fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Dzikie plaże kraju Zbawiciela

Rzeczpospolita, Michał Głombiowski
- Chodź, pokażę ci świat sprzed miliona lat – Porfirio, stróż nocny hotelu La Guitarra w El Tunco na wybrzeżu Salwadoru świeci mi latarką w twarz. I prowadzi na pogrążoną w mroku plażę Pacyfiku.
Siadamy na murku podmywanym falami przypływu. Rzeczywiście, nie potrzeba wiele wyobraźni, by poczuć się tu, jakby cywilizacja człowieka jeszcze nie istniała. Wokół nie ma śladu jego istnienia. W pobliżu nie przebiega żaden morski szlak handlowy, na horyzoncie nie uświadczy się więc nawet jednego światełka. W najbliższej okolicy nie ma żadnych miast, mrok rozświetlają wyłącznie gwiazdy i sierp księżyca. Panuje cisza, zakłócana jedynie szumem oceanu i stukotem poruszanych przez wodę kamieni na plaży. Po nabrzeżu przesuwają się małe kraby, wielkości paznokcia, ciągnące na grzbiecie muszle ślimaków, służące im jako mobilne schronienie. To jedyny znak życia. – Tak musiała wyglądać Ziemia, zanim pojawił się człowiek – mówi Porfirio. – I co, miałeś coś o tym w swoim przewodniku o Salwadorze? – szturcha mnie z uśmieszkiem.
[srodtytul]Wypromować nie szkodząc[/srodtytul]
Cywilizacja daje znać jednak wraz z nadejściem świtu. Na plażę schodzą się z deskami pod pachą opaleni blondwłosi surferzy. Wybrzeże La Costa del Balsamo na południu Salwadoru, to dla nich raj. Przyjeżdżają tu przez cały rok z USA, Australii i Europy. Wokół ciemnych wulkanicznych plaż wyrosły na ich potrzeby hoteliki, sklepiki i restauracje. Na szczęście, zabudowa nie jest monumentalna, nie zakłóca charakteru okolic.
Salwador stara się wypromować swoje wybrzeża, budując infrastrukturę, zmuszając właścicieli lokali do utrzymywania wokół porządku i organizując dodatkowe patrole policji. Ministerstwo Turystyki z godną podziwu wytrwałością wysyła w teren ankieterów, którzy mają dowiedzieć się od obcokrajowców, co należy jeszcze zrobić, by kraj stał się turystycznym eldorado. Jednak zbyt duża ingerencja władz może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Salwador ma bowiem niezaprzeczalne atuty już dziś – kilometry niemal pustych plaż, tropikalny klimat, doskonałe miejsca do nurkowania, kokosy spadające z palm prosto pod nogi, a w wielu miejscach przyrodę nieskażoną ludzką działalnością. Zachowanie tego wszystkiego przy zwiększającym się ruchu turystycznym może stanąć pod znakiem zapytania.
[srodtytul]Sztuka wpadania w nałóg[/srodtytul]
Wystarczy 10 dolarów, by w El Tunco wypożyczyć deskę surfingową na cały dzień. Za drugie tyle można wynająć na godzinę instruktora. Pływanie na desce wydaje się proste. Wystarczy położyć się na niej na brzuchu i wiosłując rękoma wypłynąć w morze. Gdy jest się już odpowiednio daleko od brzegu, trzeba odwrócić się w jego stronę i poczekać aż nadejdzie duża fala. Wtedy trzeba szybko stanąć na desce i ślizgać się wykorzystując naturalny ruch wody.
W praktyce wygląda to tak, że oddalenie się od brzegu zajmuje dobre pół godziny. Gdy odpłynie się odpowiednio daleko, zwykle nie czuje się już rąk. Próba wstania kończy się niemal natychmiastową kąpielą w morzu. Fale spychają delikwenta znów do brzegu i trzeba zaczynać zabawę od początku.
Po godzinie prób udaje mi się wstać trzy razy, a raz nawet utrzymać na desce przez całe trzy sekundy. Mój instruktor daje wymijające odpowiedzi, gdy pytam go, ile potrzeba czasu, by nauczyć się dobrze pływać. – Zwykle od pół roku do roku – przyznaje w końcu. – Ale wtedy staje się to nałogiem i nie chce się już robić nic innego – dodaje z uśmiechem.
Wieczorem obserwuję miejscowe dzieciaki, które od kilku godzin pływają przy brzegu. Mają obie połówki złamanej deski surfingowej, pamiętającej pewnie czasy młodości ich rodziców. Śmiejąc się pozwalają zalewać się falom. Spędzają tak większość dnia. Gdy osiągną kilkanaście lat, pływanie będzie dla nich równie naturalne, jak chodzenie. Wtedy spróbują swych sił na plaży Punta Roca w oddalonym o kilka kilometrów od El Tunco portowym miasteczku La Libertad. To najbardziej znane miejsce do surfowania w całej Ameryce Środkowej, dorównujące sławie afrykańskiemu J Bay. Fale bywają tu gigantyczne, a wprawny surfer może liczyć nawet na trzystumetrowy ślizg. Punta Roca bywa jednak piekielnie niebezpieczna i zdecydowanie nie jest to miejsce dla początkujących. Tylko wieloletnie doświadczenie pozwala miłośnikom deski uniknąć ukrytych tuż pod powierzchnią wody skał.
[srodtytul]Pistolet za pazuchą[/srodtytul]
„Zakaz wnoszenia broni palnej” – znak przed wejściem do katedry św. Łucji w Suchitoto (czyt. Suczitoto) zachęca wiernych, by pistolet zostawić w domu. Podobne oznaczenia można spotkać na wielu budynkach w Salwadorze. Broń ma tu niemal każdy mieszkaniec. Za wejście z nią do kościoła grozi 5 lat więzienia, jednak niewielu się tym przejmuje. Gdy się przyjrzeć, pod koszulami modlących się łatwo dostrzec kanciaste kształty kolb i luf.
Suchitoto, urokliwe miasteczko pełne kolonialnych budynków, położone zaledwie 47 km na północ od stolicy kraju, jest dziś sennym miejscem, w którym nie dzieje się zbyt wiele. Jednak jeszcze kilkanaście lat temu, to właśnie tu mieściło się centrum oporu partyzantów podczas wojny domowej. Na ulicach ginęli ludzie, a okoliczne doliny i wzgórza, będące schronieniem opozycji, były bombardowane przez siły rządowe. Do dziś są pełne lejów po pociskach.
El Salvador znaczy po hiszpańsku Zbawiciel. Jego opieka nie ustrzegła jednak kraju przed popadnięciem w chaos, kolejne dyktatury i krwawe konflikty. Od połowy XX wieku sprawujące władzę wojsko, wspierane przez bogatych posiadaczy ziemskich i plantatorów kawy tłumiło jakąkolwiek działalność lewicowej opozycji. Po kraju jeździły rządowe grupy paramilitarne, tzw. „szwadrony śmierci”, siejąc terror, porywając i mordując tych, na których padł choćby cień podejrzenia o niechęć wobec rządu.
W latach 80. sytuacja gospodarcza państwa pogorszyła się, a wojskowa dyktatura nasiliła represje. Utworzenie przez grupy lewicowe Frontu Wyzwolenia Narodowego (FMLN) dało początek wojnie domowej, która trwała 12 lat. Zginęło prawie 80 tys. ludzi.
W 1992 r., dzięki mediacji ONZ, podpisano układ pokojowy, który zakładał m.in. parcelację części majątków ziemskich między partyzantów. FMLN otrzymał status partii politycznej i rozpoczął legalną działalność. Dwa miesiące temu na prezydenta wybrany został jej działacz, Mauricio Funes. Zapowiada on nowy etap w życiu kraju, pojednanie narodowe i budowanie prawdziwej demokracji.
[srodtytul]Zapomnij o wojnie[/srodtytul]
Spacerując brukowanymi uliczkami Suchitoto trudno dziś dostrzec ślady tych dramatycznych wydarzeń. Zniszczone podczas wojny miasteczko zostało w większości odbudowane, a świeżo wyremontowana katedra lśni oślepiającą bielą. Na niewielkim placu w centrum siadają na ławeczkach mężczyźni i leniwie dyskutują o niczym. Nie chcą rozmawiać o wojnie i zniecierpliwieni machają ręką, gdy zagadnie się ich o minione czasy.
Mieszkańcy Suchitoto znaleźli sposób, by nie myśleć, co było. Ukojenie znaleźli w sztuce. Kilka razy do roku to niewielkie miasteczko staje się centrum artystycznym, do którego zjeżdżają aktorzy, malarze, rzeźbiarze i plastycy z niemal całego świata. Stary, wciąż jeszcze zniszczony budynek teatru, gościć ma niebawem kanadyjskich aktorów Festiwalu Szekspirowskiego, którzy chcą uczynić z Suchitoto najważniejszy ośrodek teatralny i artystyczny Ameryki Środkowej. W miasteczku pojawia się coraz więcej turystów, powstają nowe hotele, galerie sztuki i restauracje. Jedną z nich jest „El Mirador”, z której rozciąga się wspaniały widok na leżące w dole miasta jezioro Cerron Grande. Zbiornik powstał dzięki postawieniu dużej tamy na rzece Lempa i jest największym jeziorem w Salwadorze.
Popularny ostatnio w Polsce Nikifor czułby się w La Palma, jak u siebie. Lubiana przez polskiego artystę sztuka naiwna jest tu w cenie. Życie mieszkańców La Palmy, niewielkiej miejscowości na północy kraju, zmieniło się diametralnie wraz z przybyciem do niej w 1972 r. salwadorskiego malarza Fernando Llorta. Jego sztuka pełna jest krzykliwych kolorów, postaci świętych, fantastycznych ptaków, zajęcy, jaskrawych tęcz. Prosta kreska, dowolność proporcji i obłe kształty postaci sprawiają, że to wszystko wygląda jak dzieło utalentowanego dziecka. Prymitywizm Llorta miał nieść nadzieję w czasach wojny. Artysta ozdobił ulice La Palmy optymistycznymi obrazkami i nauczył tej sztuki tutejszych. Dziś miejsce to jest miasteczkiem malarzy. Ponad trzy czwarte mieszkańców zajmuje się sztuką naiwną. Sympatyczne obrazki widać na murach budynków, ulicznych latarniach, ławkach, okiennicach, drzwiach do kościoła.
[srodtytul]Pupusy na rozgrzewkę[/srodtytul]
Wieczorem, mieszkańcy La Palmy wkładają wełniane czapki i grube swetry. Miasteczko leży na wysokości 1200 m. n.p.m., u stóp Cerro El Pital, najwyższej, mającej prawie 2700 m góry Salwadoru. W dzień rześki górski klimat sprawia, że jest tu całkiem przyjemnie, ale wieczorem robi się chłodno. Najlepszym sposobem na rozgrzanie się jest wstąpienie na „pupusas”. Cienkie placki z mąki kukurydzianej nadziewane serem, warzywami lub przetartą fasolą są głównym przysmakiem Salwadorczyków. Pod wieczór przed niewielkimi lokalami pojawiają się opalane drewnem metalowe blachy, na których kobiety smażą pupusy. Parzący palce przysmak podawany z ogromnym słoikiem poszatkowanej marynowanej kapusty, pozwala na chwilę zapomnieć o zimnie.
Szlak prowadzący na El Pital biegnie pomiędzy starymi dębami i cedrami, mija wysokie wodospady, wbija się w gęstwinę ukwieconych krzaków, nad którymi krzątają się kolorowe kolibry. Gdy wyruszy się o świcie, można wejść na szczyt góry i wrócić do miasteczka w ciągu jednego dnia. Leniwych poprowadzi droga dostępna dla samochodów. Spędzanie wieczoru na szczycie El Pital jest jednym z ulubionych zajęć mieszkańców okolicznych miejscowości. Niektórzy przyjeżdżają tu tylko na zachód słońca, inni przynoszą ze sobą materace i śpiwory, by spać pod gołym niebem. Osoby przyzwyczajone do większego komfortu mogą skorzystać z pokojów lub domków w położonym niedaleko ośrodku El Pital Highland. Określany jest on jako „un lugar cerca del cielo”, czyli miejsce blisko nieba i nie ma w tym wiele przesady. Turystów, głównie krajowych, przyciąga tu dziewicza przyroda, niczym nie zakłócona cisza i wspaniała panorama ze szczytu góry. Siedząc na kamiennych blokach można podziwiać sylwetki wulkanów i płynącą w dole rzekę Lempa. – To jeden z najpiękniejszych widoków w całym kraju – przekonuje mnie spotkany na szczycie Medardo, który przyjechał tu ze stolicy. – Wcześniej te rejony kojarzyły mi się tylko z terytorium partyzantów i zaciekłymi walkami. To niesamowite, jaki panuje tu dziś spokój.
Po latach dyktatury, wojen i konfliktów, spokój to rzecz, której Salwador potrzebuje najbardziej. Pojawiający się tu coraz częściej turyści, witani przez miejscowych z radością, są znakiem, że wszystko idzie wreszcie w dobrym kierunku.
[ramka][srodtytul]Ile to kosztuje [/srodtytul]
Do Salwadoru możemy dolecieć z przesiadką w USA (potrzebna amerykańska wiza). Z Londynu lub Frankfurtu linią Continental Airlines dotrzemy do stolicy kraju za około 3500 – 4000 zł. Hiszpańska Iberia ma bezpośrednie połączenia z San Salvador z Madrytu – cena w obie strony to około 800 euro. Głównym środkiem transportu w Salwadorze są autobusy. Są to wiekowe pojazdy, które pokonują trasy w dość wolno. Są jednak tanie – niemal cały kraj można przejechać za 5 – 6 dolarów.
Walutą Salwadoru teoretycznie jest colon. Jednak kilka lat temu, z powodu galopującej inflacji, rząd zdecydował się na zamrożenie krajowej waluty. Tymczasowo obowiązującymi pieniędzmi są dziś dolary amerykańskie i to nimi płaci się w całym kraju, w dolarach podawane są także wszystkie ceny. Baza noclegowa w Salwadorze jest dość ograniczona. Kraj dopiero rozwija się turystycznie, w niektórych miejscach brakuje więc tańszych hoteli lub pensjonatów. Najwięcej miejsc noclegowych jest na wybrzeżu. Są tam zarówno bardziej luksusowe obiekty, jak i przyjemne małe hoteliki, a nawet proste kempingi. Za tani, ale przyzwoity pokój dwuosobowy zapłacimy 12 – 18 dol.
Salwador kojarzy się zwykle z wojną i terrorem. Od zakończenia wojny domowej upłynęło już jednak 12 lat, a sytuacja polityczna kraju jest stosunkowo stabilna. Ludzie są bardzo przyjaźni, otwarci i bardzo pomocni. Problemem mogą być kieszonkowcy oraz młodzieżowe gangi działające w narkobiznesie, dotyczy to jednak przede wszystkim stolicy kraju. Lepiej unikać spacerowania po niej po zapadnięciu zmierzchu. Pozostałe miejsca kraju są w miarę bezpieczne, zwłaszcza za dnia. Miejscowości nad wybrzeżem objęte są dodatkowymi patrolami policji, a miejscowości turystyczne są bezpieczne nawet po zmierzchu. Podróżując po kraju warto jednak zachować podstawowe środki ostrożności.
[b]W Internecie [/b]
[link=http://elsalvador.travel]http://elsalvador.travel[/link]
[link=http://elsalvador.embassyhomepage.com/index.htm]http://elsalvador.embassyhomepage.com/index.htm [/link]
[link=http://www.webtourist.net/elsalvador/sansalvador/tourist-information.phtml]http://www.webtourist.net/elsalvador/sansalvador/tourist-information.phtml[/link]
[link=http://www.elsalvador.com]http://www.elsalvador.com[/link] [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA