle się kojarzy. Aby przekonać kogoś do idei siostrzeństwa, trzeba dać przykład. Tymczasem wewnątrz feminizmu z solidarnością bywa krucho. Polski ruch coraz mocniej dzieli się na "aktywistki" – z pasją służące idei – oraz gwiazdy popkultury. Działaczki zbyt radykalne, a mniej atrakcyjne czy elokwentne, mieszkające na prowincji, gorzej wykształcone nie bywają w mediach. Brylują w nich Kazimiera Szczuka (pisze już o sobie "dziennikarka telewizyjna") i filozof Magdalena Środa. Pewien wkład w pęknięcie ma też pisarka Manuela Gretkowska, założycielka Partii Kobiet, jej honorowa przewodnicząca. Podobnie jak Środa (autorka książki "Kobiety i władza") chce przekonać do ruchu katoliczki – uczynić go masowym. W promocję wciągnęła sławne i śliczne artystki. Gwiazdy estrady czy teatru "po znajomości" poprą projekty koleżanek ze swojej sfery, nawet jeśli nie kwapią się do walki wprost. Założenia power feminism bardziej pasują do "salonu" niż etykieta wojującej, bezpłciowej baby: + kobiety chcą być "sławne i rozpoznawane", mają do tego prawo; + z seksualności nie trzeba się tłumaczyć – "przyjemność jest podstawą dobrej polityki"; + "ubóstwo nie jest cudowne, kobiety mają prawo zdobywać pieniądze"; + "tylko silne jednostki mogą stworzyć sprawiedliwe społeczeństwo" itd. Kongres Kobiet, który odbył się 20 i 21 czerwca 2009 r. w Warszawie, był pełen postulatów feminizmu władzy, ale był też szczytowym osiągnięciem tzw. salonowego feminizmu. Zorganizowały go Henryka Bochniarz, Magdalena Środa i Jolanta Kwaśniewska (za czyje fundusze?). Radę Programową Kongresu, do której zaprosiły ok. 100 niezwykłych kobiet, zmontowały dzięki znajomościom i prywatnym sympatiom. Założyły stronę internetową www.kongreskobiet.pl i poinformowały media: jesteśmy otwarte na różnice poglądów, koniec z podziałami. [srodtytul]Panie z telewizji[/srodtytul] Na konferencji prasowej 9 marca 2009 r. podkreślały, że zależy im na integracji kobiet z różnych środowisk. Przygotowały bazę noclegową dla uczestniczek spoza Warszawy. Obejmowała ona dziesięć hoteli, z których połowa miała pokoje w cenie ponad 300 zł za dobę (pokój jedno- lub dwuosobowy ze śniadaniem). Najtańszy kosztował wprawdzie 100 zł za dobę, ale mieścił się w Rawie Mazowieckiej, 60 km od Warszawy. Ponieważ dochodził do tego jeszcze dojazd na koszt własny, wielu kobiet nie było stać na feministyczne luksusy. Magnesem były oczywiście sławne osobistości – Rada Programowa. Ogromna większość z nich mieszka… w Warszawie. Gdyby chociaż było to owe parytetowe 50 procent, ale nic z tego. Mężczyzn nie zaproszono, chyba że jako osoby towarzyszące. Skład gości w żaden sposób nie był reprezentacyjny dla populacji kobiet. Ponieważ zaproszono mnie do jednego z paneli, odczuwam tym większy dyskomfort i niesmak. Otwartość i pluralizm to wizytówka "feminizmu salonowego", tak jak oświeceniowy racjonalizm – upolitycznionych studiów kobiecych (gender studies). Wśród feministek z innych miejscowości od dawna słychać było narzekanie na salon, choć otwarta krytyka zdarza się rzadko. W czerwcu 2005 r. Magdalena Środa i Henryka Bochniarz dominowały na podobnej konferencji "Czas na kobiety". Wtedy też do dyskusji poproszono "kobiety znane, a tym samym aktywne uczestniczki życia publicznego: działaczki polityczne, samorządowe, pozarządowe, dziennikarki, kobiety biznesu oraz ekspertki". Bogata klasa średnia z Warszawy, kobiety znane z mediów, dziennikarki i ekspertki gender studies mają stworzyć nowy wizerunek power feminizmu. [srodtytul]Złudzenie pluralizmu [/srodtytul] Po 20 latach transformacji Polki radzą sobie całkiem nieźle i mają z czego być dumne. Większość z nich radzi sobie jednak bez ideologii. Kongres Kobiet obudził nadzieje na integrację, ale przyniósł sporo rozczarowań. Celem organizatorek nie było autentyczne spotkanie ponad podziałami, tylko stworzenie skutecznego lobby na rzecz realizacji feministycznych postulatów. Feministki stanowiły połowę moderatorek paneli. Od początku parytet był głównym celem. Zaproszenie prezydentowych: Marii Kaczyńskiej, Jolanty Kwaśniewskiej i Danuty Wałęsowej, było eleganckim i sprytnym pomysłem. Choć pokongresowe postulaty robią wrażenie uroczego pluralizmu, nic bardziej mylnego. Od początku dominowały dwa z nich, a przekonanie, że wypracowano je podczas rzetelnej wymiany poglądów, jest iluzją. Po Kongresie łatwiej za to promować je w mediach i wśród polityków, którzy mają poprzeć: + utworzenie niezależnego, wybieralnego przez Sejm, urzędu rzeczniczki do spraw kobiet i równości + wprowadzenie do ordynacji wyborczej systemu parytetowego (50 proc. kandydatów i kandydatek) obowiązującego na listach wyborczych w wyborach wszystkich szczebli wraz z sankcją zabraniającą rejestracji listy, na której zasada ta nie jest przestrzegana, a także wprowadzenie zasady naprzemiennego umieszczania kobiet i mężczyzn na listach wyborczych. Konieczność wprowadzenia parytetu argumentuje się m.in. tym, że wprowadzono go w kilku krajach Europy (np. we Francji, w Szwecji, Norwegii, Islandii i Hiszpanii). Slogan "demokracja bez kobiet to pół demokracji" brzmi fantastycznie. W tym kontekście Polska jest zacofana prawie tak samo jak Stany Zjednoczone, gdzie idea parytetu nie ma racji bytu. W USA nie ma nawet Partii Kobiet. [srodtytul]Kto na tym skorzysta [/srodtytul] Kobiety są znudzone żelaznymi tematami feministek: aborcja, przemoc, in vitro, prawa homoseksualistów do związków partnerskich. Retoryka wojny staje się passé, na fali jest miłość do kobiet. Magdalena Środa, Agnieszka Graff i inne feministki starają się przekonać Polki, że szanują wszystkich bez wyjątku, no – oprócz fundamentalistów, antysemitów, ksenofobów, nacjonalistów i innych groźnych dla świata mężczyzn. Wystarczy jednak wyjść poza ogólniki i przyjrzeć się bliżej ich wypowiedziom, a konstrukcja zaczyna się chwiać. Pierwsze zobaczyły to działaczki feministycznych organizacji pozarządowych. Oburzyły się, że Magdalena Środa jako pełnomocnik ds. równego statusu kobiet i mężczyzn w rządzie Marka Belki przyznała 55 tys. zł Instytutowi Spraw Publicznych z Warszawy na zorganizowanie pamiętnej konferencji "Czas na kobiety". Za taką kwotę można wesprzeć wiele lokalnych projektów. Dziś na stronie Kongresu czytamy: "Biuro Kongresu będzie czynić starania o powołanie Funduszu Wyborczego dla kobiet "Czas na kobiety", którego celem będzie wszechstronne wspieranie kobiet startujących w wyborach europejskich, krajowych i samorządowych. By ponosić odpowiedzialność za to, co dzieje się w Polsce, musimy mieć władzę, musimy mieć parytety!!!". Kto musi i kto na tym skorzysta? [i]Autorka jest socjologiem i pedagogiem, członkiem Centrum Kultury i Dialogu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL