fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Krewki związkowiec z petardami

Karol Guzikiewicz pracuje w Stoczni od 30 lat, od 17 jest etatowym związkowcem (fot: Dariusz Lisowski)
Fotorzepa
Eliza Olczyk
Karol Guzikiewicz. Wiceszef „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej stał się ostatnio znany z powodu zamieszania wokół obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca. To frontman: pełno go w mediach. I ma temperament
Jerzy Borowczak, były szef „Solidarności” Stoczni Gdańskiej, mówi o nim: – Karol to taki człowiek, który najpierw mówi, potem myśli, a na koniec pyta: a co ja właściwie powiedziałem?
45-letni wiceprzewodniczący stoczniowej „S”, od 30 lat zatrudniony w stoczni, jest znanym w Gdańsku zadymiarzem. Nieobce mu palenie opon, rzucanie petardami czy oblewanie farbą gmachów publicznych. Maczał nawet palce w zdewastowaniu fasady i zamurowaniu wejścia do gdańskiej siedziby SdRP. Tak przynajmniej twierdzili działacze Socjaldemokracji, którzy chcieli wytoczyć Guzikiewiczowi proces o zniszczenie budynku. Wydaje się, że mieli rację: prasa, relacjonując zajścia przed siedzibą SdRP, opisywała, jak Guzikiewicz zerwał z budynku szyldy SLD i ZSMP, po czym rzucił je na płonące przed budynkiem opony.
[wyimek]Karol najpierw mówi, potem myśli, a na koniec pyta – a co ja właściwie powiedziałem? - Jerzy Borowczak były szef stoczniowej „S”[/wyimek]
Krewki związkowiec obrzucił też w 1997 r. wyzwiskami wojewodę Henryka Wojciechowskiego z SLD, który oprowadzał po stoczni króla Norwegii, bo nie podobało się mu, że SLD-owiec rządzi się w stoczni jak u siebie. A w ubiegłym roku pod domem premiera Donalda Tuska urządził regularną demonstrację z krzykami i petardami. Nic dziwnego więc, że szef rządu, słysząc o planowanej demonstracji stoczniowców, postanowił przenieść obchody 20. rocznicy pierwszych wyborów w wolnej Polsce do Krakowa.
[srodtytul]Wybuchowy działacz[/srodtytul]
O obecnym wiceprzewodniczącym stoczniowej „S” nikt nie mówi inaczej jak frontman – człowiek odpowiedzialny za wizerunek grupy, udzielający się w mediach i najbardziej rozpoznawalny. Wypisz, wymaluj – Guzikiewicz. W mediach go pełno i jest bardziej rozpoznawalny niż szef stoczniowej „S” Roman Gałęzewski.
– Guzikiewicz to człowiek z ogromnym temperamentem pchającym go do emocjonalnych wypowiedzi i zachowań – mówi Maciej Płażyński, poseł niezrzeszony z Gdańska. – Ale to nie on wyznacza bieg spraw, tylko Gałęzewski. Oni po prostu podzielili się rolami.
Były kolega Guzikiewicza ze stoczni twierdzi, że wiceprzewodniczący zakładowej „S” jest po prostu wybuchowy. – Potrafi ubliżyć każdemu, każdemu chce narzucić własne zdanie – mówi nasz rozmówca. – Są takie chwile, że można się z nim dogadać, ale trzeba mieć wiele szczęścia.
[srodtytul]Całe życie w stoczni[/srodtytul]
Gałęzewski pracuje w stoczni od 1979 roku. Zaczynał jako uczeń przyzakładowej zawodówki. Później został stolarzem i pracował przy ocieplaniu statków. O sobie mówi, że był i jest pracoholikiem. – Nawet żonę poznałem w pracy – śmieje się.
To Jerzy Borowczak wypatrzył w 1992 roku młodego stolarza w gromadzie robotników i wziął go do prezydium komisji zakładowej „S”. Od tego czasu Guzikiewicz jest etatowym związkowcem.
– Trzymałem go na krótkiej smyczy – zaznacza Borowczak. – Powiedziałem mu otwarcie: albo robisz, co ci każę, albo fora ze dwora. Zresztą wtedy to był grzeczny chłopaczek, taki synek mamusi.
Potwierdzają to inni stoczniowcy. – Borowczak panował nad zapędami Guzikiewicza – opowiada inny związkowiec. – Po jego odejściu Karol się zradykalizował. Na dodatek wszystko, co robił, uchodziło mu płazem. Nawet rzucanie jajkami w sądzie.
Chodzi o wydarzenia z 2005 roku. Toczył się wówczas proces byłych prezesów Stoczni Gdańskiej oskarżonych o narażenie przedsiębiorstwa na stratę 205 mln złotych. Zostali oczyszczeni z zarzutów, ale podczas rozprawy doszło do skandalu. Grupa związkowców ze stoczni, która od początku procesu usiłowała zastraszyć byłych prezesów, urządzając głośne pikiety pod ich domami, obrzuciła jajami jednego ze świadków. Według relacji „Gazety Wyborczej” sędzia prowadząca proces wezwała Guzikiewicza na rozmowę.
– Gdyby coś takiego wydarzyło się w praworządnym państwie, poszedłby pan siedzieć – ostrzegła związkowca. Na co Guzikiewicz zagroził, że jeśli rozprawa zostanie zamknięta dla publiczności, „nie gwarantuje spokoju w gmachu sądowym”. Sędzia uległa.
– Człowieka wychowuje otoczenie, a Guzikiewiczowi pozwalano na wiele, co zresztą wynikało z przeświadczenia, że w stoczni rządzą związki, a nie prezesi – mówi Bogdan Lis, jeden z legendarnych opozycjonistów spod znaku „Solidarności”.
[srodtytul]Poczuł władzę[/srodtytul]
Dla Jacka Kurskiego z PiS Karol Guzikiewicz to bohater, który walczył o legalizację związku w stoczni. Borowczak widzi to inaczej. – W 1980 roku nie było go na strajku, choć w stoczni pracował – mówi były stoczniowiec. Być może nie pamięta, że Guzikiewicz był wtedy niepełnoletni i dlatego nie strajkował razem z dorosłymi.
Obecnego wiceprzewodniczącego stoczniowej „S” nie było też na strajku w maju 1988 roku, gdy stoczniowcy walczyli o legalizację związku. – Byłem wtedy jeszcze formalnie w wojsku, chodziłem w mundurze, dlatego koledzy nie pozwolili mi strajkować – wspomina.
– Uczestniczył dopiero w sierpniowym strajku, gdy związek był już legalny – wypomina Guzikiewiczowi Borowczak.
Inny związkowiec dodaje, że na tamtym strajku niczym się nie wyróżniał. – Krzyczał, jak wszyscy, „Solidarność”, a palcami robił słynne „V”. Już wtedy był nadpobudliwy. Ale władzę poczuł dopiero wtedy, gdy został etatowym związkowcem.
Stał za nim wydział malarski – zdecydowane chłopaki, nie bali się walki.
To oni organizowali w połowie lat 90. widowiskowe protesty w Gdańsku, gdy stocznia była zagrożona upadłością. Płonęły wtedy opony, wybuchały petardy.
[srodtytul]Tusk pchnął go do góry[/srodtytul]
Później wsławili się pomysłem, by Stoczni Gdańskiej nadać imię Jana Pawła II. Za pośrednictwem arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia dotarli do kardynała Stanisława Dziwisza i namówili go, by Jan Paweł II został patronem stoczni zagrożonej upadłością. Uniemożliwiła to dopiero interwencja abp. Tadeusza Gocłowskiego.
– To był pomysł niezwykle cyniczny, przecież wiadomo, że upadek stoczni im. Jana Pawła II dostałby się na czołówki wszystkich gazet – irytuje się gdański dziennikarz.
– Liczyli, że w ten sposób obronią swój zakład pracy – broni związkowców Płażyński. – Im zawsze chodziło tylko o to. To nieprawda, że sympatyzują z PiS, a zwalczają Platformę.
Płażyński przyznaje, że za PiS stoczniowcy nie „dymili” przeciwko rządowi. A nawet zorganizowali słynny wiec poparcia dla PiS. Płażyński wyjaśnia, że od tamtego rządu mogli uzyskać, co chcieli.
– Chcieli oddzielenia stoczni Gdańskiej od Gdyńskiej i to przeprowadzili – tłumaczy Płażyński. – Czuli wpływ na rząd i Ministerstwo Skarbu, więc nie protestowali. Ale zawrą doraźny sojusz z każdym, kto może pomóc stoczni.
Jednak w opinii niektórych działaczy związkowych władze stoczniowej „S” walczą o swoją pozycję, a nie o dobro ludzi.
– A premier decyzją o przeniesieniu uroczystości „wypchnął” jeszcze Guzikiewicza do góry – mówi jeden z naszych rozmówców.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA