fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pusta trumna Romana Dmowskiego

Grób Romana Dmowskiego
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Radio Maryja zanurzone jest w Dmowskiemu najgłębiej obcej tradycji mesjanistyczno-powstańczej. A w ojcu Rydzyku jego zwolennicy widzą kogoś w rodzaju współczesnego księdza Kordeckiego – pisze Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta "Rzeczpospolitej"
Nie ma ścisłych danych, jak liczne były tłumy, które 9 stycznia 1939 roku odprowadzały do grobu Romana Dmowskiego. Zdaniem samych organizatorów pogrzebu było to ponad 200 tysięcy ludzi, zdaniem policji o połowę mniej, ale można podejrzewać, że sanacyjnym władzom zależało na zaniżeniu tej liczby. Jakkolwiek liczyć, pogrzeb ojca polskiego nacjonalizmu stanowił imponującą demonstrację siły ruchu narodowego, mimo wszystkich jego chwilowo tylko zarzuconych wewnętrznych sporów i podziałów.
[srodtytul]Lęk przed czarną sotnią[/srodtytul]
Trudno dziś, po 70 latach, nie zapytać, co z tej potęgi pozostało i na ile spuścizna Dmowskiego pozostaje żywa. Tym bardziej że przecież nieskrywany lęk przed endecją i jej potencjalną atrakcyjnością dla rzesz prostych Polaków katolików, a zwłaszcza strach przed możliwością masowego przechrzczenia się na nacjonalizm komunistów, na wzór serbski czy słowacki, był w pierwszych latach niepodległości głównym motorem politycznych działań ośrodka politycznego skupionego wokół Bronisława Geremka, Jacka Kuronia i Adama Michnika, także tych najbardziej niegodziwych i fatalnych dla Polski w skutkach.
To otwarcie artykułowany lęk przed "czarnosecinnym potencjałem" polskiego społeczeństwa pchnął tego ostatniego w ramiona Jerzego Urbana i Czesława Kiszczaka, a fakt, że rodzimi komuniści nie poszli drogą Mecziara i Miloševicia, tylko przemianowali się na socjaldemokratów i zwolenników wejścia do Unii Europejskiej, ponoć uważa on do dziś za swą osobistą zasługę dla Polski.
Jest to oczywiście uroszczenie. Komuniści, w chwili gdy dotarło do nich, że zachować stanowe przywileje mogą tylko w drodze ustrojowych ustępstw i w znalezieniu innej podstawy ideologicznej, w naturalny sposób zwrócili się ku porozumieniu nie z polityczną opozycją, uosabianą w oczach społeczeństwa przez Wałęsę i "Solidarność", ale z Kościołem, któremu złożono ofertę patronatu nad stworzonym w celu podzielenia władzy (i odpowiedzialności za niezbędne reformy) "chrześcijańskim" ruchem politycznym. Dowodem, że nie wykluczali odwołania się przez ten ruch do tradycji Stronnictwa Narodowego, jest zaproszenie do Rady Konsultacyjnej przy Jaruzelskim Macieja Giertycha.
Przyczyna, dla której ostatecznie rachuby te generałowie zarzucili i zdecydowali się na podzielenie władzą, a później oddanie jej ośrodkowi skupionemu wokół Wałęsy, nie miała charakteru ideologicznego. Po prostu wariant mecziarowski okazał się w Polsce – już na początku drugiej połowy lat 80. – niemożliwy z tej racji, iż Kościół, cieszący się unikalną na tle całego "obozu" pozycją, jednoznacznie odmówił firmowania nowej władzy, proponując wyłącznie pośrednictwo w rozmowach z opozycją polityczną (jaki był to dla komunistów zawód, można przeczytać np. we wspomnieniowej książce Urbana).
Bez poparcia Kościoła zaś jakakolwiek formacja "katolicko- -narodowa" nie miała szans na zdobycie społecznego zaufania. W istocie polski kandydat na Mecziara mógłby się "legitymizować" co najwyżej sojuszem z PAKS i PZKS, tudzież wsparciem Jędrzeja Giertycha, uważanego nawet przez większość emigracyjnych narodowców za – w najlepszym razie – wariata. Nie trzeba było inteligencji Reykowskiego ani Urbana, by zdać sobie sprawę, że taka "transformacja" byłaby śmiechu warta.
[srodtytul]Nurty z lodówki[/srodtytul]
Gwoli uczciwości przyznać trzeba, że – delikatnie mówiąc – przecenienie siły endecji nie było wyłącznym błędem Michnika. Większość ówczesnych polityków, zwłaszcza tych z podziemia, które w oczywisty sposób odcinało się od kontaktu z rzeczywistością, ulegała złudzeniu, że wolna Polska odtworzy podziały z chwili utraty niepodległości; że niczym z lodówki wyjdą z niej przedwojenne nurty polityczne, także narodowy i narodowo-radykalny, które tak dobitnie manifestowały swe znaczenie u schyłku II RP. Podzielano – kompletnie fałszywe – przeświadczenie Giedroycia, iż polskie społeczeństwo jest "z natury endeckie", a polską polityką rządzą i jeszcze długo będą rządzić trumny Piłsudskiego i Dmowskiego.
Stąd toczone wówczas, śmieszne z dzisiejszej perspektywy, wojenki o przechwycenie historycznych szyldów, mnogość kanapowych PPS-ów i PSL-i, a zwłaszcza – tu bez wątpienia padł rekord – mikroskopijnych i tym bardziej skłóconych stronnictw narodowych. Stosunkowo największe znaczenie, dzięki wsparciu emigracji, zdobyło sobie Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne Jana Zamoyskiego; po pewnym czasie i rozszerzeniu formuły przerejestrowane na nową nazwę – Liga Polskich Rodzin. Dopiero wtedy, po zatarciu atrybutów pozwalających kojarzyć partię z tradycją endecką, partia zyskała pewną popularność (był to zresztą w istocie twór od SND zupełnie różny, szybko zdominowany przez Romana Giertycha i wiernych mu wszechpolaków).
[srodtytul]Przy rydwanie Putina[/srodtytul]
Co wspólnego miała LPR z tradycją Dmowskiego? Poza frazeologią praktycznie nic. Jej popularność od początku opierała się na Radiu Maryja, które mimo uczynienia jednym ze swych lektorów Macieja Giertycha zanurzone jest w przeciwnej, Dmowskiemu najgłębiej obcej tradycji mesjanistyczno-powstańczej. Ojciec Tadeusz Rydzyk, w którym jego zwolennicy widzą kogoś w rodzaju współczesnego księdza Kordeckiego, jak i działacze, którym patronuje, wydają się wzięci wprost z galerii negatywnych typów, przeciwko którym pisane były "myśli staroświeckiego Polaka".
Kultywują oni wzorzec Polaka patrioty wariata, miotanego mistycznymi wzruszeniami, zamiast rzeczowej politycznej analizy. Ponieważ jednak bez przychylności toruńskiego redemptorysty nie sposób myśleć o pozyskaniu narodowo-katolickiego elektoratu, LPR-owska neodmowszczyzna, jak i jej konkurencja z rozmaitych postendeckich partyjek, na bieżący użytek ostrugały Dmowskiego do jego antysemickich i antymasońskich obsesji, jakim ulegał on zwłaszcza pod koniec życia.
Sprowadzenia myśli Dmowskiego tylko do tych wątków zrozumiałe jest, gdy czynią to jego zagorzali wrogowie; w przypadku ludzi mieniących się kontynuatorami usprawiedliwić tego nie można. Dmowski to przecież przede wszystkim teoretyk, który jako pierwszy sformułował pojęcie polskiego interesu narodowego, i praktyk, który w imię tegoż interesu, a także w imię sztuki osiągania celów możliwych i odkładania na przyszłość niemożliwych do realizacji w danym momencie historycznym, potrafił iść całkowicie pod prąd społecznych nastrojów.
Jeden tylko, ale bardzo dobitny przykład, jak niewiele rozumie z Dmowskiego radiomaryjna neodmowszczyzna, to kwestia rosyjska. Głosząc w obliczu wojny światowej orientację na Rosję, wbrew powstańczym tradycjom i nastrojom, nie kierował się bynajmniej ojciec Narodowej Demokracji rusofilią. Wszelkie mistycyzmy "wspólnoty słowiańskiej krwi" uważał za bzdury, a przekonanie o obcości cywilizacyjnej między Polską a Rosją ujął w słowach: "Nie zrozumiemy się nigdy, bo wy [Rosjanie] jesteście z Azji, a my z Europy". Jedynym argumentem była chłodna analiza wynikająca z założenia, iż istnienie niepodległej Polski nie zagraża istnieniu Rosji, natomiast jest nie do pogodzenia z istnieniem Prus.
Kiedy radiomaryjni postendecy obwieszczają z powołaniem się na Dmowskiego, że powinniśmy podczepić się pod rydwan Putina, i konsekwentnie chwalą go za odbudowywanie imperium, napaść na Gruzję czy bezwzględność wobec Czeczenów, nie ma to z ojcem polskiej niepodległości nic wspólnego. Minęło lat 70, Prusy już nie istnieją, Niemcy funkcjonują w ramach szerokiej organizacji europejskiej… Zresztą jeszcze przed I wojną światową Dmowski przyznawał, że jego polityka względem Rosji okazała się fiaskiem (zresztą z tych samych przyczyn, co w wypadku Wielopolskiego czy Czartoryskiego – bo Rosja nie kierowała się kanonami polityki rozumianej po europejsku, ale swą wielkomocarstwową paranoją).
Jest rzeczą niezwykle ciekawą przymierzać analityczną metodę Dmowskiego do współczesnej sytuacji, zwłaszcza do Unii Europejskiej. Zapewne uznałby on pomysł podobnego łączenia narodów za chybiony i skazany na porażkę, co nie zmienia faktu, że jako polityczny realista daleki byłby od uderzania w histeryczne tony – mąż stanu, który przekonywał Polaków do potrzeby pojednania się z rosyjskim zaborcą, mając do wyboru włączenie Polski w obręb struktur zachodnich albo pozostanie poza nimi, raczej by się nie wahał.
Tymczasem dla neodmowszczyzny obsesyjna antyeuropejskość wydaje się istotą wszelkiej działalności. To zresztą czyni bezpodstawnymi jej nadzieje na wejście do polityki, oparte wyłącznie na nadziei zdominowania przyszłej "partii Radia Maryja". Partia taka, w polskich mediach odgrywająca rolę potwora z Loch Ness, nie powstanie nigdy właśnie dlatego, że byłaby antyeuropejska, co jest nie do zaakceptowania dla episkopatu. Żeby wiedzieć dlaczego, wystarczy spojrzeć na listę największych beneficjentów unijnych dotacji.
[srodtytul]Klęska intelektualna[/srodtytul]
Inną zdradą neodmowszczyzny wobec Patrona jest jej swoiste pojmowanie "obrony polskości" jako bezkrytycznego chwalenia swojskości, tradycji, a zwłaszcza polskich powstań (!). Proszę wybaczyć, że użyję tego przykładu – w jednym z neoendeckich pism przeczytałem entuzjastyczną recenzję książki Tomasza Lisa "My, Naród", w której dobry Lis, piszący "ku pokrzepieniu Polskich serc" i dowartościowujący Polaków za to, że "mają wiele fajnych cech", przeciwstawiany jest złemu Ziemkiewiczowi z jego obelżywym względem Narodu "Polactwem". Abstrahując od wartości obu książek, gdyby autor "Myśli nowoczesnego Polaka" mógł to przeczytać, chyba by się nad taką "endecją" zabił własną pięścią.
Klęska polityczna tradycji endeckiej w III RP jest może zrozumiała – jak wspomniałem, PRL przeorał polskie społeczeństwo, zmienił całkowicie układ sił, unieważnił dawne potęgi polityczne i wykreował nowe. Bardziej bolesna jest klęska intelektualna, nawet jeśli w jakimś stopniu uznać ją za dowód skuteczności eksterminacji, jakiej ruch narodowy poddany był przez obu okupantów, i skarlenia, do jakiego doprowadziła paksowska kolaboracja.
Po bez mała 20 latach niepodległości kontynuatorzy tradycji Dmowskiego stoją dopiero przed zadaniem przypomnienia prawdziwej historii tego ruchu, odkłamania jego czarnej legendy. Można odnotować nieco udanych przedsięwzięć w tej dziedzinie – szczególną radość sprawia, mimo wszelkich niedociągnięć, przypomnienie przez pismo "Myśl.pl" dokonań endeckich ekonomistów. Z różnych ośrodków usiłujących sformułować na nowo podstawy narodowej polityki i spojrzenia na współczesność w duchu Dmowskiego wyróżniłbym właśnie ten. Choć godnych uwagi jest jeszcze kilka. Nie zmienia to faktu, że myśl narodowa pozostaje właściwie w niebycie, nawet nie na marginesie, ale poza marginesem polskiej debaty publicznej.
Trumna Dmowskiego, rzekomo współrządząca Polską, jest w istocie od dawna już pusta. Jego uczniowie mają wszystko za sobą – ale i zapewne wszystko przed sobą.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA