Lokaty i inwestycje

Produkty z najwyższej półki

Olgierd Bagniewski, szef Zespołu Analityków ESI GmbH z Hamburga
Fotorzepa, Piotr Cegłowski PC Piotr Cegłowski
W okresie kryzysu można paradoksalnie zarobić i to sporo - mówi Olgierd Bagniewski, szef Zespołu Analityków ESI GmbH z Hamburga
[b]Rz: Pod koniec czerwca ubiegłego roku cena baryłki ropy wynosiła prawie 150 dolarów. Prasa cytowała wtedy dyskusje ekspertów, czy do końca roku dojdzie do 180, 200 czy 250 dolarów. Tymczasem pan w komentarzu dla radiowej Trójki 30 czerwca zapowiedział gwałtowny spadek cen ropy. Czy ma pan szklaną kulę, w której widzi przyszłość?[/b]
Olgierd Bagniewski: Oczywiście, że nie. Ludzie chętnie ekstrapolują trendy, a te przecież zmieniają się. Ludzki umysł jest tak skonstruowany, że im trend jest wyraźniejszy, tym mocniej oczekujemy jego pogłębiania. Powoduje to, że ceny i kursy odchylają się od uzasadnionych gospodarczo. Najsilniej wówczas, gdy już panuje pełna zgoda, że trend będzie dalej podążał w dotychczasowym kierunku, gdyż wtedy wszyscy lub prawie wszyscy uczestnicy rynku spekulują w ten sam sposób. Wtedy trend się odwraca. Dlatego aby zarabiać, trzeba się kierować wyłącznie własnymi analizami, a nie wypowiedziami medialnymi. [b]Reprezentuje pan instytut doradzający najbogatszym firmom i prywatnym inwestorom. Jak wykonuje się dla nich analizy?[/b]
Różnie, w zależności od tego, czy jesteśmy w środku cyklu, czy w obszarach jego ekstremum. Aby to stwierdzić, dobrze jest spojrzeć nie tylko na aktualną sytuację czy wykres kursów, ale i na to, jak ta sytuacja czy cena wygląda na tle 40 – 50-letniego okresu. Wtedy łatwo jest określić, w jakiej fazie jesteśmy. A kto w Polsce bada wykresy sześćdziesięcioletnie? Wiedząc już to i zwracając szczególną uwagę na inne elementy, przeprowadza się wielostopniową analizę, zaczynając od analizy makroekonomicznej w skali globalnej, regionalnej i krajowej, której towarzyszą studia typu politologicznego, instytucjonalnego, a nawet kulturowego. Po niej następuje analiza sektorowa z uwzględnieniem oceny sektorów odbiorców i dostawców. I znowu: kto podejmuje się takiego wysiłku? Dużo łatwiej przeczytać trzy – pięć artykułów i mieć wrażenie, że się już wszystko wie. [b]Czy to koniec?[/b] Oczywiście nie. W przypadku rynku akcji dopiero na tej podstawie można podjąć badania spółki i jej pozycji konkurencyjnej, ewentualnej przewagi technologicznej, stopnia lojalności klientów itd. Dopiero w następnym kroku zasadne jest badanie sytuacji finansowej spółki, a na końcu – wycena akcji. Jak pan widzi, jest to żmudna praca, wymagająca kompetencji. Nie dla jednej osoby, lecz całego zespołu. Cały ten proces nie jest tani, lecz się opłaca. [b]Ale takie analizy są robione jedynie dla dużych inwestorów.[/b] Niestety to prawda. W gospodarce rynkowej najlepsze produkty są na ogół najdroższe. [b]Czym produkty takie różnią się od standardowych, a nawet od tych przygotowywanych dla klientów private bankingu?[/b] Te z najwyższej półki są szyte na miarę, czyli dopasowywane do potrzeb konkretnego klienta, jego możliwości finansowych, cash flow, profilu ryzyka. Produkty te minimalizują ryzyko ponoszone przez inwestora, często przerzucają je na innych uczestników rynku. Wykorzystują cudzy, stosunkowo tanio pozyskiwany kapitał. Prowadzi to do osiągania zysków znacznie przekraczających średnie dochody na rynku i to nie tylko w krótkim czasie, ale nawet w horyzoncie kilkunastu lat. Przy wyborze zarządcy szczególnie ważne jest zwracanie uwagi na uzyskiwane przez niego dochody w okresie bessy czy kryzysu. [b]Niektórzy zarządcy chwalą się, że w okresie kryzysu stracili mniej niż inni. Czy to wystarczy?[/b] Nie. W okresie kryzysu można – paradoksalnie nie jest to aż tak trudne – zarobić i to sporo. Zachowaniami rządzi wówczas strach i panika. Rezultaty tego łatwo jest przewidzieć. Ruch w dół odbywa się bardzo szybko. Wykorzystując opcje i kontrakty terminowe, można osiągać wielkie zyski. Potrzebne są jednak dobre analizy, niezależne antyschematyczne myślenie i rozumienie współzależności w skali globu, a nie tylko jednego rynku. [b]Łatwiej jest inwestować na jednym rynku czy na wielu?[/b] Inwestując na jednym, bardzo trudno jest względnie stale osiągać zyski. Jest się skazanym na podążanie za dynamiką tego rynku. A są takie, które zamierają na miesiące, a nawet lata i nic się wówczas nie da zarobić. Poza tym żaden rynek nie jest w pełni niezależny. Zachowując przez długi czas względną autonomię, może pod wpływem zewnętrznego bodźca gwałtownie się zmienić. Odnoszę wrażenie, że w Polsce nie docenia się znaczenia bodźców płynących z zagranicy, związanych z tym zagrożeń i możliwości. Na przykład zmiana przepisów w Kanadzie, prowadząca do ograniczenia eksportu siarki, spowodowała, że jej cena skoczyła z około 60 do blisko 3000 dolarów w szczycie. Polska ma ogromne zasoby siarki. Chiny wchłoną praktycznie każdą jej ilość. Jednak nie słyszałem, by okazję tę wykorzystano. Inny przykład z rynku akcji. Większość inwestorów rozumie znaczenie napływu kapitału na warszawski parkiet, ale zaskoczona była kryzysem i wycofywaniem kapitału z Warszawy. A jak sądzę, prawie nikt nie wie, że od początku roku najwięcej wzrosły indeksy akcji w Zimbabwe (o 230 proc.), i to liczone w dolarach, oraz w Peru (73 proc.). Dla porównania w Polsce w tym czasie zwiększyły się o ok. 10 proc., a indeks niemieckich akcji DAX w zasadzie się nie zmienił. Oczywiście, nikogo nie namawiam do znacznych inwestycji w Zimbabwe czy innych egzotycznych krajach. Ale gdy ma się dodatkową wiedzę, można w ramach dywersyfikacji inwestować też na rynkach wschodzących i to z sukcesem. Od marca w biuletynie instytutu East Stock Trends uruchomiliśmy dział o nazwie: Inwestycje na niepewne czasy. Sugerowaliśmy zakup akcji na tych rynkach. Portfel konserwatywny przyniósł 74 proc. zysku, a spekulacyjny 99 proc. (do ubiegłego piątku, czyli w ciągu średnio sześciu tygodni). Oczywiście, tak dobre wyniki to również efekt wielkiej dynamiki na tych rynkach. Utrzyma się ona jeszcze, jak sądzę, przez rok. [b]Ile zarabiają firmy, które zarządzają takimi portfelami?[/b] Zarobek doradcy stanowi określony procent zysku. Jest to główna zasada w relacjach inwestor – doradca. Chciałbym podkreślić, że w tej dziedzinie powinien obowiązywać zespół reguł na kształt dekalogu. [b]Proszę wymienić te zasady.[/b] Jak już wspomniałem, dochody zespołu zarządzającego muszą być ściśle związane z dochodami właścicieli kapitału, tak aby nie powstawał konflikt interesów. Drugi priorytet to strategia ochrony kapitału i zwiększania agresywności proporcjonalnie do osiąganych zysków. Trzecia reguła dotyczy zdyscyplinowanego, wielostopniowego doboru dóbr inwestycyjnych na podstawie własnej analizy, nigdy porady mediów. Czwarta przewiduje powiększanie lub zmniejszanie inwestowanych środków, proporcjonalnie do stopnia przewidywalności zmian. Piąta zasada dotyczy dywersyfikacji branżowej, również pod względem horyzontu czasowego i metod przewidywania cen. Szósta to zdyscyplinowane stosowanie metody cash management, w tym akceptacja małych strat oraz trzymanie się zasady, że oczekiwany zysk musi być większy od trzech akceptowanych strat. Siódma obejmuje strategię best-of (największe wagi przypisujemy do opcji, których ceny wzrosły najbardziej), gdy jest to uzasadnione. Ósma dotyczy stosowania asset allocation strategy, czyli przesuwania środków między zarządzającymi, biorąc pod uwagę oczekiwaną dynamikę na poszczególnych rynkach, a nie dotychczasowe wyniki zarządców, co gwarantuje znacznie wyższe wzrosty. Dziewiąta reguła, o której nie wolno zapominać: portfel inwestycyjny powinien być zdeponowany w banku o wysokim rattingu, najlepiej z pełną gwarancją państwową. Dziesiąta, sformułowana z przymrużeniem oka, brzmi: zabiegajmy o przychylność niebios. [b]Jest pan zwolennikiem produktów strukturyzowanych. Jak zadbać o bezpieczeństwo takich inwestycji?[/b] Po pierwsze, trzeba je samemu budować, czyli samemu kupić zarówno obligacje, jak i opcje. Kupując cały pakiet, narażamy się na znacznie większe ryzyko. Emitent takiego pakietu jest bowiem zainteresowany, byśmy nie osiągnęli zysków większych od zagwarantowanych. W praktyce oznacza to, że nie zarobimy nic. Chyba że potrafimy lepiej od emitenta (na ogół wielkiego banku) przewidzieć zmiany notowań. Dodatkowo przy konstrukcji trzeba pamiętać o prostych zasadach. Chcąc zwiększyć prawdopodobieństwo zysków, inwestujemy większość środków w obligacje (gwarantujemy w ten sposób zwrot kapitału), a resztę w koszyk kilku lub kilkunastu opcji. Dzięki temu zapewniamy zwrot wyłożonych pieniędzy, ale również możemy się spodziewać zysku na bardzo atrakcyjnym poziomie. Im więcej opcji na różne dobra (wzajemnie nieskorelowane) w portfelu inwestora, tym inwestycja jest bezpieczniejsza, ale też tym mniejszy potencjalny zysk. Słowem, jeśli stawiamy na jednego konia w wyścigach, to potencjalna wygrana jest bardzo duża, ale ryzyko przegranej równie wielkie. [b]Od wielu lat specjalizuje się pan w problematyce rynków wschodzących, do których zaliczana jest także Polska. Co radziłby pan naszym inwestorom?[/b] Przypomnę, że trzecia reguła z mojego dekalogu inwestora dotyczy tego, by nie wierzyć poradom zaczerpniętym z mediów. Swoim klientom, niezależnie od tego, w jakim kraju działają, powtarzam: w trakcie kryzysu należy zarabiać na spadkach, wykorzystując instrumenty pochodne: opcje i kontrakty terminowe. Kupować, ale tylko z nastawieniem krótkoterminowym, można zacząć przy bardzo silnej linii podparcia (gdy kursy spadną i dalszy ich spadek zostanie okresowo zahamowany). Inwestycje średnio i długofalowe warto rozpocząć, gdy widać dno i zaczyna się wyraźna tendencja. To pierwsze. A drugie: trzeba wybierać zarządców kierujących się podanym wyżej dekalogiem i działających globalnie. rozmawiał Piotr Cegłowski
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL