fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Tajne akta na ulicy

Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
W tajnych dokumentach zgubionych ostatnio przez urzędników brytyjskich, amerykańskich, duńskich i czeskich można było znaleźć wszystko – od zeznań podatkowych obywateli po szczegóły romansów ważnych osobistości.
Niedawno do grona pechowców dołączyła minister ds. bogactw naturalnych Kanady. Kilka dni temu Linda Raitt udała się – w celu udzielenia wywiadu – do studia telewizji CTV w Ottawie. Miała mówić o czasowym zamknięciu reaktora nuklearnego w Chalk River, które spowodowało brak izotopów wykorzystywanych w onkologii. By móc skuteczniej odeprzeć atak opozycji, pani Raitt zabrała ze sobą tajne dokumenty, zawierające między innymi informacje o tym, ile rząd inwestuje w reaktory nuklearne. Po czym zostawiła papiery w studiu, gdzie przeleżały równo tydzień. Gdy dziennikarze się zorientowali, co zawierają, wybuchł polityczny skandal.
Rzeczniczka prasowa pani minister już straciła pracę. Premier nie przyjął jednak dymisji Lindy Raitt. Stephen Harper uznał, że to nie ona, tylko jej pracownicy są odpowiedzialni za poufne dokumenty resortu. – Pani minister słusznie oczekiwała, że jej ludzie będą w stanie upilnować tych parę papierków – argumentował Harper. W Kanadzie to nie pierwszy tego rodzaju skandal. W 2008 roku tajne dokumenty zgubił ówczesny szef MSZ Maxime Bernier. Zostawił je w domu narzeczonej. Został zdymisjonowany.
[srodtytul]Norma na Wyspach[/srodtytul]
Prym wiodą jednak Brytyjczycy. – Już tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nikt nie zwraca na to uwagi. Również ja, gdy kolejny raz słyszę, że ktoś zostawił gdzieś ważne papiery, myślę po prostu: „Znowu” – mówi „Rz” Alex Kelleher, brytyjski ekspert w sprawach ochrony danych w firmie Cognitive Match.
Co gubili brytyjscy urzędnicy? Ostatnio – z czego śmiały się media nie tylko w Wielkiej Brytanii – dokładną instrukcję, jak malować i pudrować premiera Gordona Browna. Była w niej między innymi mowa o tym, jak używać samoopalacza.
Ale były też o wiele poważniejsze historie. W 2007 roku urząd podatkowy zgubił płyty CD z poufnymi danymi 25 milionów obywateli (były tam nawet informacje o kontach bankowych). Potem doszły dyski z danymi około 350 osób, które zeznawały w procesach i były objęte programem ochrony świadków. Zaginęły też dane ponad 80 tysięcy więźniów. Szczytem niefrasobliwości było pozostawienie w pociągu dokumentów o szczegółach brytyjskiej polityki wobec al Kaidy i walki z terroryzmem. Ktoś znalazł kiedyś przed pubem pendrive z nazwiskami i tajnymi hasłami urzędników Ministerstwa Pracy.
– Rzeczywiście, chyba jesteśmy pod tym względem najgorsi – przyznaje Kelleher. Brytyjczycy pozwolili nawet, by w niepowołane ręce trafiły tajne dane dotyczące oficerów RAF – między innymi informacje o ich stanie zdrowia i pozamałżeńskich związkach.
Czy nikt nie boi się, że ktoś zrobi z nich użytek? – Nikt by tego nie chciał. Ale skoro na razie nic takiego się nie stało, więc i niepokój jest mniejszy – przyznaje Kelleher.
[srodtytul]Polska policja też zgubiła dane[/srodtytul]
Wpadki zdarzają się wszędzie. W kwietniu Czesi zgubili dane dotyczące około 200 uczestników szczytu UE – USA. Tajne dokumenty o przesłuchaniach świadków zawieruszyła zachodniopomorska policja. Na zagubionej płycie, która dotarła do Radia RMF FM, było między innymi około 400 zdjęć osób podejrzanych i oskarżonych.
W 2006 roku w ciągu zaledwie tygodnia duńscy urzędnicy dwa razy gubili dokumenty zawierające poufne informacje. Najpierw pracownik wywiadu zgubił na ulicy szczegółowy plan akcji antyterrorystycznej, przeprowadzonej tydzień wcześniej w Odense. Dokument zawierał imiona i nazwiska, adresy i numery telefonów pracowników służb specjalnych oraz osobiste dane jednego z dziewięciu aresztowanych terrorystów. Przypadkowy przechodzień znalazł plan i zaniósł go do telewizji. Kilka dni później pracownik laboratorium w Kopenhadze zgubił na ulicy dokument zawierający szczegółowe informacje o chemikaliach, znalezionych podczas rewizji mieszkań aresztowanych. Raport trafił do jednej z bulwarówek.
[srodtytul]Prosto do gazety[/srodtytul]
Taki finał ma większość spraw. W Londynie taksówkarz, który znalazł dokument o pudrowaniu premiera, natychmiast zawiózł go do bulwarówki „The Sun”. Zdarza się jednak również, że urzędnicy celowo przekazują tajne informacje dziennikarzom. W grudniu 2007 roku francuska policja aresztowała dziennikarza gazety „Le Monde” Guillaume’a Dasquie i przekazała go służbom specjalnym, które przesłuchiwały go ponad 40 godzin. Kilka miesięcy wcześniej napisał artykuł, w którym twierdził, że francuski kontrwywiad wiedział przed wrześniem 2001 roku o planach zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku i poinformował o tym tajne służby USA. Dasquie oparł się na liczącym 328 stron tajnym raporcie Dyrekcji Generalnej Nadzoru Zewnętrznego (DGSE). Oficerowie służb próbowali zmusić dziennikarza do ujawnienia źródła informacji. Odmówił. Potem się okazało, że dokumenty przekazał mu były wicedyrektor DGSE Philippe Hayez. Podczas przeszukania mieszkania Hayeza znaleziono dziesiątki kartonów zawierających tajemnice państwowe. Został skazany za „nielegalne posiadanie poufnych dokumentów rządowych”.
[srodtytul]Rutyna i lenistwo[/srodtytul]
– To ludzka rzecz coś zgubić i nikt urzędników za to nie wini. Może są zbyt leniwi? Może popadają w rutynę, dlatego są mniej ostrożni i sprawiają wrażenie nieodpowiedzialnych – mówi Kelleher. Jego zdaniem gorsze jest to, że dokumenty są przechowywane w niewłaściwy sposób.
– Komputer nie ma hasła lub ma bardzo proste, co nie stanowi problemu dla hakera. Ktoś gubi laptop, a ktoś inny nie ma żadnego problemu z odczytaniem danych. Tak nie powinno być. Potrzebne są solidne zabezpieczenia. Choćby skan odcisków palców czy tęczówki oka. Tak samo, jak szkolenia dla urzędników, które uświadomią im, jak bezpiecznie przechowywać dane – mówi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA