fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Warszawiacy u źródeł

Zdrój przy ul. Zakroczymskiej był znany już w XVIII wieku. Obudowano go pierwszy raz za czasów króla Augusta II Mocnego, a odnowę obudowy nakazał Stanisław August Poniatowski. W sumie było tam aż sześć remontów. Na zdjęciu stan obiektu przed rewitalizacją prowadzoną w latach 1932 – 1933
narodowe archiwum cyfrowe
Stolica jest dziś bezwodną pustynią. Rzeki i cieki – poza Wisłą – wyschły, a to, co pozostało, wpuszczono w kanały. Nie masz już źródeł, zaś z dawnych zdrojów wycieka woda wodociągowa. Tymczasem drzewiej mieliśmy nawet źródła mineralne.
Przed klasztorem (Wizytek – przyp. red.) był obszerny ogród wzdłuż Wisły i z okien prześliczny na niego widok. Odkryto w nim jeszcze źródła mineralne, w którym oboje krółestwo się kąpali” – przypomniano tę historię w połowie XIX wieku. Królem był Jan Kazimierz, a jego małżonką Maria Ludwika. Zażywali tej wody dlatego, że smakiem przypominała jedno z francuskich źródeł (w Normandii), które w XVII wieku służyło kąpielom.
Źródło u wizytek zanikło, podobnie jak wiele sąsiednich. Ale wcześniej ciekło obficie. [srodtytul]Mokra skarpa[/srodtytul]
Stojąc tyłem do Wisły, a twarzą do uniwersytetu, mamy po prawej wspomniany klasztor. Poniżej skarpy były niegdyś ogrody uczelni, w tym baseny i poletka doświadczalne. Spływały ku nim wody z dwóch źródeł, z których jedno znajdowało się w połowie skarpy, a drugie u jej stóp. Podobno czasami – w „wodnych” latach – jeszcze cieknie! Patrząc dalej – ku lewej stronie – przy Oboźnej widzimy zdrój, pięknie obudowany, dawniej służący za wodopój dla koni. Woda doń spływała rurą ze źródełka położonego nieco wyżej na terenie uniwersytetu. Ale tylko do roku 1958, bo potem zanikła, a to, co dziś ciecze, pochodzi niestety z wodociągów. Dalej ku lewej, za Oboźną, były niegdyś słynne Dynasy, na których znajdował się staw i to tak spory, że łodziami po nim pływano, a zimą była największa w mieście ślizgawka. Otóż woda doń płynęła jeszcze w 1875 roku z dwóch źródeł, które były na tzw. Górze Denasowskiej, czyli tam, gdzie dziś ulica Sewerynów. Źródło dolne znajdowało się u podnóża skarpy, bardziej na południe, zaś górne w jej połowie, podobno dość blisko dzisiejszych magazynów teatralnych, wyglądających jak bunkier. Z kronikarskiego obowiązku nadmieńmy, że dawniej mieściła się tu jedna ze stołecznych panoram – okrągły budynek z malowidłem w środku. Istnieją relacje, iż woda spływająca z Dynasów miewała smak świadczący o jakichś domieszkach naturalnych. Natomiast na pewno posiadała je ta wypływająca z podnóża góry na Agrykoli, po północnej stronie ulicy. Miała „nieco smaku siarczanego i żelaznego”. Po stronie południowej znajdował się kolejny wyciek na wysokości dzisiejszego Ogrodu Botanicznego, ale już bez żadnych wyczuwalnych podniebieniem domieszek. Kolejne wykorzystywane dla celów leczniczych źródła znajdowały się „w Wierzbnie”, które w połowie XIX wieku stanowiło odrębną osadę. Było ich mnóstwo i pojawiały się w wielu miejscach, nawet jako okresowe wysięki. Jedno z nich, jak wspominają współcześni, miało bardzo smaczną wodę. Na początku lat 40. XIX wieku niejaki doktor Sauvan wpadł na pomysł urządzenia tam zakładu leczniczego. [srodtytul]Nic lepszego nad wodę[/srodtytul] W onym czasie głośno było o nowatorskich metodach wodoleczniczych. Prekursorami okazali się ksiądz Kneipp (wielokrotnie wykpiwane spacery boso po rosie) i niejaki Priessnitz (wynalazca prysznica), którego sztandarowe hasło zacytowaliśmy powyżej. Otóż jego metody leczenia, polegające na okładach, brodzeniu po kolana i gwałtownym chlustaniu z wiader, stosowane były i na Wierzbnie. Zakład funkcjonował nieźle przez trzy dekady, aż woda nie zaczęła się psuć, a konkurencja nie powstała w Nowym Mieście nad Pilicą. I tak skończyły się warszawskie kąpiele zdrowotne. Zdrowia zażywano też, pijąc czystą, a smaczną wodę, o którą w mieście pozbawionym centralnej kanalizacji było niesłychanie trudno. Ścieki odprowadzono wprost do ziemi, co skutkowało zanieczyszczeniem studni. Nawet wielokrotne gotowanie nie pozbawiało wody nieprzyjemnych smaków. Dziś trudno uwierzyć, ale był czas, gdy niemal każdy większy budynek miał własną studnię. O jednej z nich opowiadała mi matka – otóż w podwórzu domu przy ul. Jasnej 7 była taka przed wojną, pochodząca podobno z połowy XIX wieku. Najstarsi mieszkańcy nieistniejącego tam już domu opowiadali, że na początku lat 90., gdy podłączono wodociągi, bardzo zanieczyszczona, woda ze studni nadawała się tylko do podlewania kwiatów. Ale o takich miejscach przypomniano sobie podczas Powstania Warszawskiego, kiedy wszystko jedno, jaka była woda, byleby była! Wracając do czasów dawnych – otóż najlepsza – „wyborna woda”, jak pisano 170 lat temu, pochodziła ze źródła przy Zakroczymskiej, które w 1771 roku król Stanisław August „nakazał uchwycić”. Rozwożono ją po całym mieście. Niezła woda czerpana była też z istniejącego do dziś wodopoju u podnóża klasztoru Kamedułów na Bielanach. Zlewała się ona w kamienną cysternę i – co ciekawe – miała cały rok jednakową temperaturę. Współcześni bardzo interesowali się czystą wodą: badali ją, a nawet jej notowali ciepłotę. Dzięki nim wiemy, że najobfitsze źródło znajdowało się w rejonie Królikarni; ze wspomnień wynika, iż jeszcze połowie XIX wieku były tam trzy źródła i podobno dwie grupy wysięków. Ćwierć wieku później już tylko jedno – najniższą temperaturę (niestety, nie poznaliśmy jaką) notowano w nim 23 marca, a najwyższą – 25 sierpnia. Pomyślmy o tym wszystkim, odkręcając kran – ile to problemów zniknęło z życia warszawiaków. W roku 1875 J.L. Kaczkowski wyliczał w gazecie „Wiek” aż 11 miejsc, w których tryskały spore źródła lub nawet całe ich grupy – głównie na warszawskiej skarpie. Prawie nikt o nich nie pamięta, jak choćby o czterech, jakie znajdowały się w marymonckiej Kaskadzie. Wszystkie spotkał ten sam los – albo wyschły, albo je zasypano, bo tylko przeszkadzały. I dziś czystą wodę do picia czerpiemy ze źródeł oligoceńskich. Ale to zupełnie inna historia. [ramka][b]Wody dawnej stolicy[/b] Większość rzek starej Warszawy brała swój początek na Ochocie i Woli. Nie ze źródeł, a ze stawów zbierających wodę z Wyżyny Mazowieckiej. Źródeł w mieście było niewiele – głównie na Skarpie Wiślanej. Natomiast pojawiało się sporo okresowych wysięków. O zaginionych rzekach stolicy pisaliśmy w „Życiu Warszawy” 14 listopada 2008 r. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA