Mniejszości

Polakowi zawsze wiatr w oczy

Ks. prałat Józef Obrembski, żywa legenda Wileńszczyzny (fot: Marian Paluszkiewicz)
Fotorzepa
Czy żałuję, że zostałam na Wileńszczyźnie i nie repatriowałam się do Polski? Ja coś pani powiem. To granica od nas odjechała. Ja tam liczę, że my zostaliśmy w ojczyźnie.
I zrozumiałam, że jeśli nawet na zachód pojedziemy, to i tak będziemy u was cudze – mówi Teresa Matukańska, emerytowana nauczycielka szkoły w Mejszagole. Do dziś pamięta, jak bardzo tęskniła jeszcze w radzieckich czasach, by choć na chwilę wyrwać się do Polski. W końcu zdobyła paszport, co w latach 60. graniczyło z cudem.
– Jechałam z wypchanymi walizkami, bo zamówienia miałam różne, ten chciał, by mu żelazko przywieźć, inny – czarny chleb. Na dworcu wsiadłam do taksówki. Może i za głośno drzwiczki zamknęłam? A kierowca powiedział; oho, widać, że goście ze Wschodu przyjechali – mówi pani Matukańska. – I pomyślałam, że dla mnie tu miejsca nie ma. Taki nasz los, że nam zawsze wiatr w oczy. Kiedy jedzie się z Wilna szosą na Rygę, widać tylko olbrzymie centra handlowe. Jeszcze parę lat temu rozciągały się tu pola. Po 20 kilometrach trzeba skręcić w niewielką drogę i już po chwili jest się w Mejszagole.
Mejszagoła dzieli się na pół. W starej części pejzaż niemal idylliczny – drewniane chałupy z gankami, pomalowane na jasnobrązowy lub zielony kolor, z białymi, rzeźbionymi obramowaniami okien. Druga część Mejszagoły to nowoczesne domy, zbudowane przez przybyszów z głębi Litwy. Niewidzialna linia demarkacyjna oddziela mieszkańców tych części, ich ścieżki przecinają się tylko w supermarkecie Maxima, który nieoczekiwanie wyrósł w dwutysięcznej miejscowości. Dzieci polskie chodzą do szkoły imienia prałata Józefa Obrembskiego, litewskie – do szkoły litewskiej mieszczącej się w klasycystycznym pałacyku Houwaltów. – Bardzo krótko w Mejszagole wisiały tabliczki z polskimi nazwami ulic – mówi Alfreda Jankowska, szefowa miejscowego Związku Polaków. I dodaje: – Ale tak naprawdę to niewydarzone były. Bo nasz starosta nie chciał urazić Litwinów. I zamiast dać na przykład tabliczkę z nazwą ulicy „Nowa”, zawieszono tabliczkę „Naujoi”. Po prostu nazwę litewską napisano z polska (bo po litewsku byłoby Naujoji). Jednak chociaż starosta, pilnując swoistej poprawności politycznej, nie chciał urazić Litwinów, to i tak ich uraził. Pełnomocnik rządu kazał tabliczki zdjąć, choć w Mejszagole Polacy nadal stanowią większość mieszkańców. [srodtytul]Mercedesy przed kościołem[/srodtytul] Ostre dźwięki rocka atakują salę z estrady w polskiej szkole. Dzieci w pierwszych rzędach falują radośnie. Dorośli są trochę skonsternowani – najwyraźniej nie tego oczekiwali, gdy zapowiedziano, że wystąpią najmłodsi przedstawiciele Związku Polaków na Litwie. 70-letnia pani Helena wymyka się z sali, choć jej koleżanki trwają nadal, solidarnie oklaskując dość dla nich kontrowersyjne produkcje artystyczne młodego pokolenia. Jeszcze parę lat temu młodzi Polacy z Wileńszczyzny dyskutowali zawzięcie, czy lepszy jest zespół folklorystyczny Wilija czy Wileńszczyzna. W porównaniu z rówieśnikami litewskimi sprawiali wrażenie mniej pewnych siebie i żyjących w innej, archaicznej rzeczywistości. To się zmieniło. – Mamy kryzys, więc proponuję wysłuchać tego utworu – mówi solista mejszagolskiego zespołu i zaczyna śpiewać „Money” zespołu Pink Floyd. – Kryzys to naczelniki wymyślili. Ludzie zaczęli żyć lepiej. To i na rynek w Garunai pojechawszy, merca lub beemkę kupiwszy. A ci na górze zazdrośni byli, że szary człowiek na takiej solidnej maszynie jeździ – tłumaczy swemu koledze jeden z mężczyzn na widowni. Mercedesy i BMW, co prawda kupione z drugiej ręki, od niedawna zaczęły się masowo pojawiać w podwileńskich miejscowościach. Kiedy zaczynają się niedzielne msze, placyki przed kościołami zapełnione są dużymi samochodami, zazwyczaj w kolorze czarnym, wyraźnie preferowanym przez miejscowych Polaków. Kupno takiego samochodu, tuż po wydaniu wielkiego przyjęcia, to pierwszy krok każdego, komu zgodnie z ustawą reprywatyzacyjną udało się odzyskać ziemię. – Może i dlatego Polacy takie samochody kupują, że na naszych wsiach zawsze liczył się dobry koń i piękna uprząż? – zastanawia się jeden z miejscowych Polaków. Ale wyjaśnienie wydaje się dużo prostsze. Przez długie lata posiadanie nawet łady czy żiguli było dla pracujących w kołchozach i sowchozach niedościgłym marzeniem. Teraz odreagowują lata biedy, solidna maszyna staje się natychmiastowym symbolem lepszego życia i awansu społecznego. [srodtytul]Prałat na linii frontu[/srodtytul] Pani Stasia, gospodyni, wzdycha, że ksiądz ostatnio „jest słabowaty”. Ale 103-letni ks. prałat Józef Obrembski nie odmawia rozmowy z dziennikarką z Warszawy. Wiem dobrze, że należy powiedzieć, że jestem z Warszawy, ale broń Boże nie powinnam mówić, że „z Polski”. Bo chociaż ksiądz prałat czuje się nie najlepiej, to i tak wygarnie natychmiast, że przyjechałam nie z Polski, ale z Zachodu. Bo w końcu Mejszagoła to gdzie jest? – spyta podchwytliwie ksiądz Obrembski. – Przez Wileńszczyznę od początku XX wieku przebiegała linia frontu. Walczono z caratem, z naporem prawosławia, z bolszewikami. Dlatego zawsze u nas była tak mocna Polska – mówił ksiądz, gdy odwiedziłam go ponad dziesięć lat temu. Tłumaczył, jak zmieniła się Wileńszczyzna w czasach radzieckich. – Przecięto tradycję, oderwano ludzi nawet od języka. Rozbito poczucie więzi rodzinnych, dzieci uczono pogardy dla rodziców i dziadków, którzy postarzeli się i nie rozumieją nowych czasów – opowiadał prałat Obrembski, żywa legenda Wileńszczyzny. Dziś nie ma już jednak siły na długie perory. – Nie ma już dla mnie żadnej zabawy. Nawet jak byli u mnie prezydenci Polski i Litwy i inni goście, którzy na moje 100. urodziny przyjechali. Co z tego, jak ja ciągle na łóżku siedzę? – skarży się ksiądz Obrembski. [srodtytul]Ziemia wędruje na papierze[/srodtytul] Pewne krzywdy są już nie do naprawienia. Jeśli ktoś musiał bezradnie patrzeć, jak na ziemi jego rodziców obcy ludzie budują sobie dom, przestaje wierzyć w sprawiedliwość. – Ja miałam szczęście. Zachował się testament dziadka zapisujący ziemię mojej mamie, wszystko poświadczone – mówi Teresa Matukańska. – Ale wielu Polaków cierpi do dzisiaj. Pani Matukańska zna te sprawy wyjątkowo dobrze, jest doradcą mera rejonu wileńskiego do spraw zwrotu ziemi. I nie ma złudzeń; pewne fakty układają się w logiczną sekwencję. – Najpierw rozwiązano samorząd rejonu wileńskiego. To miała być kara za to, że Polacy marzyli o autonomii w początkach lat 90. I zaraz zaczęto wydzielać ziemię, a my nie mieliśmy nic do gadania – mówi Matukańska. Potem zaczęto przyłączać okoliczne miejscowości do Wilna, tłumacząc, że i tak zwrot ziemi będzie się odbywał w stolicy na takich samych zasadach jak na wsi. Okazało się to nieprawdą. – Dokumentów z polskich przedwojennych archiwów nie przyjmowano, czasem też bez śladu przepadały. Ze starymi ludźmi, co po litewsku wytłumaczyć się nie potrafili, urzędnicy i mówić nie chcieli – opowiada Teresa Matukańska. I chociaż właściciele teoretycznie w pierwszej kolejności mieli prawo do swojej dawnej ziemi, to okazywało się, że skoro nie ma dokumentów, to i nie ma pretendenta. A wtedy wydzielano działki Litwinom, którzy przyjechali z głębi Litwy. – Tylko u nas jest możliwy taki cud, że ziemię na papierze się przenosi. Jeśli ktoś, na przykład, miał prawo do zwrotu ziemi gdzieś tam daleko na Żmudzi, to jak zechciał, mógł ziemię dostać pod Wilnem – tłumaczy pani Teresa. – I to nie tyle, ile dostałby na Żmudzi, ale znacznie więcej. Na Wileńszczyźnie ziemie marne, nieurodzajne. Co z tego, że tak naprawdę cenniejsze, bo tuż przy metropolii? Urzędnicy wymyślili przelicznik – za jeden hektar w głębi Litwy trzy na Wileńszczyźnie. Albo i więcej. – Ziemię dostawano i natychmiast sprzedawano. Potem nabywca sprzedawał ją jeszcze raz, stała się towarem, na którym robiono biznes – mówi jeden z miejscowych Polaków. – I niejeden urzędnik, jak to się u nas mówi, „grzał sobie przy tym ręce”. Im bliżej Wilna, tym było gorzej. Polacy w Mejszagole mieli więcej szczęścia niż ich rodacy, których ojcowizna była kilka kilometrów bliżej stolicy. – W gminie Mejszagoła było dużo ziemi z dawnych majątków ziemskich. Ich właściciele, którzy stąd wyjechali, nie mogli ich odzyskać. Ich hektary przydzielono miejscowym Polakom – mówi Polak z Mejszagoły. – Tak, że u nas ludzie nie płaczą jak w innych gminach. Dzieci innego ojca – Mam siedmioro rodzeństwa i każde ma innego ojca – wyznaje nauczycielka z Mejszagoły, pani Józefa, zresztą też córka Józefa. I zanim zdążę ochłonąć po tym bulwersującym wyznaniu, dodaje: – Przynajmniej tak jest w dokumentach. Kiedy pani Józefa przyszła na świat, był rok 1959 i nie skończył się jeszcze na radzieckiej Litwie kult jednostki. W jej metryce zapisano w rubryce „otczestwo” – Josifo. Dwa lata później młodszej siostrze wpisano, że jej ojcem jest Juozo. Kolejna siostra została już „Józefowną ”, następna „Josifowną ”, a inwencja urzędników, zależna od poglądów politycznych oraz dobrego lub złego humoru, na tym się nie wyczerpała. Żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie, brat ojca ma w dokumentach nazwisko Suchocki, tak jak podał, ale już ojcu inny urzędnik twórczo przetworzył nazwisko na litewskie Sausaitis. Tak lituanizowano nazwiska już od 1940 roku – Wierzbowiczowie został Verbaitisami, Zajączkowscy Kiškisami, Kozłowscy Oškianisami. – To bardzo dziwne uczucie, kiedy zmieniają ci nazwisko – przyznaje pani Matukańska, a właściwie Matukanskienie, bo tak zapisano jej w dokumentach. – Ale starsi ludzie po kilkudziesięciu latach do tych nazwisk się już przyzwyczaili. Młodzi myślą, że mają prawo nie tylko do nazwisk polskich, ale i polskim alfabetem pisanych. Może na to się Litwini w końcu zgodzą? Choć ważniejsze by było, żeby ojcowiznę wszystkim Polakom oddali. [i]Maja Narbutt z Mejszagoły[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL