fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Aktorstwo rodzi się z niepokoju

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Z Adamem Ferencym rozmawia Małgorzata Piwowar
[b] Kim był Stanisław Mikołajczyk? Jego decyzja o powrocie do powojennej Polski wynikała pana zdaniem z patriotyzmu czy głupoty?[/b]
Jest zbyt mało pewnych danych, by tę kwestię definitywnie rozstrzygnąć. Na pewno miał w sobie polityczną naiwność, ale jego decyzja o powrocie chyba jednak wynikała z poczucia patriotyzmu. Nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje. Nie wiedział, że wszystko jest już właściwie umówione i rozstrzygnięte. Za tę niewiedzę słono zapłacił. Musiał się ratować ucieczką. W konsekwencji zaś został postacią tragiczną, bo wszystkie strony uznały go za zdrajcę. Nigdy się z tego nie podniósł. [b]To w ostatnim czasie druga pańska rola w Teatrze Faktu. Poprzednio zagrał pan Henryka Szwejcera w „Golgocie wrocławskiej”. Czy postacie autentyczne bardziej się odtwarza czy kreuje?[/b]
Z postaciami historycznymi jest zawsze kłopot, zwłaszcza z takimi jak Mikołajczyk, który był osobą publiczną. Przygotowując się do zagrania go, obejrzałem filmy dokumentalne, zdjęcia i zauważyłem, że był bardzo powściągliwy w gestach i zachowaniu. Musiałem podjąć decyzję, czy trzymać się pierwowzoru, czy też zbudować postać bardziej ekspresyjną, łatwiejszą do strawienia przez widzów. Wciąż nie wiem, czy to nie jest nielojalność w stosunku do Mikołajczyka. A moje wątpliwości biorą się też z pewnego przykrego zdarzenia. Przed laty w filmie „Akcja pod Arsenałem” zagrałem człowieka oskarżanego przez kolegów z AK o zdradę i wsypanie Rudego. Po latach niespodziewanie przyszedł do mnie do teatru człowiek, który się okazał pierwowzorem tej postaci. Przyjechał po wielu latach z Australii i zobaczył w telewizji film. Wpadł w rozpacz, miał do mnie pretensje. Oczywiście tłumaczyłem mu, że nad odtworzeniem tamtych wypadków pracował sztab historyków, ale moje słowa kierowałem do zrozpaczonego człowieka. Uświadomiłem sobie, że osądzanie ludzi jest bardzo ryzykowne. Można niechcący kogoś skrzywdzić. I w tym sensie znacznie prościej jest grać Władysława Jagiełłę niż Mikołajczyka. [b]Co panem kierowało, kiedy w połowie lat 80. zrealizował pan w TVP monodram na podstawie pamiętników Władysława Broniewskiego? To był chyba mało sprzyjający ku temu czas?[/b] Była to jedna z prób powrotu po bojkocie telewizji. Ale nie był to przypadkowy wybór. Broniewski fascynował mnie od zawsze, dostrzegałem tragizm tej postaci. Jego pamiętniki są prawdziwą literaturą, choć został skazany na przebywanie głównie w szkolnych podręcznikach – z gorszą częścią swojej twórczości jako poeta zaangażowany. A przecież nie można mu odmówić odwagi. Kiedyś marzył mi się wielki film o Władysławie Broniewskim, który poprzez niego pokazywałby historię Polski od Legionów do jego śmierci w 1962 roku, gdy był zapijaczonym strzępem człowieka. [b]Coraz mniej w teatrze Czechowa i Szekspira. Przeszkadza to panu?[/b] Nie sądzę, by było ich mniej. Tyle że pokolenie młodych reżyserów dość beztrosko sobie poczyna z tą szacowną dramaturgią. Zresztą może dlatego są wobec niej tak bezceremonialni, bo słyszą, że używany w nich język jest dziś niemożliwy do przyjęcia – zwłaszcza dla młodego ucha. I dokonują zmian. Sam jestem ciekaw, jak czechowowscy bohaterowie mówiliby dzisiaj. Nie można przecież zapominać, że posługiwali się językiem potocznym. [b]Od ukończenia szkoły, przez 18 lat, uczył pan studentów. Dlaczego pan przestał?[/b] W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że coraz mniej wierzę w istnienie metody uprawiania zawodu wartej przekazywania młodym. Zacząłem mieć tak wiele wątpliwości dotyczących aktorstwa, że przychodząc na zajęcia, mówiłem właściwie tylko o nich. W końcu uznałem, że to niepedagogiczne, bo samymi wątpliwościami nie można uczyć. I żeby być w zgodzie z samym sobą, nie mogłem tego dalej ciągnąć. To się jeszcze zbiegło z kiepskim okresem szkoły. Przestałem rozumieć, dla jakiego teatru wychowuje się studentów. [b]Bardziej był pan pewny swego jako młody pedagog?[/b] Pewnie. Tupet to cecha młodości. Wtedy byłem absolutnie przekonany, że wiem, na czym to polega. [b]Na czym? [/b] Było dla mnie oczywiste, że najważniejsza w aktorstwie jest myśl, która uruchamia emocje. Dopiero potem się okazało, że to nie do końca prawda. Poza tym zaczęli się też zmieniać kandydaci przychodzący do szkoły. Prezentowali postawę wyczekującą: uczcie mnie. W gruncie rzeczy nie wiedzieli, dlaczego chcą być aktorami. [b]A pan w ich wieku to wiedział?[/b] Owszem. Zdawałem sobie sprawę, że w moim przypadku bycie aktorem to jedyny sposób na artystyczne wyrażenie prześladujących mnie lęków i niepokojów. A utwierdziły mnie w tym cztery semestry studiów na SGPiS. Upewniłem się, że nie powinienem się zajmować ekonomią, ale teatrem. Choć muszę też przyznać, że czas tamtych studiów był w moim życiu okresem, w czasie którego najwięcej dowiedziałem się o życiu. A o ekonomii – najmniej. [b]Był pan pupilem Tadeusza Łomnickiego. Stanowiło to obciążenie czy dawało napęd?[/b] W moim przypadku chyba „dopalacz”. Łomnicki był niezwykłym człowiekiem, choć w jakimś sensie potworem. Także jako pedagog. Niektórych pętał, ale ja miałem poczucie, że daje mi absolutną wolność. Bardzo mu wierzyłem. Mówił mi rzeczy, których nie mówił innym studentom. Bywały zresztą bardzo wątpliwe pedagogicznie. Na przykład: „nieważne, co myślisz na scenie – istotne, żeby było to efektowne”. [b]Nigdy się pan z nim nie skonfliktował?[/b] Zawsze. Choć to niedobre słowo, bo trudno się skonfliktować z mistrzem. [b]Czego pan dzisiaj oczekuje od aktorstwa?[/b] Od pewnego czasu to dla mnie sposób poszukiwania panaceum na największy problem, jaki przede mną stoi. Myślę o śmierci, oczywiście. Czuję wyraźnie, że w teatrze jest tajemnica, której nie udało się jeszcze nikomu odkryć. I nie tracę nadziei, że uda mi się do niej dotrzeć. To rodzaj poszukiwania kamienia filozoficznego. Wiadomo, że jest, tylko problem, jak go znaleźć. Jest jeszcze dużo nieodkrytych przeze mnie przestrzeni w teatrze. [b]Pańskie próby reżyserskie są także zbliżaniem się do rozwiązania tej tajemnicy?[/b] Tak. Czasami wydawało mi się jako aktorowi, że jestem bliski odkrycia czegoś istotnego, brakowało niewiele. Łudziłem się, że gdy spojrzę na sprawę z drugiej strony, wtedy to, co zakryte – odsłoni się. Okazywało się to mirażem, ale lubiłem te próby. [b]To niemal metafizyka. Pana udział w „Niani” jest od tego dość daleko...[/b] Muszę z czegoś żyć. [b]Jest jeszcze Teatr TV, filmy, w których pan grywa...[/b] Wcale nie jest ich tak dużo. Poważne propozycje pojawiają się raz na kilka lat. Film nigdy mnie specjalnie nie rozpieszczał. Od czasu „Jasminum” nie miałem żadnej liczącej się propozycji. A „Niania” to dosyć zdrowy projekt – wesoły i relaksujący. Dużo dobrej zabawy i tylko przez 60 dni w roku. Zostaje jeszcze 300, kiedy można próbować poważnie zgłębiać teatr i siebie. [b]Brakuje panu wesołości?[/b] Znacząco. Do komedii zawsze się tęskni. Jeszcze pamiętam, jak grywałem w „Wieczorze Trzech Króli” z Michnikowskim i Kowalewskim i jak zazdrościłem im świetnie wytrenowanej umiejętności zabawy z widzami. Szczególnie że uważałem, iż mam w sobie komediowy żywioł. Ale niewielu reżyserów chciało to sprawdzić. [b]A teatr radiowy dla pana, laureata Wielkiego Splendora, bywa wytchnieniem?[/b] To bardzo osobiste pytanie. Nie pociągają mnie bowiem wielkie produkcje, wieloobsadowe słuchowiska, ale intymne posiedzenie przed mikrofonem sam na sam z wierszami albo prozą, np. Fiodora Dostojewskiego. Mam zwyczaj czytania a vista, do czego raczej nie powinienem się przyznawać. Ale tak jest. To są rozkoszne chwile, kiedy mogę „przepuścić” tych wielkich twórców przez siebie i doznawać przyjemności z tego, co ich frazy powodują we mnie. Wprowadzają mnie w rodzaj pewnej ekstazy, choć mam nadzieję, że słuchacze tego nie słyszą. To specyficzna przyjemność, jakbym się oczyszczał przez te teksty. Po kilku godzinach wychodzę jak odnowiony. Lepiej nie umiem tego opisać. [ramka][b]Adam Ferency[/b] Zagrał ponad 80 ról filmowych. Widzowie kojarzą go najbardziej z ról ubeka w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego, Zenona w „Matce Królów” Janusza Zaorskiego, przeora klasztoru w „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego, a także kamerdynera Konrada w serialu komediowym „Niania”. Sam aktor podkreśla jednak, że najważniejszy w jego życiu zawodowym jest teatr. Po skończeniu warszawskiej PWST (1976) zaangażował się do Teatru na Woli, którego dyrektorem był wówczas Tadeusz Łomnicki. Obecnie jest związany z Teatrem Dramatycznym w Warszawie. W dorobku ma m.in. tytułową rolę w „Woyzecku” Buchnera w reż. Agnieszki Holland i Laco Adamika, Pijaka w „Ślubie” Gombrowicza w reż. Krzysztofa Zaleskiego, Andrzeja Prozorowa w „Trzech siostrach” Czechowa w reż. Macieja Englerta. Próbował sił jako reżyser, realizując m.in. „Hollywood, Hollywood” Mameta w Teatrze Współczesnym. Jest laureatem Wielkiego Splendora, najważniejszej nagrody radiowej dla aktorów.[/ramka] Niania 20.00 | TVN | sobota O prawo głosu 20.20 | TVP 1 | poniedziałek Jasminum 22.45 | TVP 2 | wtorek
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA