fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Niedokończone dzieło autora „Archipelagu GUŁag”

Aleksander Sołżenicyn
AFP
Polskiej edycji doczekała się powieść "Kochaj rewolucję!" Aleksandra Sołżenicyna pisana w latach 40.
Pracy nad „Kochaj rewolucję”– bo taki tytuł miała nosić – zaprzestał Sołżenicyn w 1953 r., gdy skierowano go na „wieczne osiedlenie” w Kazachstanie.
„Wieczność” trwała trzy lata, po czym przyszły noblista (z 1970 r.) otrzymał zezwolenie na powrót do europejskiej części ZSRR, konkretnie do Riazania. Zajął się wówczas intensywnie pracą literacką, przygotowując m.in. „Krąg pierwszy” i „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, którego publikacja w 1962 r. stała się sensacją na miarę światową.
Pisania „Kochaj rewolucję” zaniechał, ograniczając się w 1958 r. do rewizji tekstu przechowanego przez pracującą z nim w Marfino A. Isajewą. Ale zaplanował akcję powieści aż do jej przewidywanego końca, którym miały być walki Frontu Briańskiego, bitwa orłowska i w jej efekcie wzięcie Orła przez Sowietów, przełomowy moment wojny, od której to chwili Armia Czerwona, dążąc na zachód, zaczęła odzyskiwać stracone wcześniej tereny.
Ale taki miał być dopiero finał „Kochaj rewolucję”. 170 początkowych stron powieści pokazuje czas zupełnie inny, klęskę wojsk sowieckich, oddawanie Niemcom kolejnych miast, narastającą w społeczeństwie niewiarę przeradzającą się z czasem w panikę, niekiedy w dezercję, bywało że i w zdradę.
Bohater powieści Sołżenicyna Gleb Nierżin do podobnego czynu byłby niezdolny. Zanim wybuchła wojna, był przekonany, że „żył w najlepszym z krajów, który miał już za sobą wszystkie kryzysy historyczne i został zorganizowany zgodnie z zasadami naukowymi oraz zasadami sprawiedliwości społecznej. To zwalniało umysł i sumienie Nierżina z konieczności bronienia nieszczęśliwych i uciśnionych, albowiem takich nie było”. Miał 23 lata, kończył jedne studia, zaczynał drugie i był przekonany, że wraz z całym swoim pokoleniem przyszedł na świat po to, „żeby przenieść rewolucję z jednej szóstej Ziemi na całą Ziemię”. Zachowywał jednak pewną niezależność sądów i względną czystość moralną, która odróżniała go od rówieśników „uważających donos do NKWD za czyn bohaterski”.
Do wojska garnął się, cóż jednak począć, skoro zdrowie miał nietęgie. Mobilizacja go objęła, ale zamiast służby w wymarzonej artylerii skierowany został na tyły, do taborów, gdzie zajmował się końmi, o którym to zajęciu nie miał pojęcia. Ale był uparty, a na piersi nosił gazetę z artykułem Erenburga „Nie pokonają Rosji”. Rosji, bo to słowo, jeszcze niedawno wyklęte, odmieniane było teraz przez wszystkie przypadki. I tę Rosję poznawał, przemieszczając się ze swoimi końmi, a później już bez nich między Rostowem a Stalingradem. Na własnej skórze przekonując się o patriotyzmie rosyjskiego chłopa, ale i Kozaka. I o ich zgodnej nienawiści do sowieckiego systemu.
Szkoda, że Sołżenicyn „odpuścił” sobie „Kochaj rewolucję”, bo jego późniejsze dzieła, bardziej historyczne i publicystyczne niż literackie, nie są czytane. W przeciwieństwie do „Jednego dnia Iwana Denisowicza”, „Zagrody Matriony”, „Zachara Kality” czy „Oddziału chorych na raka”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA