fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Afganistan, czyli koniec NATO

Rzeczpospolita
Jaki właściwie jest cel operacji w Afganistanie? Nie chodzi przecież o usunięcie krwawego dyktatora, ani też o zastąpienie rządów talibów demokracją parlamentarną - rozważa amerykanista
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/blog/2009/03/24/zbigniew-lewicki-afganistan-czyli-koniec-nato/" "target=_blank]blog.rp.pl[/link]
Nie jestem pacyfistą i z całym przekonaniem uważałem, że udział Polski w interwencji w Iraku był uzasadniony. Decyzja o nim została podjęta na podstawie dostępnych wówczas informacji, a cel usunięcia krwawego dyktatora był niewątpliwie słuszny sam w sobie. Po latach trudności i niepowodzeń operacja iracka jest obecnie bliska skutecznego zakończenia i można jedynie żałować, że nie uczestniczymy w jej najbardziej pozytywnym etapie: Amerykanie nazywają takie postępowanie wyrwaniem klęski z paszczy zwycięstwa.
[srodtytul]Koniec jazdy na gapę[/srodtytul] Niestety, nie sposób w równie kategorycznej formie poprzeć naszego udziału w wojnie afgańskiej. Jej cele są mętne, a przebieg sprawia, że ubywa analityków przekonanych, że zwycięski koniec jest możliwy. Analityków – gdyż politycy europejscy nadal reprezentują niezachwianą wiarę w sprawczą moc słowa. Na zeszłotygodniowej konferencji NATO w Warszawie minister obrony Bohdan Klich przekonywał, że zwycięstwo w Afganistanie jest koniecznością, a sekretarz generalny sojuszu Jaap de Hoop Scheffer powtarzał formułę, że "porażka nie wchodzi w rachubę". Problem w tym, że nawet amerykańscy autorzy tego sformułowania nie przejawiają już takiej pewności siebie, a niedopuszczanie myśli o zakończeniu innym od spodziewanego sprawia, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na taką ewentualność. Podstawowe pytanie brzmi, jaki właściwie jest cel operacji w Afganistanie? Nie chodzi przecież o usunięcie krwawego dyktatora ani też o zastąpienie rządów talibów demokracją parlamentarną. Byłoby oczywiście dobrze, gdyby wszystkie państwa świata były demokracjami, ale nie jest to cel realistyczny. Nie może też chodzić o likwidację upraw i handlu narkotykami: Stany Zjednoczone od lat nie potrafią uporać się z tym problemem w Kolumbii, dramatycznie rośnie podobne zagrożenie w Meksyku i nikt nie może sądzić, że kampania taka przyniesie sukces w rejonie tak odległym od Ameryki. Wydaje się oczywiste, że operacja afgańska ma zupełnie inne dwa cele. Pierwszym z nich, i najważniejszym dla Stanów Zjednoczonych, jest "związanie bojem" terrorystów w Afganistanie, co uniemożliwia im dokonywanie zamachów w Ameryce, a niejako przy okazji i w Europie. Jest to postępowanie rozsądne: ograniczone ofiary wśród zawodowych żołnierzy są znacznie łatwiejsze do zaakceptowania niż zamach w dużym mieście skutkujący tysiącami niewinnych ofiar. Drugim celem jest natomiast przetestowanie rzeczywistego znaczenia sojuszu atlantyckiego, którego istnienie jest dla Stanów Zjednoczonych bardzo kosztowne, co zwłaszcza w epoce kryzysu wymaga dokładnej analizy kosztów i zysków. Jeżeli Stany Zjednoczone uznają, że wszystkie cele, jakie sojusz może osiągnąć, dadzą się zrealizować znacznie skuteczniej i taniej przez wojska amerykańskie, wspomagane jedynie przez kolejną "koalicję chętnych", to dalsze finansowanie paktu przez Amerykę nie będzie możliwe. Oznacza to koniec jazdy na gapę, podczas której gros kosztów bezpieczeństwa Europy ponosiły Stany Zjednoczone. [srodtytul]Nie tylko zwycięstwo[/srodtytul] Czas na taką decyzję wyraźnie nadchodzi. Prawdopodobnie już w tym tygodniu prezydent Obama ogłosi nową strategię amerykańską w Afganistanie, opartą na sformułowanym przez niego w "New York Timesie" przekonaniu, że "nie wygrywamy tej wojny". Szczegóły planu, który ma objąć okres całej kadencji Obamy, zostaną zapewne przedstawione na szczycie NATO w przyszłym miesiącu, ale podstawowe zarysy przygotowywanych działań są już powszechnie znane w Waszyngtonie. Szef Kolegium Połączonych Sztabów Mike Mullen potwierdził zresztą w wywiadzie telewizyjnym, że taki plan istnieje i "już go prawie skończyliśmy". Nowa strategia przede wszystkim znacznie zmniejszy oczekiwania na końcowy sukces militarny: wbrew europejskiej mantrze w rachubę będzie wchodziło już nie tylko zwycięstwo. Minister obrony USA Robert Gates stwierdził wręcz w jednym z wywiadów, że nowy amerykański plan minimum sprowadza się jedynie do powstrzymania talibów przed przejęciem władzy w kraju. Także prezydent Obama rewiduje wyrażane w kampanii wyborczej przekonanie, że wiktoria w Afganistanie jest konieczna. Ewidentnym na to dowodem jest praktycznie już postanowione poprzestanie na wysłaniu tam 17 tys. żołnierzy i rezygnacja z przyobiecanych kolejnych 13 tys. Faktyczny pełnomocnik administracji amerykańskiej ds. Afganistanu i Pakistanu Richard Holbrooke oraz gen. David Petraeus przedstawili już takie plany wybranym senatorom i zapewne znajdą się one w wystąpieniu Obamy. Jakikolwiek sukces może wynikać jedynie ze znacznie zwiększonego udziału Pakistanu w zwalczaniu terrorystów. Innymi słowy, powstrzymanie terrorystów i utrzymanie rządu w Kabulu (bez względu na jego rzeczywiste znaczenie w kraju) możliwe jest tylko w wyniku przeznaczenia nowych, poważnych środków na zachęcenie Pakistanu do podjęcia wzmożonych wysiłków na rzecz likwidacji matecznika terrorystycznego. W samym Afganistanie natomiast kluczowe będzie podjęcie rozmów z talibami (co zostało już ogłoszone) w celu zyskania czasu na implementację nowej fazy współpracy amerykańsko-pakistańskiej. Ważne będzie też stworzenie i utrzymanie odpowiednio sprawnych afgańskich sił zbrojnych. Problem w tym, że nawet polscy dyplomaci nieoficjalnie przyznają, że nie ma innych niż amerykańskie źródeł utrzymania armii afgańskiej. W takiej sytuacji nietrudno zgadnąć, gdzie Stany Zjednoczone mogą znaleźć dodatkowe środki: NATO jako struktura finansowana w ogromnej mierze przez USA i w bardzo tylko ograniczonym zakresie przez ich europejskich sojuszników dobiega końca swych dni. [srodtytul]Nie jesteśmy przygotowani[/srodtytul] Nie oznacza to oczywiście, że sojusz jako taki zostanie zlikwidowany. Czeka go natomiast los podobny do ONZ, czyli zajęcie się przede wszystkim własnym trwaniem i przetrwaniem. Wyraźnie na to wskazuje ilość czasu i energii poświęcanych ostatnio na formułowanie coraz to nowych "strategii na przyszłość" bez oglądania się na źródła ich finansowania. Czy stanowi to zagrożenie dla Polski? Tylko przy założeniu, że jakieś państwo rzeczywiście snuje plany zbrojnej agresji na nasze terytorium. Jest to niezwykle mało prawdopodobne, a NATO jest bezużyteczne w kwestiach stanowiących dla nas rzeczywiste zagrożenie, jak szantaż energetyczny. Ale ta nowa sytuacja będzie zapewne miała dla nas poważne skutki finansowe. Jeszcze w trakcie amerykańskiej kampanii wyborczej zwracałem wielokrotnie uwagę, że zwycięstwo Obamy będzie oznaczało dla Europy nie tylko zwiększony udział w procesie decyzyjnym, ale przede wszystkim potrzebę znacznego zwiększenia wydatków na zbrojenia – lub przyjęcie do wiadomości znacznego osłabienia potencjału obronnego większości członków NATO. Taki moment właśnie nadchodzi i nie jesteśmy nań przygotowani. Nawet najsilniejsza wiara, że "nie ma takiej opcji", nie zastąpi podstawowej zasady dobrego planowania, która każe być gotowym na najbardziej niekorzystny rozwój sytuacji, a nie pokładać całą nadzieję w przekonaniu, że zawsze będzie tak dobrze, jak dotychczas. [i]Autor jest profesorem w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Katedry Amerykanistyki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA