fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warszawa

Stare miasto poznałem jeszcze w oryginale

Jan Kobuszewski często jeździł do kawiarni Nowy Świat, gdzie występował z kabaretem Edwarda Dziewońskiego
Fotorzepa, AW Andrzej Wiktor
Aktor wspomina swoje ukochane miasto z czasów dzieciństwa i młodości, kiedy pokochał także teatr. Przywołuje stolicę sprzed 1939 r. – niezniszczoną Warszawę okupacyjną, i tę tragiczną z dni powstania – zrujnowaną i odbudowywaną. Z Janem Kobuszewskim spaceruje Dominika Węcławek.
Już na początku naszej rozmowy aktor wyznaje wprost, że stolicę kocha. Nie tylko nie wyobraża sobie, że mógłby mieszkać poza nią, ale też nigdy nie wyjechał z niej na dłużej. Poza jednym wyjątkiem – kiedy 12 października 1944 roku wysiedlono wszystkich mieszkańców miasta. Jedenastoletni Janek wraz z rodziną wrócił tu już 6 maja następnego roku.
[srodtytul]W cieniu pałacu[/srodtytul] Jednym z pierwszych miejsc, które Kobuszewski zaczął darzyć szczególnym sentymentem, jest park Saski. Jako dziecko chadzał tam z nianią, by popatrzeć na pałac i pokręcić się wokół pomnika Józefa Poniatowskiego. Dziś z okazałej budowli zostały jedynie arkady Grobu Nieznanego Żołnierza, a książę zniknął wraz z cokołem. Szczęśliwie pałacowe ogrody istnieją nadal i podobnie jak w latach 30. są atrakcją dla najmłodszych i ich opiekunów.
– Pamiętam miejsce obok fontanny, gdzie za 20 przedwojennych groszy wynajmowało się krzesełko. W pobliżu zbierały się wszystkie nianie i karmiły swoich podopiecznych – wspomina aktor. Nie sposób zapomnieć smaku przegryzanej tam kanapki, popijanej zimną herbatą z butelki. Słabość do wystudzonego naparu herbacianego pozostała aktorowi do dziś. Kiedy był już starszy, na spacery chadzał z ojcem. To były czasy okupacji. Rodzina Kobuszewskich zajmowała wówczas mieszkanie w kamienicy przy malutkiej uliczce księdza Skorupki na Śródmieściu Południowym. – Ojciec wracał z pracy około trzeciej. Od czwartej do szóstej wędrowaliśmy razem po okupowanym mieście. Było o tyle bezpieczne, że ludzi z dziećmi najczęściej nie brano do łapanek – mówi aktor. W czasie takich spacerów tata, który o mieście wiedział sporo, chętnie opowiadał Jankowi o historii stolicy, zdradzał pochodzenie nazw ulic. Podobnie jak bliski znajomy rodziny, Bogdan Grzymała Siedlecki, zawsze miał w zanadrzu jakąś anegdotę. Choćby na temat ulicy Freta. – Nie ma żadnego Freta. Po prostu kiedyś mówiło się z łaciny „idź wyrzuć śmieci na tę fretę“ – od słów freta civilitas, czyli nieużytki  miejskie. To one łączyły Stare Miasto z Nowym – wyjaśnia. W czasie przechadzek obaj docierali w okolicę owych „nieużytków“. – Mój ojciec przed wojną związany był z Towarzystwem Miłośników Starej Warszawy. Razem odbudowali mury starego miasta, rekonstruowali najciekawsze i najpiękniejsze zabytki – wspomina. Po czym dodaje dumnie: – Ja Stare Miasto poznałem jeszcze w oryginale, niezniszczone, z całą jego specyficzną ludnością. Na Starówce bowiem mieszkali ludzie biedni, zakapiorni, ale niesłychanie zakochani w mieście. Mojego ojca oni wszyscy znali, często przystawaliśmy na rozmowy. Innym chętnie odwiedzanym w dzieciństwie miejscem był park Ujazdowski. – W czasie okupacji często tam chodziliśmy, bo było to jedno z miejsc, w których akurat wolno było przebywać Polakom. Mnie w pamięci zapisał się zwłaszcza przepiękny plac zabaw dla dzieci – opowiada aktor. Stąd blisko było do ukochanych Łazienek, w tamtych latach opatrzonych jednak etykietką „Nur fur Deutsche“. Szczęśliwie okupacja i walki powstańcze nie zrujnowały piękna tego parku, dziś więc można się cieszyć jego urokami do woli. O wielu stołecznych rarytasach nie można tego powiedzieć. [srodtytul]Niech się mury...[/srodtytul] – To, co zobaczyliśmy w 1945 roku, to była wielka tragedia. Miasto, które miało wspaniałą tradycję, zostało zrównane z ziemią. Mnóstwo wspaniałych secesyjnych kamienic, które przed wojną nie były w cenie, a dziś mogłyby być perełkami – zniszczono. Te zaś, które ocalały, zostały pozbawione zdobień – ubolewa Kobuszewski. Cieszy go natomiast powrót wielu ważnych zabudowań z okolic Starówki. – Jestem wdzięczny za to, że odbudowano plac Teatralny. To miejsce cudowne i ważne dla mnie. Nieopodal Teatru Narodowego jest maleńki postument oznaczający przebieg Południka Warszawskiego. Natomiast w pałacu Jabłonowskich, czyli ratuszu, rezydował mój starszy kolega z gimnazjum – Stefan Starzyński. Stąd wygłaszał swoje wspaniałe, acz tragiczne przemówienia. Do dziś pamiętam jego zachrypnięty głos w radiu, jego wołanie o obronę miasta – wspomina. Także renowacja Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu podoba się aktorowi – tymi ulicami bowiem przebiega jedna z jego ulubionych tras spacerowych. Zacząć od kolumny Zygmunta i dotrzeć pod Belweder – to jest dopiero dla pana Jana przyjemność! Tym bardziej że po drodze minąć można kolejne ważne punkty na jego prywatnej mapie miasta. Niedaleko pałacu Zamoyskiego, przy ulicy Czackiego, mieści się Teatr Kwadrat, z którym związany jest już od ponad 30 lat. – Trafiłem tu za sprawą Edwarda „Dudka“ Dziewońskiego i bardzo się cieszę, bo Kwadrat to mój drugi dom – stwierdza artysta. Dziewoński namówił go również na kabaret Dudek, który występował w kawiarni Nowy Świat. – To było takie nasze uboczne zajęcie. Kabaret tworzyli wspaniali ludzie, nasi znajomi: Irka Kwiatkowska, Wiesio Michnikowski, Baśka Rylska i wielu innych artystów – wspomina. [srodtytul]W teatralnym kręgu[/srodtytul] Jakby tego było mało, w pobliżu teatru i kawiarni mieściła się telewizja. Z nią Jan Kobuszewski związany był niemal od zawsze. – To ciekawostka, ale Warszawa była drugim lub trzecim miastem w Europie, a czwartym na świecie, które miało własną telewizję. Premierowa emisja odbyła się 5 października 1938 roku. Na dachu Prudentialu, czyli tzw. drapaczu chmur, stała antena telewizyjna, odbiorników było pięć. Jeden miał prezydent Mościcki, drugi Starzyński, trzeci Wedel, czyli ludzie bogaci. To był eksperyment, ale godny odnotowania – zauważa aktor i wspomina czas, kiedy sam zaczynał występy przed kamerą. – W 1955 roku, będąc jeszcze w szkole teatralnej, grałem już w telewizji. Narodziła się z tego długotrwała współpraca. Brałem udział w kilku audycjach miesięcznie. Każda z nich nadawana była na żywo – wspomina. Zawsze ważniejszy był, jest i będzie teatr. Przygoda z nim zaczęła się na drugim brzegu Wisły. Rodzina Kobuszewskich mieszkała wówczas na Saskiej Kępie. Był grudzień 1945 roku. Przy ul. Szwedzkiej w zaimprowizowanej salce bez ogrzewania, w której pierwsze dwa rzędy stanowiły fotele kinowe, a pozostałe były zwykłymi ławkami parkowymi, młody Jan Kobuszewski obejrzał pierwszy w swoim życiu spektakl – „Placówkę“ Bolesława Prusa. Zrobił na nim tak olbrzymie wrażenie, że stał się stałym bywalcem teatrów. Chadzał do sali Wedla, by zobaczyć wybitne dramaty Szaniawskiego. Nie przegapił otwarcia Polskiego, rezydującego w budynku będącym rzadkim połączeniem modernizmu ze stylem empire. To była pierwsza znacjonalizowana scena w kraju. – Był chyba 1946 rok, grali „Lillę Wenedę“, a ja, kilkunastoletni chłopiec, siedziałem jak zaczarowany. Nie przypuszczałem, że potem będę grał na tej scenie, z tymi aktorami, że oni staną się moimi kolegami – wspomina. Kiedy już stanął na scenie, życie zawiodło go między innymi do Teatru Narodowego. Tu miał przyjemność występować w sławnych „Dziadach“ Kazimierza Dejmka. Jak jednak dodaje, każdy teatr, z którym był związany, każda dzielnica, którą zna – czy to Mokotów, Żoliborz czy Saska Kępa – wszystkie są miejscami szczególnymi i magicznymi. Bo szczególna i magiczna jest Warszawa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA