Muzyka

Moją jedyną religią jest tolerancja

Moby spopularyzował muzykę elektroniczną, łącząc ją z soulowym śpiewem i gitarami
EMI
Jutro rusza Open’er. Gwiazdą będzie Moby, kontrowersyjny outsider muzyki pop
Wydana właśnie płyta „Wait for Me”, dziesiąta w dorobku Moby’ego, zaczyna się smutno, jak za najlepszych czasów, gdy w rozdzierających kompozycjach pytał: „Dlaczego moje serce tak cierpi?”, i sprzedawał miliony albumów. Teraz znów zanurza się w melancholii, a jednocześnie pociesza delikatnym śpiewem, łagodzi troski, zacierając granice między naturalnymi a komputerowymi dźwiękami. Wraca też do swych najwspanialszych pomysłów: elektronicznego soulu oraz piosenek granych jak dance, a brzmiących jak rock.
Dzięki nim stał się gwiazdą wielkiego formatu, pozostał jednak wstydliwym outsiderem. Jest muzykiem na wskroś popowym, a jednocześnie alternatywnym. To intrygująca i pełna sprzeczności postać. Można powiedzieć, że dzięki ogolonemu na łyso brzydalowi muzyka elektroniczna zyskała twarz. Do początku lat 90. była tworem anonimowych didżejów, ale w 1992 r. utwór Moby’ego „Go” stał się przebojem list pop, a on sam nagle zyskał sławę. Ani wtedy, ani później nic sobie nie robił z oczekiwań rynku i publiczności – nagrywał, co chciał: ciężką elektronikę, gitarowy rock, senne bal-
lady. Były albumy takie jak „Play”, które dały mu gigantyczną popularność, i takie jak „Animal Rights”, które mało kogo obchodziły. W historii muzyki zapiszą się oryginalne połączenia: garażowa, punkowa energia zaklęta w mocnych bitach, syntezatory roztrzaskiwane na scenie jak gitary w Woodstock i archiwalne blue- sowe sample wplecione w zmysłowe kompozycje. Moby przyciągnie w Gdyni tłumy nie tylko muzyką, to nietuzinkowy idol przełomu wieków – zdeklarowany obrońca praw zwierząt, milioner mieszkający w tym samym nowojorskim mieszkaniu od dekady – bez pralki, za to z ulubioną knajpą za rogiem. Jest zaprzeczeniem kreowanych popwydmuszek. Nikt go nie wymyślił, on sam często nie wie, co myśleć – zmienia zdanie, przeczy sobie, przyznaje się do błędów. Jeszcze w latach 90. był radykalnym chrześcijaninem, żył w celibacie, stronił od alkoholu i mięsa. Po latach mówił: – Ortodoksja jest dobra na papierze, w realnym życiu – nie ma sensu. Dzięki kategorycznym opiniom czułem się lepszy, ale zdałem sobie sprawę, że nie ratuję świata, tylko zatruwam ludziom życie i psuję im kolację gadaniem o weganizmie. Wiara w Boga i studia nad Biblią zapewniały mu bezpieczny świat rządzony klarownymi zasadami, a różnego rodzaju ideologie dały poczucie przynależności do wspólnoty. W ten sposób dorastający w poczuciu lęku i wykluczenia Moby zyskiwał spokój. Wychował się w zamożnym Connecticut – poza nim tylko kilkoro dzieci w okolicy nie żyło w dostatku. On mieszkał z matką w hipisowskiej komunie, utrzymywali się z zapomogi. Czuł się samotny, brzydki, nielubiany. – Czyli miałem całkiem przeciętną młodość – mawia. Niezupełnie. Ojca nie pamięta – zginął w wypadku samochodowym, gdy Moby miał dwa lata. Dopiero później muzyk dowiedział się, że to było samobójstwo. – Nie byłem tego świadomy, ale brak ojca odebrał mi poczucie bezpieczeństwa – mówił „Guardianowi” i tym tłumaczył młodzieńczą bojowość. Po radykalnej abstynencji nastał czas hedonistycznego maratonu: seks z obcymi i narkotyki. – Przestałem, kiedy wyobraziłem sobie, że skończę jak ludzie kiwający się w kącie i mamroczący coś pod nosem. Do dziś ma na karku wytatuowany krzyż, ale do kościoła nie chodzi. Teraz jego jedyną religią jest tolerancja. – Jestem miękkim, nieszkodliwym hipokrytą – żartuje. Także z tego, że kiedyś odmawiał jazdy samochodami, a dziś lubi latać biznes klasą. Gwiazdą popu został dzięki komercyjnemu zabiegowi: trafnie wyczuł, że w połowie lat 90. MTV i radia nie były już najlepszymi promotorami muzyki – utwory z płyty „Play” sprzedał do reklam. I nagle wszędzie go było pełno: w windach, hotelach i sklepach. Zarobił fortunę, której nie wydaje (odnosi butelki do skupu, a produkcja jego płyty kosztuje 100 tys. złotych, gdy u innych gwiazd cena sięga kilku milionów). Docenia jednak finansową swobodę: – Nie myślę o pieniądzach, mogę być z ludźmi, niczego od nich nie oczekując. Jedyne, czego chcę, to zawsze zajmować się muzyką. [ramka][b]Festiwal dłuższy, lepszy i ciekawszy niż poprzednie[/b] Moby, Faith No More, Kings of Leon i Duffy – będą lokomotywami tegorocznego Open’er Festival, który zaczyna się jutro i potrwa aż cztery dni. Największy polski festiwal muzyczny jest też jedną z wiodących europejskich imprez. Na sześciu scenach wystąpi armia muzyków, wśród których trudno wytypować najważniejszych. Na Open’erze wszystko jest możliwe – zdarza się, że koncerty na scenie w namiocie przerastają popisy sław na scenie głównej. Już w czwartek duża atrakcja dla amatorów gitarowego indie rocka z Wysp – wystąpią Arctic Monkeys, gwiazdy ery You Tube, które sławę zawdzięczają Internetowi. W piątek grają The Kooks, a w niedzielę – jedna z największych rockowych sensacji ostatnich lat, Amerykanie z Kings of Leon. Wystąpią także punkowi Gossip i barwni The Ting Tings. Jednak rolls royce’em mocnych brzmień będzie występ grupy Faith No More. W popie prym wiodą dziewczyny: Duffy i Lily Allen, w muzyce klubowej, poza Mobym, sporą atrakcją może się okazać wizyta Prodigy i francuskiej grupy M83 oraz powrót housowego duetu Basement Jaxx, który niezawodnie wprowadza tłum w taneczny szał. Nie ma w tym roku dużej hiphopowej gwiazdy, ale tę nieobecność wynagrodzi Q-Tip, raper, współtwórca zespołów A Tribe Called Quest i Lucy Pearl. [i]pw[/i][/ramka] [i]Moby, wait for me, EMI Music 2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL