Teatr

Zamkowy dziedziniec inspiruje

Fotorzepa, Juliusz Multarzyński JM Juliusz Multarzyński
Rozmowa z Warcisławem Kuncem, dyrektorem naczelnym Opery na Zamku w Szczecinie
[b]Rz: Proszę przyznać się, to pan wymyśla wszystkie letnie atrakcje w szczecińskiej Operze[/b]
[b]Warcisław Kunc:[/b] – Tak, choć przed laty sporadycznie także podejmowano takie próby. Pierwszym naszym operowym spektaklem na dziedzińcu była „Carmen” w 1993 roku i bardzo się podobała. Tak więc Szczecin jako pierwsze z polskich miast wpadł na pomysł organizowania letnich przedstawień plenerowych. Rok później wystawiliśmy „Trubadura”, były też „Tosca”, „Straszny dwór”, „Nabucco”, prezentowaliśmy operetki. Problemem są jednak pieniądze, ciągle zmagamy się z ich brakiem. Obok turnieju tenorów chciałem na przykład zorganizować plenerowy turniej basów, ale rzeczywistość zmusiła do weryfikacji zamierzeń i odbył się on w wersji skromniejszej, w sali Opery. [b]Dziedziniec Zamku Książąt Pomorskich to idealne miejsce na duży letni festiwal nie tylko z przedstawieniami operowymi.[/b]
Oczywiście, można tu rozlokować dwa tysiące widzów. Na dodatek to miejsce ma całkiem dobrą akustykę, kiedy wystawialiśmy „Trubadura”, nie potrzebowaliśmy specjalnego nagłośnienia. Dobre, mocne głosy brzmią tu dobrze. Szczecin ma też amfiteatr, ale jakoś nie potrafię odkryć jego uroku, choć jest ładny i pięknie położony. Mnie jednak nie inspiruje. A wystarczy wejść na nasz dziedziniec i pomysły same przychodzą do głowy. [b]Nie ma pan jednak kłopotu ze sprzedażą tylu biletów na każde przedstawienie czy koncert?[/b] Dziś na pewno nie, choć jestem ogromnie ciekaw, jak zostanie przyjęta tegoroczna „Lunatyczka” Belliniego, bo to propozycja bardziej wysublimowana. Dzieło Belliniego nie należy do sprawdzonych operowych hitów, na które każdy chętnie się wybierze. Chcę potem „Lunatyczkę” przenieść na naszą normalną scenę, ma ją wówczas reżyserować Martin Otava. Sądzę, że zagramy ją w sezonie sześć, osiem razy. Ta opera wymaga jednak mistrzowskiej obsady, bez niej nie ma sensu po nią sięgać. [b]Czy letnie imprezy robi pan dla stałych widzów czy raczej dla wakacyjnych gości?[/b] Dla jednych i drugich. Nasz turniej tenorów jest już tak znany, że sporo ludzi przyjeżdża specjalnie do Szczecina na ten wieczór, z roku na rok jest ich więcej. Gościmy też sporo Niemców, granica naprawdę przestała istnieć, musimy tylko dotrzeć z naszą ofertą do nich, a są to widzowie chętni, otwarci, wręcz spragnieni kultury. Na dodatek u nas bilet jest znacznie tańszy niż na spektakl czy koncert w Berlinie. Muszę też przyznać, że sami coraz bardziej wierzymy w siebie i w naszą publiczność, oferujemy więc rzeczy bardziej wysublimowane. Odwiecznym problemem organizacji letnich imprez jest oczywiście pogoda. Marzy mi się, żeby dziedziniec Zamku Książąt Pomorskich ozdobić szklanym dachem, jak w paryskim Luwrze. Zgłosiłem nawet ten pomysł jednemu z poprzednich marszałków województwa, ale on się przeraził rozmachem tego projektu. [b]Podobno jednak Operę na Zamku czeka remont.[/b] Za rok. Bardzo chciałbym, by podczas remontu dziedziniec został zamieniony na salę koncertową, ale nie wiem, czy będzie to możliwe. W lipcu ma zostać ogłoszony konkurs architektoniczny na zagospodarowanie wyznaczonej przestrzeni. Jestem ciekaw, co projektanci zaproponują, a nie będą mieli łatwego zadania, przecież cały obiekt jest pod opieką konserwatora zabytków. Mamy już jednak zgodę na powiększenie zaplecza sceny, oprócz tego dokonamy zmian akustycznych, będzie inna widownia, foyer, magazyn dekoracji. Ten teatr musi stać się bardziej funkcjonalny. Remont zamierzamy realizować etapami, pierwszy potrwa około dwóch lat, wszystko zależeć będzie od tego, jakimi będziemy dysponować pieniędzmi. [b]Teatr szczeciński od lat ma najmniejszą dotację ze wszystkich oper w Polsce.[/b] Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Na szczęście odnoszę wrażenie, że obecny zarząd województwa coraz wyraźniej dostrzega potrzebę zdrowszego finansowania opery. W przyszłym roku nasz budżet ma być o półtora miliona złotych większy. [b]Można tylko powiedzieć: nareszcie. Może jednak władze doceniły, że staracie się uatrakcyjnić letni sezon w Szczecinie.[/b] Tak, turniej tenorów mocno wpisał się w życie kulturalne miasta, jest wręcz wyczekiwany. Inne imprezy mniej, ale odczuwam, że Szczecin coraz bardziej docenia kulturę markową, bo ona nobilituje, daje poczucie wspólnej tożsamości, którą tu ciągle trzeba budować. Z optymizmem myślę więc o przyszłości, choć finanse niezmiennie pozostają naszym największym zmartwieniem. [b]Sponsorzy nie pomagają?[/b] Sponsoring jest bardzo ograniczony. Miasto przeżywa problemy ze stocznią, województwo ma jeden z najwyższych w kraju wskaźników bezrobocia. Na dodatek główne firmy działające w Szczecinie swe centrale przeniosły do Warszawy, mało zatem jest tych, którzy mogą nam coś dać. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni każdemu, kto chce nam pomóc, przy czym wsparcie sumą przekraczającą 10 tys. złotych jest już prawdziwym rarytasem. [b]Dzięki letnim atrakcjom macie potem więcej widzów sezonie?[/b] Atrakcyjny tytuł zawsze dobrze się sprzedaje. Na spektakle „Pięknej Heleny” Offenbacha bilety są wyprzedane od półtora miesiąca, mimo że premiera dopiero odbędzie się 6 czerwca. Jeden z letnich koncertów nazwaliśmy „Włoska noc” i taki tytuł ludzi przyciąga, mimo że na razie nie ujawniamy szczegółów, co za nim się kryje. Ale na przykład „Kawaler srebrnej róży” Richarda Straussa początkowo został przyjęty z oporami, jednak ostatnie cztery spektakle zagraliśmy przy pełnej widowni. Publiczność zaakceptowała więc tę propozycję. [b]Można powiedzieć, że widz ma do was zaufanie.[/b] Wierzę w to. Nasza polityka od dłuższego czasu polega jednak na tym, by hasło „opera” stało się przyjazne dla wszystkich. Wymaga to żmudnego procesu edukacyjnego, jest on niezbędny zwłaszcza w naszych czasach. Prowadzę zajęcia na akademii muzycznej i z przykrością stwierdzam, że najmłodsze roczniki studentów mają problemy z rozpoznaniem arii Jotka „Szumią jodły” z „Halki”. Takie są skutki nieobecności wychowania muzycznego w szkołach ogólnokształcących i znikomej działalności edukacyjnej mediów. Sami więc musimy się tym zająć. [b]Dlatego zdecydował się pan nagrać na płyty wszystkie opery Moniuszki? Pierwszy album zdobył już nagrodę we Francji.[/b] Na przełomie czerwca i lipca robimy kolejne nagranie, tym razem dwóch jednoaktówek Moniuszki: „Verbum nobile” oraz „Flisa”. Myślę, że tę pracę skończymy we wrześniu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL