Film

Dziennik gwałtu

Materiały Promocyjne
Od piątku w kinach. "Kobieta w Berlinie" Maksa Farberbocka nie jest kolejnym dziełem pokazującym Niemców jako ofiary wojny i wybielającym ich historię
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/9131,1,301486.html" "target=_blank]Obejrzyj galerię fotosów[/link][/b]
Scenariusz "Kobiety w Berlinie" został oparty na dzienniku, jaki od połowy kwietnia do połowy lipca 1945 roku prowadziła 30-letnia niemiecka dziennikarka, zapisując dzień po dniu wydarzenia w zdobywanym, a potem opanowanym przez Armię Czerwoną Berlinie. Książka ukazała się w latach 50. Odniosła sukces na rynku brytyjskim, ale w Niemczech przeszła bez echa, asekurancko spychana przez wydawców w cień. Autorka nie ujawniła nazwiska. To, co opisywała, było zbyt bolesne i wstydliwe. Bała się infamii.
Po ponad pół wieku Max Farberbock sięgnął do jej zapisków i zrobił wstrząsający film. Jest maj 1945 roku, Berlin. Reżyser pokazuje radzieckich żołnierzy upojonych zwycięstwem, żądzą zemsty i poczuciem bezkarności, manifestujących swoją siłę wobec wyciąganych z piwnic i mieszkań cywilów. Odsłania też najbardziej drastyczną część tej historii. Wyposzczeni, rozjuszeni buhaje gwałcą kobiety – młode, stare, ładne, brzydkie. Bez wyjątku. Ale twórca "Aimee i Jaguar" nie pozwala sobie na łatwiznę. Bohaterka filmu – jak inne berlińskie kobiety – staje się ofiarą kolejnych gwałtów. Chce przetrwać, zachowując resztki godności. Widzi dla siebie tylko jedną drogę. Znajduje protektora. Zaczyna sypiać z rosyjskim majorem, który w zamian chroni ją przed pijanymi żołdakami. Nie ona jedna ratuje się w ten sposób. Jest w filmie scena, w której kobiety – od najmłodszych aż po matrony – siedzą przy stole i rozbawione przekrzykują się wzajemnie. Ich rozmowa przypomina przekomarzanki prostytutek naśmiewających się z klientów w domu publicznym. Farberbock nie robi z nich bezbronnych ofiar, niewiniątek gwałconych przez bestie. Nie są to również bohaterki o silnym charakterze, które popełniają samobójstwa, żeby nie wpaść w ręce oprawców. Kobiety w Berlinie zapewniają sobie względne bezpieczeństwo, tak jak potrafią. Bohater nagrodzonych Oscarem "Fałszerzy" walczył o życie, sprzedając Niemcom w obozie koncentracyjnym swoje umiejętności fałszerza pieniędzy, one mają do zaoferowania tylko swoje ciała. Po takich doświadczeniach nie jest łatwo wrócić do normalności. Gdy nastanie pokój, będą musiały poradzić sobie ze wspomnieniami, wstydem, z sumieniem, którego nie daje się uśpić. Jednak te szokujące obrazki to jeszcze nie koniec przełamywania przez Farberbocka schematów. Major jest interesującym mężczyzną, który przeżył tragedię: na jego oczach Niemcy powiesili mu żonę. Jest samotny, trochę wycofany. Z młodą Niemką mają wiele wspólnego. Także to, że ich światy legły w gruzach. Powoli rodzi się między nimi zrozumienie i delikatne, nieśmiałe uczucie. Ale za takie tęsknoty, będąc po dwóch stronach barykady, płaci się wysoką cenę. Muszą więc przegrać. "Kobieta w Berlinie" jest filmem niejednoznacznym. To nie kolejna próba wybielania Niemców, pokazywania ich w roli ofiar albo bohaterów. To obraz o koszmarze wojny, która niszczy tak samo atakowanych i najeźdźców. O czasie, w którym upadają wszelkie bariery moralne. O cenie za przetrwanie. Farberbock już w kameralnym "Aime i Jaguar" udowodnił, że jest wyczulony na los ludzi wplątanych w tryby historii. Tam opowiedział o romansie Żydówki i Niemki w okresie narastania w Niemczech faszyzmu. W "Kobiecie..." niemożliwe, trudne uczucie rzucił na szerokie tło pełne batalistycznego rozmachu. Jego film jest znakomicie zrealizowany, chwilami sprawia wrażenie paradokumentu. Doskonałą kreację tworzy Nina Hoss jako tytułowa kobieta z Berlina, a nienarzucającą się, piękną muzykę napisał Zbigniew Preisner. Dobry, nietuzinkowy film.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL