Muzyka

Uwodzicielski krzyk bosej artystki

Polly Jean Harvey po kilkunastoletniej przerwie znów nagrała płytę z Johnem Parishem
Materiały Promocyjne
Polly Jean Harvey znów zaskakuje. Udowodniła to podczas berlińskiego koncertu promującego najnowszy album „A Woman a Man Walked By”.
Kolejną wizerunkową przemianę Brytyjki zawdzięczamy longplay’owi „A Woman a Man Walked By", który powstał w kolaboracji z producentem Johnem Parishem. Kiedy w 1996 roku wspólnie nagrali album „Dance Hall at Louise Point”, okrzyknięto ten duet artystycznym samobójstwem. Wokalistka tłumaczyła się potrzebą muzycznych eksperymentów, jednak szybko wróciła do działalności solowej. Tak było aż do stycznia 2006 roku, kiedy to znów weszła do studia z Parishem.
Efektem ich pracy jest krótki, 40-minutowy album „A Woman a Man Walked By”, obok którego – w sprzeczności z tytułem – trudno przejść obojętnie. Nie jest to muzyka łatwa i nawet wierni fani twórczości PJ Harvey przyjęli ją z rezerwą. Drapieżne, krzykliwe teksty, niemal całkowity brak melodii, brudne gitary kojarzące się z dokonaniami Mudhoney i innych grup, o których dziś pamięta się już tylko w Seattle – mieszankę tych elementów trudno nazwać przepisem na radiowy przebój. O tym, jak nowy materiał prezentuje się na żywo, można było się przekonać w czwartkowy wieczór w berlińskim Domu Kultury Astra. Harvey i Parish w towarzystwie trzyosobowego zespołu wykonali utwory z obu wspólnych płyt. W ubiegłym roku pojawiając się w długiej, białej wiktoriańskiej sukni, zaskoczyła publiczność w warszawskiej Sali Kongresowej.
Schowana za fortepianem, minimalistyczne utwory z płyty „White Chalk” przeplatała zabawnymi anegdotami. W Berlinie pojawiła się na scenie w prostej, czarnej sukience. – Wykonamy dla was utwory z obu płyt, które nagraliśmy razem z Johnem – zapowiedziała na początku, nie wdając się już później w dialog z publicznością. Pląsała się jedynie boso pomiędzy muzykami. Koncert zaczął się tak, jak najnowsza płyta – kawałkiem „Black Hearted Love”. To chyba jedyny utwór z tego wydawnictwa, który ma jakikolwiek potencjał singlowy. Na żywo zabrzmiał jak w studiu: brudno, kąśliwie, uwodzicielsko. Podobnie dalej: „16, 15, 14”, „Rope Bridge Crossing”. Koncert zbudowany był na zasadzie kontrastów. Z jednej strony kameralny „The Soldier”, odśpiewany przez Harvey przy cichym akompaniamencie ukelele Parisha, a z drugiej hałaśliwy, pełen wściekłości, wykrzyczany utwór tytułowy, którego tekst nie nadaje się do zacytowania. Bisy udowodniły, że w tym duecie to Polly Jean lepiej wychodzi śpiewanie. „False Fire” w wykonaniu Parisha był chyba najmniej udanym momentem wieczoru. Ostatnie słowo należało jednak do niej. „April” był taki, jak cały koncert: hipnotyzujący i urzekający. „Nie wiem, co oznacza cisza / Może znaczyć cokolwiek” – śpiewała Harvey. Ciszy obawiać się jednak nie musiała – pożegnała ją burza oklasków.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL