Teatr

Kochanka bin Ladena i żona premiera

„Produkt” miał prapremierę na festiwalu w Edynburgu (fot: Matias Horn)
Rzeczpospolita
Rewelacyjny „Produkt” Marka Ravenhilla i nierówną „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk łączy wątek miłości Europejki do islamskiego terrorysty
Wchodzimy do samolotu i widzimy, że na półce leży Koran oraz modlitewny dywanik, ich właściciel zaś – Arab o podejrzanie wysportowanej sylwetce, ma nóż w plecaku.
Minęło już osiem lat od ataku na World Trade Center, ale w podobnych sytuacjach horror ofiar bin Ladena odżywa w nas z całą mocą. Czujemy się następnymi ofiarami. Ten lęk od 2001 roku przeżywają każdego dnia miliony ludzi. Dla Marka Ravenhilla, znanego z „Shopping and Fucking”, stał się on punktem wyjścia dla – moim zdaniem – najważniejszej sztuki analizującej strach przed islamską świętą wojną. Wyjątkowość zabiegu autora polega na tym, że nie mówi o nim serio i wprost – tylko w konwencji morderczo zabawnej groteski. Ravenhill napisał monolog reżysera grafomana. Namawia on gwiazdę kina, by zagrała w filmie o kobiecie, której strach przed Arabem został pokonany przez pragnienie prawdziwej miłości, a i głód seksu. Bohaterka ma dość pracy w odmóżdżającej korporacji, wirtualnych emocji, bezpłciowej café latté i markowych ciuchów. Dlatego wprost z lotniska jedzie do modnego londyńskiego loftu kochać się z nieznajomym.
„Produkt” pokazuje z jednej strony europejskie lęki, a z drugiej fascynacje światem arabskim. Ravenhill zdaje się mówić: Europa jest jak moja bohaterka. Oddałaby się Arabom, bo nie wierzy w swoją przyszłość. Szybko jednak obnaża manowce takiego myślenia i pokazuje, jak musiałaby wyglądać islamska przyszłość bohaterki. W jej mieszkaniu pojawiają się terroryści, a w ślad za nimi – sam bin Laden. Planują zamachy. Bohaterka straciła narzeczonego w WTC, ale buziak Osamy oznacza przepustkę do świata, w którym nie odczuwa się pustki. Do raju. Bo musi przecież zginąć razem z ukochanym. Thomas Ostermeier, dyrektor berlińskiej Schaubühne, znakomicie poprowadził Jorga Hartmanna w roli Reżysera. Widownia dusi się ze śmiechu, gdy pokazuje, jak grać poszczególne sceny – przerysowane, kiczowate, melodramatyczne. Demonstruje sposób kadrowania i zbliżeń kamery. Markuje mrożącą krew w żyłach ilustrację muzyczną i jednocześnie efekty specjalne: walk wręcz, strzelaniny, szamotaniny w basenie. Majstersztykiem Hartmanna jest zamach na eurodisneyland i napad na Guantanamo. To aktor, który mógłby zastąpić wszystkie pracownie efektów specjalnych w Hollywood. Im jednak robi się śmiesznej na scenie, tym bardziej na widowni odczuwamy przerażenie bezradnością naszej cywilizacji. Coraz częściej jedyną odpowiedzią na rosnącą potęgę islamu jest kicz popkultury albo poprawność polityczna. Chciałoby się, żeby zamachy al Kaidy stały się zdezaktualizowanym newsem, który odżywa tylko w filmach akcji. Ale tak nie jest. „Szajba” z wrocławskiego Teatru Polskiego to farsa złożona z kilkunastu skeczy. Polska pokazana została przez pryzmat podmiejskiej szklarni, w której dożywotni premier demagog ma problem z wychędożeniem żony. Wykorzystuje to kujawski separatysta podszywający się pod islamskiego terrorystę. Jego egzotyka oraz ideowość stają się wabikiem dla przaśnej Polki, granej rewelacyjnie przez Kingę Preis. Znakomita jest scenografia Mirka Kaczmarka – aktorzy i widzowie zostali zamknięci w przestrzeni foliowego namiotu. Klata sprawnie wyreżyserował tekst o słabościach i absurdach współczesnej Polski. Jednak sztuka, na którą się zdecydował, to zwykły polityczny kabarecik.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL